| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Kategorie: Wszystkie | Gender | Gospodarka | Psychoewo | Różne | Wychowanie | pop | transhumanizm
RSS

Różne

czwartek, 04 czerwca 2015

- Zauważyliście ile w tym mieście jest wróbli? U nas w miastach tylu nie ma - powiedział Owca kiedy szliśmy Neue Roßstraße w stronę centrum. Faktycznie wszędzie pełno wróbli, sikorek, kopciuszków i innych małych ptaków. Polskie miasta są opanowane przez sroki, kawki i gołębie. Rozglądam się po okolicy i chyba znajduję wyjaśnienie tej ornitologicznej ciekawostki.

 - To dlatego, że tu jest tyle zdziczałych krzewów. Nikt tego nie przycina i małe ptaki mają gdzie wić sobie gniazda. To pewnie skutek oszczędzania na wydatkach na utrzymanie zieleni - komentuję politykę łatania berlińskiej dziury budżetowej Klausa Wowereita. 

 

Parki na Kreuzbergu to ciekawa instytucja. Faktycznie wyglądają na zapuszczone. Trawa nie zawsze jest przycięta, nie ma wielu dizajnerskich mebli jakimi jarają się polscy miejscy aktywiści. Skwer przy Bethaniendamm częściowo zajęli skłotersi, którzy urządzili tu guerilla gardening. 

 

- Inny świat jest roślinny - głosi motto namalowane na paletach.

 

Wieczorami pełno jest tu niemieckich muzułmanów, którzy urządzają sobie grilla na murkach oddzielających skwer od ulicy. Smażą niekoszerny bratwurst. W kilku miejscach są obrotowe krzesła. Fajny pomysł. Można je obrócić tak, żeby grupka ludzi siedziała zwrócona do siebie i mogła pogadać i wypić piwko w parku, za co w Niemczech mandat nie grozi. Można je też obrócić od siebie i skupić się na swoich sprawach. Na nowym Placu Kwiatowym w Katowicach ławki sztywno ustawiono tak, żeby ludzie nie patrzeli sobie w oczy.

 

My w kreuzberskim skwerku odpoczywaliśmy w niedzielę rano po sobotnim Karnawale Subkultur. Fantastyczna parada kolorowych dziwolągów i festiwal punkowy, urządzony na Köpenickerstraße, którą na tę okazję zamknięto dla ruchu aut. Nie do pomyślenia dla naszych wielbicieli #PRZEPUSTOWOŚC!!! Karnawał miał uczcić 25 lecie skłotu Köpi 137 i być demonstracją na rzecz zachowania alternatywnej kultury w Berlinie. A ta jest coraz bardziej zagrożona. Nieruchomość, którą zajmuje skłot była wystawiana do licytacji przez Commerzbank i zapewne wkrótce znajdzie się deweloper chętny, by zbudować tam kolejne luksusowe apartamentowce, które wykupią bogaci Włosi. Na razie próby sprzedaży działki są nieskuteczne.

 

Kreuzberg zmienia się powoli ale walczy o utrzymanie swego charakteru. Kamienice wyremontowano. Wybudowano wiele nowych biurowców, ale obok nich ciągle są rudery zajmowane przez różnych dziwnych ludzi. Obok supernowoczesnego kompleksu Mediaspree jest klub Yaam, który straszy odrapanymi tynkami i graffiti. Wiele niezabudowanych działek w okolicy zajęły wagenburgi. Ciekawe jak długo jeszcze postoją, zanim wejdą deweloperzy. Parki są nadal przyjazne dla wróbli, a w okolicy nadal mieszka wielu imigrantów oraz Deutsche mit Migrationshintergrund, jak to skrupulatni niemieccy urzędnicy odnotowują w statystykach.

 

 

My tymczasem odpoczywamy sobie obok Georg-von-Rauch-Haus skłotu, który zajmuje jedno skrzydło dawnego szpitala Bethanien, który zamknięto w 1970 r. W 1971 pojawili się tam anarchiści, których bezskutecznie próbowano wygonić w 1972 r. Rok później berliński senat postanowił przeznaczyć budynek szpitala na centrum kulturalne, które działa do dziś. W latach 90-tych były próby sprywatyzowania tego obiektu, które po wielu protestach wstrzymała decyzja rady dzielnicy Kreuzberg-Friedrischain w 2002 r. Dowiadujemy się od jednej z mieszkanek wagenburga na terenie szpitala, że dawny dom sióstr diakonis, w którym mieści się Georg-von-Rauch-Haus jest obecnie wynajmowany przez kolektyw, zatem w zasadzie to już nie jest skłot. Jest nadzieja, że to miejsce się utrzyma.

 

Idziemy do centrum. Mijamy dawną granicę niemiecko-niemiecką i paskudne blokowiska, by dojść do starego-nowego centrum Berlina.

