| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Kategorie: Wszystkie | Gender | Gospodarka | Psychoewo | Różne | Wychowanie | pop | transhumanizm
RSS

Wychowanie

sobota, 07 grudnia 2013

U nas rząd i media zachwycają się dobrym wynikiem gimnazjalistów w międzynarodowym teście wiedzy i umiejętności piętnastolatków PISA organizowanym przez OECD, tymczasem Szwedzi są w zupełnie innych nastrojach. Wyniki szwedzkich uczniów okazały się dużo gorsze niż w poprzednim badaniu z 2009 r. a już wtedy były to wyniki marne. W matematyce Szwedzi znaleźli się na 38 miejscu, naukach przyrodniczych na 38, a czytaniu na 37 miejscu pośród 62 przebadanych państw (i trzech chińskich miast). To gorsze wyniki niż rezultaty USA, Portugalii czy wielu państw środkowoeuropejskich. 

Tymczasem jeszcze niedawno szwedzki model edukacyjny był u nas stawiany za wzór, chociaż przez trochę nietypowe grono. Nad Szwecją zazwyczaj zachwyty wygłasza polska lewica, „Krytyka Polityczna” wydała na temat tego kraju i jego systemu socjalnego swój przewodnik, a WO lubi szwedzką popkulturę. Jednak szwedzki system edukacji jest dziełem prawicy i wychwalały go takie rzetelne media jak "Wprost" czy "Najwyższy Czas".

Do początku lat 90-tych szwedzka edukacja była ściśle scentralizowana. Obowiązywał jednolity program nauczania, a szkoły były zarządzane i finansowane przez rząd centralny. System ten zaczęto poddawać krytyce już w latach 70-tych kiedy uznano go za zbyt drogi i nieefektywny. W 1990 r. socjaldemokraci przekazali szkoły samorządom, na które spoczęła pełna odpowiedzialność za finansowanie oświaty.

Radykalną reformę edukacji przeprowadził nowy konserwatywno - liberalny rząd w 1992 r. Szwedzki minister edukacji deklarował, że zamierza oddać władzę nad szkolnictwem w ręce rodziców, a całym systemem miała odtąd zarządzać niewidzialna ręka rynku. 

„Edukacja jest tak ważna, że nie można zostawić jej w rękach jednego „producenta”. Monopole nie radzą sobie z zaspokajaniem potrzeb konsumentów „ - powiedział ówczesny minister edukacji Per Unckle.

Wprowadzono bony oświatowe czyli zasadę „pieniądze idą za uczniem”. Na każdego ucznia przypada określona suma pieniędzy, którą otrzyma szkoła, do której uczeń zostanie zapisany. Mechanizm ten wymyślony przez guru neoliberałów Miltona Friedmana miał w teorii wprowadzić konkurencję w szkolnictwie. Szkoły lepsze miały przyciągnąć większą liczbę uczniów za czym poszłyby nagrody w postaci większych pieniędzy. Rodzice zyskali możliwość wyboru spośród szkół publicznych także poza rejonem miejsca zamieszkania oraz wśród szkół prywatnych, które zaczęły w całej Szwecji wyrastać jak grzyby po deszczu (do 1992 funkcjonowały tam tylko nieliczne szkoły prywatne z internatem, których klimat świetnie pokazał Mikael Hafstrom).

Po bonach oświatowych wprowadzono kolejne zmiany. Rząd zrezygnował z narzucania programów nauczania – odtąd większą swobodę zyskały szkoły. Zniesiono też centralne egzaminy maturalne. Stopniowo erozji uległ prestiż nauczyciela, co ciekawie opisał Zaremba-Bielawski w wywiadzie dla "Dużego Formatu". Samorządy w poszukiwaniu oszczędności zaczęły zatrudniać mniej doświadczonych i gorzej wykształconych nauczycieli, którym można było mniej płacić i pozbawić ich różnych dodatkowych rekompensat wywalczonych niegdyś przez związki zawodowe. Zwiększony wpływ rodziców i ograniczenie władzy nauczycieli spowodowało, że szkoły obniżyły wymagania – żeby dzieci dostawały same wysokie oceny i nie narzekały za bardzo. Dla sporej części rodziców większe znaczenie ma to by dziecko się nie przemęczało i było zadowolone niż, by faktycznie czegoś się uczyło.

Zmiany, które wprowadzano w Szwecji w latach 90-tych szły więc w zupełnie odwrotnym kierunku niż w Polsce, gdzie wprowadzano centralną maturę i wprowadzano awanse zawodowe nauczycieli. Jaki jest efekt tych różnych reform po kilkunastu latach? Myślę, że nie ma lepszej ilustracji niż wyniki PISA od 2001 r. (od góry: matematyka, czytanie i nauki przyrodnicze, Szwecja na czerwono, Polska niebieska).


Wiem, że PISA to tylko test i nie jest to doskonałe narzędzie, ale jakiś obraz jakości edukacji pokazuje. 

W Polsce nad szwedzkimi bonami oświatowymi zachwycały się liberalne media, a wprowadzenie tego mechanizmu obiecywał Tusk w swoim exposé w 2007 r. Do dziś zaś pojawiają się postulaty by zdecentralizować szkolnictwo i zlikwidować Kartę Nauczyciela, która daje ponoć „niesprawiedliwe przywileje”. 

Na szczęście dla polskich uczniów spełnianie obietnic wyborczych idzie platformersom bardzo topornie.

wtorek, 24 lipca 2012

Coraz ciekawiej robi się z lobbowaniem na rzecz rejestrowanych związków partnerskich. Dzisiejsze głosowanie w sejmie pokazało jak krucha jest tzw. "frakcja liberalna" w PO. Widać wyraźnie, że zdecydowana większość polityków tej partii jest z obozu Gowina. Szefostwo PO będzie teraz deklarować, że przygotowuje własny projekt ustawy, by utrzymać poparcie tzw. "lewicowego" elektoratu. Projekt oczywiście nie powstanie nigdy, a polski „lewicowy" elektorat znowu da się nabrać na "mniejsze zło".

Tymczasem coraz większe wątpliwości dotyczą tego, co powinno znaleźć się w ustawie o związkach i jaka ideologia jest inspiracją dla autorów tych propozycji. W weekend mieliśmy małą aferę z wykorzystaniem plakatu "Solidarności", przeciw czemu zaprotestował ten związek zawodowy. Osoby związane z akcją "Miłość nie wyklucza" tłumaczą, że współczesna solidarność powinna polegać na tolerancji i wsparciu dla grup mniejszościowych w tym LGTB. Faktycznie nazwa "Solidarność" oznaczała w latach 80-tych solidaryzowanie się z prześladowanymi robotnikami i grupami uciskanymi przez system. Związek miał wówczas wiele socjalnych postulatów i w mniejszym lub większym stopniu odwołuje się nawet dzisiaj do solidaryzmu społecznego.

Czy to samo można powiedzieć o osobach lobbujących za związkami partnerskimi? Sporo wątpliwości budzi propozycja przyznania związkom możliwości wspólnego opodatkowania się, podobnie jak w przypadku małżeństw. Monika Czaplicka broni tego pomysłu posługując się klasycznym neoliberalolo:

"(...)ulgi podatkowe to jeden z wielu przywilejów, ale ustawa zakłada też wiele obowiązków. Na tym to polega. Poza tym zaoszczędzone pieniądze moglibyśmy przeznaczyć na konsumpcję (ot, chociażby rynek zawierania związków: ubrania, wystrój sal, catering itp.), więc te pieniądze wracają do budżetu w formie podatków, a co więcej dajemy zrobić przedsiębiorcom - w dobie kryzysu dobra sprawa."

Rozumowanie Czaplickiej opiera się na założeniu, że jak wydajemy pieniądze na konsumpcję to rozkręcamy rynek, a jak państwo zabierze je w formie podatków to pieniądze te trafią do magicznej zamrażarki i znikną. Neoliberalolo nie dostrzega tego, co dzieje się z wpływami z podatków. Tak jakby wydatki na edukację, ochronę zdrowia, bezpieczeństwo nie powodowały rozkręcania koniunktury. Rynku nie pobudzają pieniądze przeznaczane poprzez redystrybucję na konsumpcję ludzi biednych. Natomiast pobudzają go wydatki konsumpcyjne biznesmenów, bowiem mamy kryzys, a w czasie kryzysu trzeba przede wszystkim wspierać przedsiębiorców, bo ci są tak bardzo kryzysem dotknięci.