 

-Cóż za koszmar naćpanego architekta. Straszne miejsce gdzie nic nie ma. Powinni to zbombardować ponownie! - Owca komentuje aleję Unter den Linden, która od 25 lat jest w ciągłej przebudowie. 

 

Mnie z kolei okolica podoba się w stanie takim jaki jest teraz. Na centralnym placu powstaje żelbetonowy pseudozabytkowy zamek cesarski. Gigantyczny obiekt tworzą w tej chwili gołe szare ściany, na które ma być nałożona barokowa fasada z zachowanymi ponoć oryginalnymi elementami zburzonego przez komunistów zamku. Teraz nowy zabytek wygląda jak sarkofag w Czarnobylu. Obok kakofonia stylów architektonicznych. Modernistyczne kloce, makiety zabytków z szpetnymi klimatyzatorami na dachu, jakaś szmaciana konstrukcja udająca budynek Berliner Bauakademie zaprojektowany przez genialnego Schinkela. Gmach w przyszłości podobno ma być odbudowany. Obok mostu zamkowego ktoś zatopił w Szprewie dziesiątki worów z dziwną substancją. Pływa tam mnóstwo mały pstrągów i wielki szczupak, który chce je pożreć.

 

Wszędzie pełno dźwigów, koparek i rozkopów. Ale już widać jaki kształt ma przybrać centrum Berlina. Będzie to dzielnica na pokaz. Tu wszystko ma być lśniące, czyściutkie i imponujące. Trawa będzie zawsze przystrzyżona, samochody będą drogie, tłumy turystów będą fotografować fasady gmachów, które wybudowano po to by je fotografować. Wróbli będzie mniej niż srok. Budynki ministerstw, urzędy, muzea i ambasady stworzą, dzielnicę która ma robić dobre wrażenie. Miasto powierzchowności. I w całym tym idyllicznym świecie tylko jedna rzecz nie pasuje do wszystkiego - ruina polskiej ambasady, której zapuszczona fasada wygląda jak wąsy domalowane Mona Lisie. 

 

- Wstyd i hańba dla Polski! Miliony turystów widzą naszą urzędniczą nieudolność! - grzmi polska prasa od lat. A moim zdaniem to wcale nie jest wyraz naszej nieudolności ale historyczna konieczność. W sercu Niemiec, gdzie każde mocarstwo buduje sobie imponującą ambasadę z wielką flagą, polska ruina ma rangę symbolu. To jest wyraz naszej niezgody na jałtański porządek! 

 

- Polska ruina w tej jedynej wymuskanej części miasta, które całe jest syfiaste, przywraca autentyczność miejsca. Pokazujemy, że nie będziemy się łasić przez Niemcem, który przegrał wojnę a teraz trzęsie całą Europą. To jest nasz wkład w zwycięstwo nad faszyzmem! - komentuję idąc Unter den Linden z piwem w ręku.

 

Mijamy okropny Plac Paryski i dochodzimy do Pomnika Pomordowanych Żydów. Przed wejściem na teren pomnika tabliczka z zakazem spożywania napojów i posiłków. Po drugiej stronie ulicy zakaz nie obowiązuje i turyści wcinają burgery i piją piwo patrząc na coś co miało skłonić do zadumy. 

 

Idziemy w stronę osiedla. Szczur rozgląda się za jakimś kebabem, ale Owca go zniechęca. Tu będzie drogo i niezbyt smacznie. Okolice Wilhelmstraße wyglądają jak polskie blokowisko. Nie ma sensu tu się zatrzymywać. Mijamy ponownie dawną granicę berlińsko-berlińską i wracamy na Kreuzberg. Od razu widać zmianę otoczenia. Jest bardziej kolorowo, bardziej ludno, bardziej wesoło. Po 25 latach od zjednoczenia, po wywaleniu miliardów marek i euro na rewitalizację, mimo gentryfikacji i wymiany 2/3 ludności różnice między wschodnią a zachodnią częścią Berlina nadal istnieją. Bardziej je czuć niż widać. 

 

Zatrzymujemy się w Tommy Weisbecker Haus. Kolejny zalegalizowany skłot, w którym miasto utrzymuje pracownika socjalnego, urzędnika i częściowo finansuje konserwatora. Zjadamy wegańską parówkę made in Poland i pijemy piwo made in Germany za 1,5 euro, choć w Berlinie całkiem popularne jest teraz Tyskie Gronie za 2 euro. Dziwni ci Niemcy.