Najfajniejsze jest jednak to przekonanie, że pieniądze dane obywatelom w formie ulg wrócą do państwa. To rozumowanie zdradza błędy w banalnej arytmetyce. Jeśli damy związkowi partnerskiemu 300 zł ulgi podatkowej, a obywatele którzy zawarli związek wydadzą go na catering i ozdóbki weselne, to w formie podatku do państwa wróci niecałe 60 zł. Oznacza to 240 zł mniej na edukację, szpitale, emerytury itp. O czym często zapominają neoliberałowie: te wydatki są częścią PKB, ich cięcia powoduje spadek tego wskaźnika, o czym teraz z przykrością przekonują się rządy Hiszpanii, Grecji i Wielkiej Brytanii (nie mówiąc już o obywatelach tych państw).

Abstrahując od tych rozważań o budżecie, warto zastanowić się czy ta ulga dla małżonków w ogóle ma sens w ustawie o związkach partnerskich. Instytucja wspólnego opodatkowania została wprowadzona w celu poparcia tradycyjnego heteronormatywnego modelu małżeństwa, gdzie mężczyzna - głowa rodziny pracuje, a kobieta zajmuje się domem i nie ma własnych dochodów. Tak skonstruowana ulga powoduje, że jej beneficjentami są m.in. pary bezdzietne, gdzie jedno z małżonków jest bezrobotne. Ulga ta z kolei bardzo niewiele daje rodzinom z dziećmi, gdzie zarówno mąż jak i żona pracują. Tacy rodzice w ogóle prawie w ogóle dostają wsparcia ze strony państwa.

Wprowadzanie do ustawy o związkach partnerskich mechanizmu, który nie wspiera rodzicielstwa, lecz promuje konserwatywne wzorce małżeństwa, nie ma najmniejszego sensu. Lepszym rozwiązaniem jest wsparcie finansowe dla rodziców oraz wynagradzanie żon prowadzących gospodarstwa domowe (łącznie z opłacaniem za nie składek na ZUS).

Pomysły na związki partnerskie są raczej rozczarowujące. Jest to próba imitacji konserwatywnej i heteronormatywnej instytucji małżeństwa, której obecna forma prawna jest jednym z powodów kryzysu demograficznego w Polsce. Przy okazji wychodzi na jaw jak bardzo zaczadzone neoliberalizmem jest młode pokolenie Polaków. Nic dziwnego, że ikoną polskiej lewicy jest teraz parlamentarny klub biznesmenów, który lansuje podatek liniowy.

Można się zastanowić, czy w ogóle jest sens w łączeniu spraw LGTB z lewicą. Przecież w krajach opanowanych przez cywilizację śmierci prawa gejów popierają także partie liberalne i konserwatywne (za wyjątkiem kwestii socjalnych, bo te prawica likwiduje i dla gejów i dla heteryków). Zatem proponuję powołanie Klubu Polskich Przegiętych Korwinotorysów, który mógłby wspólnie z partią Camerona zająć miejsce w Parlamencie Europejskim. Taki sojusz byłby znacznie bardziej dla Torysów sensowny niż ich obecna współpraca z homofobicznym i socjalnym PiS. 

środa, 10 sierpnia 2011

Popularną figurą retoryczną wykorzystywaną przez konserwatywną prawicę w dyskusjach o postulatach równouprawnienia mnieszości seksualnych jest hipoteza istnienia dwóch lewic. "Prawdziwa lewica" zajmuje sie kwestiami socjalnymi, prawami pracy, obroną robotników i walką o państwo opiekuńcze. Jej przeciwieństwem jest "obyczajowa lewica" która ma być obojętna wobec tych tematów, za to zajmuje się głównie ?zboczeńcami? którzy są dzisiaj "nowym proletariatem". Kwestie praw społeczności LGBT to zdaniem konserwatystów "temat zastępczy", który odwraca uwagę opinii publicznej od spraw ważnych. "Lewica obyczajowa" zajmując się prawami zboczeńców zdradza ludzi pracy, gdyż nie poświęca im czasu.

 Taki obraz współczesnej socjaldemokracji europejskiej maluje Remigiusz Okraska redaktor "Nowego Obywatela" kwartalnika, który ma misję wskrzeszenia w Polsce "prawdziwej" lewicy. W swoim felietonie ?Walka trwa ? walka o nic? opisuje jak to wspaniale żyje się dziś gejom, którzy mają już pełnię praw obywatelskich. Równocześnie coraz gorszy jest los ludzi biednych i robotników, których prawa są coraz bardziej ograniczane.