 

Idziemy na południe. Po drodze wpadamy na wielki multi-kulti jarmark. To jest coś wprost niewyobrażalnego. Kilka długich ulic w okolicy Südstern zajęły setki kramów z wszelakimi przysmakami z najróżniejszych zakątków świata. Do tego kilkanaście kapel grających na paru scenach muzykę folkową afrykańską, indyjską, paragwajską, bawarską itp. Tłum ludzi mówiących różnymi językami, który przyszedł tu by się bawić, by poznać trochę świata w mieście. Po wyjściu z jarmarku atmosfera festynu utrzymuje się w całym Kreuzbergu. Mijamy kanał nad którym siedzi mnóstwo ludzi pijących piwo, palących blanty, bawiących się. Mimo że teren otoczono płotem, ktoś wybił dziurę i ludzie przez nią sobie przechodzą nad wodę. Są berlińczycy, studenci, turyści, biznesmeni, kobiety w burkach, Afrykanie z dredami, tłum ludzi w różnym wieku, którzy wyszli na miasto by się dobrze bawić. Impreza jest w każdej bramie. Tak wygląda piekło, przed którym chce Polskę obronić prawica.

 

Docieramy na Kotti. Zjadamy najlepszego w Berlinie falafela za 2,5 euro i obserwujemy ludzi. Podchodzi młoda kobieta, która jeszcze 2 lata temu była piękna i chce nam sprzedać coś co spowodowało zapewne że jej ciało zmarniało. Kilka osób zaczyna się zataczać po heroinie. Monstrualna brutalistyczna zabudowa tworzy enklawę smutku w tym pogodnym mieście. Wieczorami jest tu pełno imprezowiczów z całej Europy, kupujących kebaby, zioło i piwo. W ciągu dnia kolorowy tłum robi zakupy. Ale popołudnie to czas dilerów i narkomanów, którzy wydają ostanie pieniądze na zakup jakiegoś świństwa na czym zarabia mafia. Obserwuje nas starszy mężczyzna z laską. Coś mówi trzem wysportowanym mężczyznom, którzy wyglądają jak obrazkowi bliskowschodni gangsterzy. Patrzą na nas. Nic nie kupujemy więc, lepiej opuśćmy to miejsce. 

 

Mijamy zagłębie imprezowe, które chętnie fotografują polscy hipsterzy. W sobotę piłem espresso w tej słynnej tureckiej kafejce na Oranienstraße z niemożliwym do ogarnięcia wyborem słodyczy. Teraz zastanawiam się czy Berlin znalazł sposób na zachowanie swojej alternatywnej kultury i wielokulturowości, która nie jest wyświechtanym sloganem ale czymś co można poczuć i posmakować. Władze miasta właśnie wprowadzają regulację czynszów, która ma powstrzymać ich szalony wzrost. Niektóre skłoty się legalizują. Hipsterzy przenoszą się z Kreuzberga do Neukölln. Widać, że kapitał zmienia to miasto, że staje się mniej swobodne, bardziej normalne i grzeczne. Widać że społeczność lokalna i władze miasta coś chcą zrobić wbrew tym trendom. Ciągle jest mnóstwo nielegalnych i półlegalnych miejsc. Ciągle jest ponure Kotti. Ciągle są rejony gdzie koszty mieszkań są niskie. Jest dążenie do zachowania różnorodności. Czy im się uda? 

piątek, 24 kwietnia 2015

 

3 dni intensywnego zapierniczania po wielu tygodniach przygotowań. Mnóstwo poznanych świetnych ludzi, od których wiele mogę się nauczyć i z którymi zrobię ciekawe rzeczy. Wreszcie protest, który zakończył się brutalnym najazdem antyterrorystów i zatrzymaniem przyjaciół. Ale w końcu na na tym zapyziałym, „dupowatym” Śląsku społeczeństwo pokazało, że ma dość arogancji władzy, która ma w d.. demokrację i potrzeby ludzi, których słuchać nie che.  Władzy, która woli dogadywać się po cichu z miliarderami na bankietach podczas imprezy finansowanej przez podatników.

Ostra reakcja policji na niedzielny protest w Katowicach była wynikiem, tego, że ktoś odważył się naruszyć monopol ideologii prawicowo-liberalnej w przestrzeni publicznej. Kamienica zajęta przez Antykongres była w tkance miejskiej niczym kij wbity w mrowisko. Nawet jeśli ktoś wierzył, że przestrzeń miejska jest neutralna i demokratyczna to akcja policyjna w poniedziałek ran pokazała wszystkim, że to bzdura. Katowice chcą być postrzegane jako miasto „europejskiej debaty” jednak na tej debacie dopuszczalny jest tylko jeden słuszny pogląd. Próby powiedzenia czegoś odmiennego, kończą się pałowaniem.

 

Antykongres w widowiskowy sposób obnażył absurdy neoliberalnej polityki dominującej od ponad dwóch dekad w Polsce np. w kwestii polityki mieszkaniowej. Katowice to miasto, w którym na mieszkanie komunalne czeka się około 10 lat. Tymczasem w posiadaniu samorządu jest mnóstwo kamienic, które od lat stoją puste. Jedną z nich jest ta na ul. Mariackiej którą zajęli anarchiści. Kamienica jest w dobrym stanie, tak więc stosunkowo niewielkim kosztem można ją wyremontować i przeznaczyć na mieszkania socjalne lub na cele kulturalne. 

 

Jednak władze miasta nie chcą nawet o tym słyszeć. Samorząd opanowany przez lokalną prawicę w koalicji z rzekomo socjalnym PiS deklaruje, że chce by w tym miejscu działał akademik, jednak najlepiej by był prywatny. Całe działanie władz miasta od kilku lat to czekanie, aż pojawi się inwestor, który przejmie obiekt i nasyłanie policji na ewentualnych dzikich lokatorów.

 

Tymczasem od ponad 8 lat żaden inwestor się nie pojawia i nie tylko w przypadku tej kamienicy ale też dziesiątek innych w Katowicach i tysięcy w całej Polsce. Na wolnym rynku nieruchomości taka kamienica jest nic nie warta. Cóż z tego, że jest w centrum i jest tania. To budynek zabytkowy więc trzeba się użerać z konserwatorem i nie można jej np. dobudować 5 gargamelowatych pięter. Działka jest mała więc nie ma miejsca na parking. Układ pomieszczeń jest sztywny i nie da się zrobić ołpenspejsa. W kapitalizmie polskim bardziej opłaca się kupić wielką działkę na przedmieściach i zrobić tam blaszaną galerię handloweą i tandetne „apartamenty” z mieszkaniami sprzedawanymi po 5 tys. zł za metr. Jest to o tyle łatwe, że w razie inwestycji miasto wybuduje odpowiednie drogi by ułatwić dojazd do nowego „centrum” a siatka autostrad miejskich ułatwia wyprowadzkę na przedmieścia. Nic dziwnego zatem, że budynki w centrum od lat stoą puste.

 

Pomysł stworzenia prywatnego akademika idealnie wpisuje się w trend komercjalizacji uczelni wyższych. Szkolnictwo ma być dostępne tylko dla tych, których stać na opłacenie studiów i kwatery po cenach rynkowych. Niestety nasi włodarze jakoś przegapili moment kiedy skończył się wyż demograficzny a uczelnie opustoszały. Dziś na studentach biznesu się łatwo nie robi. 

 

Kongres i Antykongres obnażyły też jak nieudolna jest polityka kulturalna miasta. Polskie samorządy inwestują w kulturę, a jakże. Tyle że 90 proc. pieniędzy przeznaczanych jest na budowę gigantomańskich muzeów, oper i centrów kongresowych które kosztują setki mln zł i będą pochłaniały miliony na samo utrzymanie. Natomiast oferta kulturalna miast od tego w żaden sposób się nie poprawia, bo nie ma pieniędzy na same wydarzenia i wsparcie twórców. Co gorsza kiedy pojawiają się aktywiści, którzy chcą stworzyć własnymi siłami alternatywny ośrodek kulturalny, na co miasto nie musiałoby nic płacić, to nasyła się na nich brygadę antyterrorystów.

 

Mam zatem nadzieję, że co co się wydarzyło w Katowicach obudzi polski prekariat. Jest wiele rzeczy, które wymagają naszej reakcji. Począwszy od polityki miejskiej, poprzez wyzysk pracowników, skończywszy na umowie TTIP. Trzeba działać. 

czwartek, 06 czerwca 2013

Nie czyta z propmptera jak lewaccy dziennikarze, bo musi myśleć. Dlatego robi błędy i plecie bzdury np. że jak ktoś ma turban na głowie, to znaczy że jest wyznawcą islamu. Ok sprawdzić w googlach mu się nie chce, ale to że Sikh jest wyznawcą sikhizmu, to nie jest odkrycie, które wymaga umysłu na miarę Einsteina. Sądziłem, że każdy gimbus może na to wpaść, ale jak widać dla gwiazdy prawicowego dziennikarstwa to za trudne.

Pan Kolonko nie tylko myśli ale też liczy. I wyliczył że w 2027 r. Francja będzie muzułmańska. Jasne, głupi film "Muslim Demographic" ma 13 mln widzów, a materiał z BBC który prostuje te bzdury tylko 151 tys. więc ani Pan Dziennikarz, ani redaktor portalu Gazeta.pl Nam Nie Jest Wszystko Jedno zapewne na to nie trafili. Ale Kolonko myśli. Francja ma 60 mln mieszkańców, w tym 2,5-3 mln to muzułmanki. Z tego zapewne jakieś 1,5 mln jest w wieku rozrodczym. Przypuśćmy, że każda z tych kobiet będzie co roku rodziła jedno dziecko, to wyjdzie nam, że do 2017 r. liczba muzułmanów we Francji wyniesie jakieś 15 - 17 mln.