 "Trudno byłoby znaleźć w dziejach tego kręgu cywilizacyjnego inną zbiorowość, która równie szybko przeszła od stadium osób spychanych na margines, wyklinanych czy wręcz zbiorowo prześladowanych, do obywateli posiadających pełne prawa cywilne, równość wobec wszelkich regulacji oraz obecność swego stylu życia wśród wzorców powszechnie akceptowanych."  - pisze R. Okraska.

Nie wiem co red. "Nowego Obywatela" rozumie przez "prawa cywilne" ale chyba co innego niż teoretycy prawa. W Polsce homoseksualne pary, które chcą prawnej ochrony swojego partnera i dzieci muszą podpisać kilkanaście różnych umów i deklaracji i załatwić pieczątki w kilku różnych urzędach, a i tak nie będą mieć takich samych praw jak pary hetero, które zawarły ślub cywilny. W krajach Europy Zachodniej i kilku stanach USA co prawda rejestruje się związki partnerskie lub małżeństwa osób tej samej płci, jednak nie mają one takich samych praw jak małżeństwa heteroseksualistów. W większości państw świata związki homo są ignorowane, a w bardzo wielu krajach są karane czasem nawet śmiercią. "Posiadanie pełnych praw" to coś, o co pedały i lesby muszą jeszcze walczyć.

 Jest jedna dziedzina praw obywatelskich, w przypadku, których redaktor naczelny "Nowego Obywatela" ma poważne wątpliwości, czy powinny przysługiwać homosiom:

 "Czym innym jest równość wobec prawa czy możliwość dziedziczenia po dorosłym homoseksualnym partnerze, czym innym natomiast adopcja dzieci, stanowiąca ogromny eksperyment psycho-biologiczny na żywym organizmie, pozbawionym możności decydowania, czy chce brać w nim udział."

Okraska podobnie jak inni konserwatyści jest przekonany, że model rodziny, który zna jest modelem "naturalnym" wynikającym z "Prawa Bożego" lub praw ewolucji biologicznej. Takie założenie pozwala traktować wszystkie inne modele jako "eksperymenty" na biednych dzieciach.

Po pierwsze pan redaktor nie dostrzega chyba faktu, że dziecko nigdy nie ma możliwości decydowania o tym jakich ma rodziców, a orientacja heteroseksualna nie jest żadną gwarancją jakości w procesie wychowania potomstwa.

Po drugie model rodziny nuklearnej "tata, mama i dzieci" nie jest czymś oczywistym u homo sapiens, tylko wzorcem, który pojawił się stosunkowo późno - wraz z rewolucją przemysłową w XVIII i XIX stuleciu. Wcześniej na Zachodzie dominowały wielopokoleniowe chłopskie klany, gdzie opieką nad małoletnimi bardziej zajmowało się starsze rodzeństwo i kuzynostwo niż zapracowani rodzice. W wielu krajach do dziś społeczną normą są rodziny poligamiczne. W cywilizacji śmierci zwyczajne są takie bezeceństwa jak samotne rodzicielstwo lub "przyszywani rodzice" z dziećmi z poprzednich małżeństw.

Po trzecie lesbijki i geje mają dzieci i wychowują je od dawna. Wielu naukowców bada jak te rodziny funkcjonują i nie dostrzeżono nic zdrożnego.

Okraska protestuje też przeciwko terrorowi "politycznej poprawności" który przejawia się tym, że nie pozwala się na merytoryczną krytykę idei praw LGBT, a w ogóle walka o prawa gejów nie ma sensu bo rzeczywistej akceptacji nie da się zadekretować.

Następnie redaktor Ostatniego Prawdziwego Lewicowego Pisma w Polsce wyjaśnia o co powinna walczyć dziś lewica. Prawa pracownicze i państwo opiekuńcze to idee, które od kilku dekad są w odwrocie, a zdaniem Okraski istnieje odwrotna zależność między postępem we wdrażaniu praw gejów a zachowaniem praw socjalnych. Tak się jednak składa że wśród tych kilku państw, w których geje mają faktycznie pełnię praw obywatelskich, łącznie z prawem do adopcji, są kraje w największym stopniu realizujące lewicowe ideały solidarności społecznej i państwa opiekuńczego. Jeśli uszeregujemy państwa według kryteriów przestrzegania praw LGBT i realizacji socjalnych postulatów lewicy to okaże się że między tymi szeregami występuje korelacja pozytywna. Nie jest więc prawdą, że zajmowanie się prawami mniejszości seksualnych odwraca uwagę od spraw ekonomicznych i społecznych i ułatwia neoliberałom demontaż państwa opiekuńczego. Wręcz przeciwnie - te społeczeństwa, które wykazują się największą empatią dla ludzi wykluczonych potrafią dostrzec problemy zarówno osób LGBT jak i ludzi marginesu ekonomicznego.