Aby Francja stała się muzułmańska współczynnik płodności musiałby wynosić zatem jakieś 25 dzieci urodzonych przez każdą wyznawczynię islamu. Nie wyczytałem tego z promptera. Wymyśliłem to.

Ale po co nam liczby skoro mamy obrazy. Np. takie:

"nie znam innej religii, której wyznawcy podskakiwaliby do góry i krzyczeli: »Bóg jest wielki « za każdym razem, gdy coś wybucha"

A ja znam: chrześcijaństwo.

Mit o muzułmańskiej bombie demograficznej jest stary jak świat i został zdebunkowany wieki temu, ale islamofobia ma się coraz lepiej. Przed wojną straszono żydowskim spiskiem, dzisiaj straszą muzumłańsko-lewackim spiskiem:

"Im więcej oglądam filmików pana Maxa, tym bardziej zaczynam rozumieć, jak mało świadomi są ludzie tego mentalno-systemowego matrixa, w którym żyjemy"

Jeśli wojna w Europie wybuchnie to wywołają ją nie muzułmanie ale różne Breiviki, Wildersy i ONRy. Także dzięki ludziom takim jak redaktor Kosma Zatorski, który promuje ksenofobiczne  brednie.

poniedziałek, 27 maja 2013

 

"To właśnie środowiska nacjonalistyczne zapoczątkowały akcje prolife w Polsce, protestując przeciw aborcji już w okresie PRL. Nacjonaliści co roku uczestniczą w Marszach dla Życia w Szczecinie jak i w całej Polsce, prowadzą także własne działania prolife. Głośno w mediach było chociażby o kampanii Narodowego Odrodzenia Polski: "Aborcja - prawdziwy holocaust" - chwalą się naziole na fejsie.

Po rozpętanej przez "GW" aferze wokół współorganizowanego przez ONR "Marszu dla Życia" prezydent Lublina Krzysztof Żuk z PO tłumaczy się, że nie wiedział kto organizuje ewent. Ciekawi mnie, czy pan prezydent ma w zwyczaju przekazywać pieniądze podatników na dotowanie każdej zgłoszonej imprezy i nie sprawdzać kto ją organizuje? Dotacja z budżetu miasta pokryła podobno 70 proc. kosztów marszu.

Ale Lublin to tylko czubek góry lodowej. W Bydgoszczy marsz nazioli objął patronatem prezydent Rafał Bruski, również z PO. Podczas tej imprezy niesiono transparent z zarejestrowanym znakiem towarowym:

Marsze katolickiej i narodowej prawicy wsparły również kontrolowane przez PO samorządy PO m.in. w Opolu, Płocku, Kołobrzegu, Gliwicach, a tak że wielu samorządowców i polityków z PiS.

Po tym jak Komorowski złożył kwiaty pod pomnikiem Dmowskiego, a Tusk wyoutował się z przyjaźni z Giertychem, takie gesty nie powinny dziwić. Nacjonaliści głośną krzyczą, że nie lubią Tuska, ale w rzeczywistości są jego pożytecznymi idiotami. Ich związki z "Solidarnością" ułatwiają liberalnym mediom skutecznie obrzydzić ideę syndykalizmu w Polsce. Ich marsze są pretekstem do ograniczania prawa do zgromadzeń, co potem jednak nie jest wykorzystywane dla powstrzymania marszów nazistów tylko przy pałowaniu squotersów, Romów i obrońców lokatorów.

Wielu platformersów po cichu kibicuje nacjonalizmowi, a rząd niezbyt gorliwie zabiera się za zwalczanie ksenofobicznej przestępczości, skoro sam Gowin powiedział, że problemem nacjonalizmu zupełnie się nie przejmuje. Znając poglądy nowego ministra sprawiedliwości można oczekiwać, że poparcie dla idei katolicko-narodowych w PO będzie utrzymane.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Dziś tylko obrazek, bo choć dobrze wiem jak media elektroniczne ustalają ważność informacji to jednak jest to trochę postironiczne:

Oczywiście musieli powiedzieć, że w maratonie biegli Polacy.

czwartek, 15 listopada 2012

W maju ostrzegałem przed zalewającą Polskę brunatną falą, a już doczekaliśmy się oficjalnego powstania polskiej Schutzstaffel. Głosy ostrzegające przed narastającą przemocą skrajnej prawicy były przez wiele lat lekceważone. Uważano to za przewrażliwienie lewaków i pedałów, za paranoję Michnika. Jeśli zdarzały się akty przemocy to przecież tylko w Białymstoku, a w ogóle to była wina Murzynów, że niewybieleni chodzą po Polskiej Ziemi i prowokujom do bijatyk.

Tegoroczne demonstracje nazioli miały najwięcej uczestników spośród wszystkich takich ulicznych imprez w Polsce. Więcej nawet od protestów przeciw podniesieniu wieku emerytalnego. Więcej od demonstracji pracowników bankrutujących firm budowlanych i fanów telewizji Trwam. Polskie społeczeństwo jest sfrustrowane ale bierne. Rządy PO i ich neoliberalne reformy nie podobają się większości obywateli, ale brakuje chęci i odwagi by zaprotestować w obronie własnych praw. Społeczna apatia i pesymizm to doskonałe warunki do rozwoju skrajnej prawicy, która pokazuje łatwego wroga i pozwala wyżyć się jurnym chłopcom.

Brunatna fala będzie zalewała Polskę przy cichym zezwoleniu mainstreamowej prawicy. Jarosław Gowin powiedział, że co prawda narodowe marsze nie do końca są zgodne z jego wrażliwością estetyczną, ale znacznie większe jego oburzenie wzbudzają publikacje "Krytyki Politycznej". Zdaniem ideowego przywódcy Platformy Obywatelskiej odpowiedzialnymi za przemoc prawicy są lewica, która prowokuje i pedały, które się obnoszą. Taka postawa rządzących w sporej mierze przyczynia się do bierności policji i prokuratury wobec napadów na squoty, ośrodki kultury, czy dyrektora lubelskiego Teatru NN.

Czy po tegorocznych wydarzeniach nastąpi otrzeźwienie? Wątpliwe. Media potraktują powstanie neonazistowskiej bojówki jako atrakcję sezonową. TVP podczas relacji z wydarzeń 11 listopada nie omieszkała przypomnieć, że w zeszłym roku jakiś Niemiec opluł polski mundur, a taka zbrodnia tłumaczy wszelką agresję narodowców. Rząd PO dalej będzie snuł wizję zielonej wyspy i małej stabilizacji. Media nie będą burzyć sielanki i zajmą się kolejnymi wybrykami celebrytów aż do czasu kiedy nastąpi kolejna napaść na "prowokatorów". Oby bez ofiar śmiertelnych.

18:52, meinglanz , Różne
Link Komentarze (1) »
czwartek, 31 maja 2012

Mrwisniewski się obrzydził prekariatem, który musi pracować z głupimi klientami lub zapierdalać na wierszóweczkę pisząc "poważne" teksty o fanpejdżach. Ktoś w komciach proponuje by kreatywni znaleźli sobie lepszych klientów, najlepiej takich z którymi można pogadać Agambenie, albo by poszukali innego zajęcia, bo rynek pracy jest przecież tak zajebisty. Jak widać WO ma rację pisząc o blogu Kasi Tusk.

Mnie tekst "Polityki" nie obrzydza i chciałbym, by lewicowe media więcej uwagi poświęcały prekariuszom. Sfrustrowani operatorzy DTP, junior brandmanadżerki i dziennikarze upadającej prasy analogowej zatrudniani na "dziele" nie są tak fajnym tematem na blogonotkę jak Muminki, ale to jest część korpokapitalizmu. Teksty zamieszczone na BKŚiowym fanpejdżu nie są zmyślone. Polskie firmy zatrudniają na śmieciówkach setki absolwentek kulturoznawstwa, które czytały streszczenia Żiżka i Lacana, ale nie wiedzą co to jest http://. Prekariat tak właśnie wygląda i ma prawo głosu, choć niektórym blogerom z ttdkn i publicystom z Kapecji może się to nie spodobać. Tu jest Polska panowie i dopóki lewica tego nie zauważy, dopóty będzie nad nami świecić Słońce Peru.

Tagi: prekariat
18:27, meinglanz , Różne
Link Komentarze (4) »
sobota, 10 marca 2012

Jest przywódcą Narodowego Ruchu Oporu, który od 1986 dokonuje zbrodni politycznych w Ugandzie, morduje przeciwników, porywa i wysiedla ludzi, wciela dzieci do armii. O kim mowa? Nie, to nie jest słynny Joseph Kony, przeciw któremu protestują celebryci z Hollywood.

Yoweri Museveni to prezydent Ugandy i wieloletni sojusznik USA, a zarazem przywódca jednej z bardziej krwawych dyktatur w Afryce. Oskarżany o łamanie praw człowieka przez Amnety International juz w 1989 r. W północnej Ugandzie zorganizował 200 obozów koncentracyjnych, w których umieścił 1,2 mln ludzi rzekomo w celu obrony ich przez Armią Bożego Oporu Kony'ego. Ludzie uwięzieni w obozach umierają z powodu niedożywienia i chorób, są terroryzowani i mordowani. Zdaniem krytyków to jest czystka etniczna. Rząd ugandyjski brał również udział w zbrodniach w Rwandzie, Kongo i Południowym Sudanie. To Museveni rozpoczął porywanie dzieci i wcielanie ich do armii, co wykorzystał podczas przewrotu wojskowego w 1986 r.