 Okraska dostrzega jednak ważny problem - lewica w wielu krajach zaczadziła się ideologią neoliberalną i ma swój udział w dziele likwidacji praw pracowniczych. Jednak winne tej patologii nie jest porzucenie przez lewicę kwestii socjalnych na rzecz praw gejów. Socjaldemokracja dostosowała się jedynie do globalizacji. W krajach zachodnich dominującą siłą polityczną stała się klasa średnia i to ona jest "nowym proletariatem". Lewica chcąc powalczyć o głosy klasy średniej przyjęła neoliberalną ideologię, gdyż uwierzyła, że niskie podatki i tani kredyt dostępny dzięki deregulacji systemu bankowego jest tym czego potrzebuje wielkomiejski elektorat. Lewicowe partie zaczęły ścigać się z prawicą o głosy klasy średniej i lekką ręką zagłosowały za redukcją świadczeń socjalnych, które mieszczuchom są zbędne, a niepotrzebnie obciążają budżet. Kiedy przyszedł kryzys finansowy okazało się że na neoliberalnym porządku gospodarczym zyskała jedynie finansowa oligarchia, a dobrobyt klasy średniej był tylko ułudą.

Wielkomiejski elektorat nadal wierzy, że możliwe jest rozbudzenie gospodarki dzięki starym sztuczkom i głosuje na prawicę, gdyż ta podobno "lepiej zna się na gospodarce" i przy okazji obiecuje bezlitosną rozprawę z przestępczością i bandytyzmem. W tym samym czasie robotnicy zaufali neofaszystom, gdyż ci mówią prostym językiem i dają proste odpowiedzi na pytania o przyczyny trudnej sytuacji biedniejszej części społeczeństwa.

Tagi: lewica
23:48, meinglanz , Wychowanie
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 czerwca 2010

Trafiłem dziś na wywiad prof. Turskim zamieszony na serwisie Przekroju. Redaktor Renata Kim nie potrafiła uwierzyć, że matura z matematyki może być potrzebna komuś innemu niż kandydat na studia politechniczne. Powołała się przy tym na oklepany argument, że ludzie sobie dobrze radzą beż testu z matematyki. Owszem, umiejętność obliczania wielomianów może okazać sie w życiu zbędna. Dlaczego jednak nie ekstrapoluje się tego sposobu myślenia na inne dziedziny? Historia Mezopotamii, czy też budowa dwunastozgłoskowca w "Panu Tadeuszu" uznajemy za wiedzę, która co prawda jest nieprzydatna w gotowaniu kartofli, ale wymagana od wykształconego przedstawiciela klasy średniej. Moim zdaniem tak samo należy traktować przedmioty matematyczne i przyrodnicze. Jeśli ktoś wątpi w przydatność matury z matematyki to jest bucem. Dowodem jest sama pani redaktor Kim:

"Inżynier powinien świetnie znać matematykę, ale dlaczego ma się jej pod przymusem uczyć także przyszły politolog czy muzyk?"

Gdyby pani redaktor znała się na muzyce, wiedziałaby, że to jeden z bardziej zmatematyzowanych wytworów ludzkiej cywilizacji. Uczniowie szkół muzycznych uczą się interwałów, akordów i zasad harmonii, które mają właśnie matematyczny charakter. Politologia natomiast jest dziedziną opierającą się na badaniach ilościowych. Czytałem już wiele wypowiedzi "najwybitniejszych" polskich profesorów politologii, psychologii i socjologii, które były bzdurami wywnioskowanymi z błędnej interpretacji danych statystycznych.

Świetnym przykładem żenady medialnej są wypowiedzi pseudoekspertów od klimatu, którzy nie rozumieją skomplikowanych matematycznych zależności fizyki atmosfery. W tym stylu wypowiada sie geograf prof. Chmal na łamach wrocławskiej "Wyborczej" który chwali się, że dwa lata temu przewidział tegoroczną powódź. Przepowiednia brzmiała tak:

"Akceptując ideę cyklu siedmioletniego, uważamy, że powódź może wystąpić w roku 2011, jednak może to być rok wcześniej lub później"

Właśnie po to wszyscy humaniści powinni zdawać obowiązkowy test z matematyki, by mieć pojęcie o rachunku prawdopodobieństwa i wiedzieć, że powyższa wypowiedź przemądrzałego profesora to nie jest coś co można nazwać "prognozą tegorocznej powodzi", a określenie "powódź tysiąclecia" nie oznacza "powódź raz na tysiąc lat". Redaktor Maciejewska może nie popełniłaby takich głupot w swoim tekście gdyby junta Jaruzelskiego nie zniosła obowiązkowej matury z matematyki w 1982.

Technorati Tagi: ,
wtorek, 13 kwietnia 2010

Sobotnia tragedia była dla mnie jak i wielu ludzi szokiem. Wiele ciepłych słów powiedziano o ofiarach tej katastrofy lotniczej. Z pewnością sobie na to zasłużyli. Dziś po kilku dniach emocje zaczynają opadać i czas na to, by zacząć chłodnym okiem zastanowić nad tym wydarzeniem i jego konsekwencjami. Obawiam się jednak, że debata publiczna została zaczarowana.

Przede wszystkim nie zgadzam się na nawoływania do "jedności narodowej". Pomysły by zrezygnować z kampanii wyborczej i wspólnie mianować jednego kandydata na prezydenta to propozycja likwidacji demokracji. Naturalną rzeczą jest to, że po okresie żałoby powrócą różnice w światopoglądzie. Krytycznie odnoszę sie do dzisiejszego wywiadu z W. Eichelbergerem. Naczelny psychoguru Polski powiedział parę niezrozumiałych wypowiedzi:

"My, Polacy mamy pewną słabość, wyniesioną z naszej historii, że jednoczymy się zawsze wobec klęsk, w rozpaczy. Natomiast w szczęściu dajemy upust naszym najniższym instynktom i walce światopoglądów."

Otóż właśnie odruch "jednoczenia się" w obliczu tragedii, żałoba za zmarłymi, empatia - to wszystko co przeżywaliśmy w ostatnich dniach to są pierwotne instynkty tak samo jak i walka i rywalizacja światopoglądowa. Przez kilka dni Polacy stanowili tonniesowski Gemeinschaft - wspólnotę kierowaną emocjami, zorganizowaną nieformalnie i spontanicznie. Wspólnie uczestniczyliśmy w żałobie, bo zginęli nie tylko funkcjonariusze państwa, ale osoby symbolizujące wspólnotę narodową. Media pokazywały płaczących polityków, którzy utracili przyjaciół. Empatkia - mechanizm jak najbardziej instynktowny sprawił, że byliśmy z nimi.

"Czego oczekiwalibyśmy teraz od polityków?
- Umiaru, podniesienia jakości debaty politycznej do poziomu argumentu, a nie obrzucania się obelgami. Prowadzenia prawdziwego dyskursu ideologicznego i światopoglądowego. Niestety widać, że różne grupy światopoglądowe już próbują zawłaszczyć tę tragedię. Śmierć papieża była dla nas znacznie głębszym przeżyciem
."

Pomysł prowadzenia dyskursu światopoglądowego i ideologicznego jest bezsensowny. Nie da się dojść do porozumienia w tych sprawach. Ludzie o różnych światopoglądach mówią różnymi językami. Dlatego możliwa i jak najbardziej pożądana jest walka demokratyczna światopoglądów i ideologii, ale nie szukanie zgniłych kompromisów aborcyjnych.

To, że grupa popierająca poglądy śp. Lecha Kaczyńskiego chce wykorzystać moment żałoby i obyczaju niekrytykowania zamarłego, by wystawić mu pomnik w krypcie
wawelskiej jest właśnie przykładem rywalizacji demokratycznej. Można się oburzać na perfidię i niską kulturę polityczną tego środowiska, ale nie na fakt, że grupy popierające dany światopogląd starają sie wywalczyć pozycję w polityce.