O reżimie ugandyjskim stało sie głośno dopiero w 2009 r. kiedy Museveni wniósł do parlamentu nowelizację kodeksu karnego, która przewiduje karę śmierci za seks homoseksualny. Jego bojówki rozpoczęły polowanie na gejów i zabiły znanego działacza Davida Kato. Zrobił się smrodek w prasie, zaczęły sie protesty przed ugandyjskimi ambasadami, nawet prezydent USA musiał jakoś zareagować i potępić sojusznika w "wonie z terroryzmem".

Rząd Museveniego szybko jednak poradził sobie z tym małym kryzysem pijarowym dzięki organizacji Invisible Children i filmowi "Kony2012", który robi furorę na Facebooku. Nie tylko udało im się odwrócić uwagę mediów od swoich zbrodni, ale też uzyskać wsparcie militarne USA w walce z sektą Kony'ego. Koncern Tullow Oil może juz spokojnie zawierać umowy z rządem ugandyjskim na koncesje naftowe, nikt nie będzie im miał za złe finansowanie nieprzyjemnego dyktatora.

Kony to fanatyczny i niebezpieczny zbrodniarz. Ludzie, którzy organizują akcje przeciw niemu i wszyscy którzy nagłaśniają tę sprawę w ostatnich tygodniach naprawdę chcą, żeby w środkowej Afryce zapanował wreszcie pokój i skończyły się mordy polityczne i porywanie dzieci. Jednak sprawdźmy kogo popieramy i czy naprawdę wróg mojego wroga powinien być mi przyjacielem.

Tagi: Afryka
13:47, meinglanz , Różne
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 17 października 2011

"Bieda i bezrobocie nie wynikają z pazerności banków, lecz z pazerności społeczeństw" - pisze na swoim blogu Magierowski i lamentuje, że to darmowa edukacja, darmowa służba zdrowia i emerytury doprowadziły do zapaści systemu, bezrobocia i w efekcie frustracji oburzonych.

Czyżby? W USA gdzie protesty trwają najdłużej edukacja, służba zdrowia i system emerytalny są od dawna prywatne i kapitalistyczne, co nie uchroniło rządu tego kraju przed wpadnięciem w spiralę zadłużenia.

Tak, natury luckie są pazerne i dotyczy to zarówno związkowców z greckiej kolei, którzy domagają się kolejnych przywilejów i podwyżek jak i prezesów banków, którzy nabijali sztuczne zyski inwestując w ryzykowne derywaty, wypłacili sobie wielomilionowe premie, a posprzątanie wynikłego bajzlu zrzucili na podatnika. To też jest przyczyna zadłużenia publicznego, o czym prawica nie chce pamiętać.

Kryzys nie jest wynikiem demonicznej pazerności tylko skutkiem postawy państwa, które za namową neoliberalnej demagogii przez 3 dekady stopniowo wycofywało się z pełnienia zadań regulatora rynku. Rządy państw anglosaskich dały więcej swobody bankierom, Irlandia i Portugalia obniżyły podatki, Grecja przestała wymagać płacenia podatków - to wszystko w imię wiary w krzywą Laffera.

Protestujący z USA i innych krajów zachodnich zwracają uwagę na paradoks, który opisywałem w poprzedniej notce - kiedy dzięki kredytowej bańce świat kapitalistyczny przeżywał swoje 7 lat tłustych wzbogacił się jedynie 1% społeczeństwa, a dochody zwykłych ludzi stały w miejscu. Kiedy przyszło zapłacić za błędy i wypaczenia - państwo sięgnęło do kieszeni pozostałych 99%.

Świat czeka w najbliższych dekadach stopniowe wyrównanie poziomu życia. Kraje zachodnie do tej pory jakoś radziły sobie z konkurencją tanich i dobrych produktów z krajów azjatyckich. Anglosasi i PIGSy poszli w kredyty, które pozwoliły na rozrośnięcie się sektora usług, co pozwoliło na utrzymanie niskiego bezrobocia pomimo likwidacji przemysłu. Niemcy i Skandynawia zainwestowały w technologie i wydajność pracy w przemyśle, co pozwoliło na utrzymanie dobrze opłacanych miejsc pracy w fabrykach. W tych krajach nie ma problemu zadłużenia, służba zdrowia, szkolnictwo i emerytury są publiczne, a protesty "oburzonych" równie słabe jak w Warszawie.

Tagi: rewolucja
14:52, meinglanz , Różne
Link Komentarze (5) »
czwartek, 13 października 2011

W latach 90-tych, w epoce triumfu demokracji i kredytowego boomu gospodarczego, kiedy prawica ogłaszała końce historii lewica przestrzegała przed rosnącymi nierównościami społecznymi i groźbą powstania społeczeństwa 20/80. Najbogatsza piąta część mieszkańców krajów rozwiniętych zgarniała wtedy 80 proc. dochodu, a rosnące nierówności społeczne groziły wybuchem kryzysu gospodarczego i gniewu ludu. Nikt poważny nie słuchał tych ostrzeżeń. W następnej dekadzie rozwarstwienie dochodów postępowało jeszcze szybciej i z czasem osiągnęło nieprzyzwoitą skalę.

W latach 90-tych aż do czasu pęknięcia bańki dotcomów widoczny był wzrost dochodów 20% najbogatszych Amerykanów*. W następnej dekadzie, w okresie wielkiego boomu rozruszanego przez kredyty hipoteczne, dochody 95% gospodarstw domowych w USA pozostały niezmienione. Gdzie więc podziały się te śliczne wzrosty amerykańskiego PKB w latach 2002 - 2008? Jak wyliczyli analitycy z Center on Budget and Policy Priorities dochody 1% najbogatszych Amerykanów wzrosły w tym czasie o 30% podczas gdy pozostałe 99% społeczeństwa zubożało o 4%.

Stąd właśnie wzięło sie hasło, które towarzyszy protestom, ogarniającym USA w ostatnich tygodniach. Wściekli są nie tylko Amerykanie, ale też Brytyjczycy, Hiszpanie, Grecy, Irlandczycy. Protestuje także izraelska klasa średnia. Nawet Wałęsa przestał wierzyć w neoliberalizm i ma dość systemu, który w Polsce wraz z swymi kolegami z drużyny współtworzył.

Tymczasem nowym guru polskiej lewicy jest milioner, który obiecuje obniżenie podatków dla bogaczy i podwyższenie podatków biedocie i średniakom. Czy młodzi ludzie w Polsce bezkrytycznie wierzą w magiczną moc podatku liniowego i samonakręcającą się sprawiedliwość wolnego rynku? Fenomen popularności korwinizmu wśród polskiej młodzieży tylko częściowo tłumaczy "historyczna unikatowość" Polski. Młodzi być może są straszeni kolejkami po ocet w PRL, ale ich apatia jest raczej wynikiem tresury jakiej poddany został wyż demograficzny. W kraju, gdzie jeszcze niedawno stopa bezrobocia przekraczała 20%, praca na umowie śmieciowej wydaje się szczytem marzeń.

Polski prekariat cieszy się zatem z doświadczanego wyzysku, natomiast rewolucyjny czyn wprowadzają kibole. To nie jest grupa, z którą lewica, nawet ta empatyczna, chce się identyfikować. Kibole są seksistami, rasistami i homofobami. Kibole są głupcami, agresywnymi skurwysynami bijącymi słabszych, jak twierdzi Ryba. Lubi ich Jarosław Kaczyński, ale to miłość bez wzajemności. To wszystko prawda.

Jednak to dresiarze szczerą nienawiścią darzą Platformę Obywatelską, która jest partią - symbolem systemu, który wtłacza ich w przydzielone miejsce na drabinie społecznej. Zamiast potępiać zachowanie tej grupy i zastanawiać się, czy popierają właściwych polityków, warto poszukać źródeł ich gniewu - siły, która czyni kibiców jedynymi rewolucjonistami w Polsce. System, który buduje rząd Tuska takimi posunięciami jak przesunięcie ciężaru opodatkowania z biznesu i dobrze zarabiających na przeciętnego Kowalskiego (spłaszczenie PIT i podwyżka VAT) lokuje ambitną i wykształconą biurową klasę średnią w tym samym miejscu co głupawych kiboli - w owych słynnych dziewięćdziesięciudziewięciu procentach.

Brukiew nie chce rewolucji. Woli głosować na Palikota, który będzie polskim Żyrynowskim, wspierającym władzę w każdej decyzji, niekorzystnej dla przecietnych Polaków. K. Nawratek ma rację widząc w wyniku wyborów rewolucyjny potencjał Polaków. Głosowanie na RPP to wyraz protestu. Młodzi zaczynają mieć dość państwa, które jednym daje przywileje, a innych zostawia na pastwie wolnego rynku. Dlaczego zatem w Polsce nie ma rewolucji? Jest sprzeciw, jest frustracja, jest gniew. Brakuje wspólnoty. W Polsce wspólnotę potrafią stworzyć tylko kibice i tylko oni potrafią organizować protesty w polskich miastach. Niech wykształciuchy się tego uczą, zamiast potępiać.

*źródło: US Census Bureau 

Tagi: rewolucja
20:34, meinglanz , Różne
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2