środa, 24 marca 2010

Ruchy obrony praw złamasów zwiększają swoją aktywność. Dziś ojcowie protestowali przed sądem w Łodzi. Wcześniej Podobne protesty miały miejsce w innych miastach Polski. Do komisji „Przyjazne Państwo” trafiły propozycje zmian prawa rodzinnego mające wymuszać na sądach orzekanie tak zwanej „opieki równoważnej” albo „naprzemiennej” co lepiej oddaje istotę tego pomysłu. Związek organizacji pozarządowych zwany „Porozumieniem Rawskim” proponuje by sądy orzekały, że każdy z rozwiedzionych rodziców miał prawo do tego by przez minimum 1/3 roku dziecko mieszkało u niego. Ojcowie twierdzą, że sądy rodzinne dyskryminują mężczyzn i w 97% przypadków orzekają, ze opiekę nad dzieckiem ma sprawować matka, niezależnie od tego kto faktycznie jest najlepiej predysponowany do opiekowania się dzieckiem.

Obrońcy praw złamasów kłamią w dwóch kwestiach. Nieprawdą jest to, że w ponad 90% rozwodów sąd orzeka, że opiekę sprawować będzie wyłącznie matką. Nieprawdą jest twierdzenie, że „opieka równoważna” nie jest uznawane przez polskie sądy. Z danych statystycznych dostarczonych przez Ministerstwo Sprawiedliwości wyłania się inny obraz niż to malują weekendowi ojcowie i niemalże wszystkie mainstreamowe media powtarzające tezę o dysproporcji płciowej. W rzeczywistości matkom sprawowanie władzy rodzicielskiej przyznawane jest w przypadku 62% rozwodów. Wspólne sprawowanie opieki przez oboje rodziców sądy orzekają w ponad 32% przypadków, a wyłączną opiekę ojców w 4%. Od suchych liczb ważniejsze jest jednak to w jaki sposób sądy decydują o tym kto będzie głównym opiekunem dzieci po rozwodzie. Jak informuje ministerstwo w większości przypadków decyzję taką podejmują sami rodzice, a sądy jedynie zatwierdzają to co ustalili małżonkowie rozwodzący się. Praktyka społeczna jest taka, że nawet tam gdzie sąd orzeka wspólną opiekę rodzice i tak zgadzają się, że dziecko na stałe zamieszkuje u jednego z nich. Dopiero w przypadku braku porozumienia rozwodzących się małżonków decyzję podejmuje sąd i jak się okazuje ojcowie wcale nie są tak bardzo pozbawieni szans jak twierdzą stowarzyszenia ojcowskie.

Rodzice troszczący się rzeczywiście o dobro swoje dziecka potrafią dojść do porozumienia co do tego kto lepiej będzie opiekował się dzieckiem. Nie czarujmy się w znakomitej większości przypadków będzie to matka. Ojciec który troszczy się o swoje dziecko nie będzie miał problemu z zaakceptowaniem tego, że to była żona będzie wykonywała obowiązki rodzicielskie. Pozostaje więc pytanie o czyj interes walczą stowarzyszenia ojcowskie i jakich ludzi reprezentują? Nazwy organizacji zrzeszonych w Porozumieniu Rawskim takie jak: Stowarzyszenie Przeciw Bezprawiu, Stowarzyszenia na Rzecz Poszanowania Praw Dzieci i Rodziców, Stowarzyszenia Obrony Społecznej Praw Dziecka, Młodzieży i Rodziny sugerują, że walczą o prawa dzieci lub ogólnie o prawa człowieka. Tymczasem mamy coraz więcej dowodów empirycznych na to, że opieka naprzemienna szkodzi dzieciom o czym już pisałem na blogu. Dziecko do zdrowego rozwoju potrzebuje stabilizacji emocjonalnej. Potrzebuje co najmniej jednego kochającego opiekuna, który będzie tworzył dom, stanowiący jakieś stałe miejsce. Przerzucanie dziecka od mieszkania ojca do mieszkania matki nie jest dobrym rozwiązaniem dla jego psychiki. Dziecko znajduje się bowiem w takiej sytuacji jakby w ogóle nie miało domu. Jest to szczególnie widoczne, gdy rodzice znajdą sobie nowych partnerów i będą mieć z nimi kolejne dzieci. Wówczas dziecko z rozwiedzionego małżeństwa lawiruje między dwiema rodzinami, z których żadna nie jest w pełni jego rodziną.

O co więc chodzi obrońcom praw ojców? J. Drakich i C. Bretoria z Uniwersytetu Windsor ma podstawie badań środowska FRA stwierdzili, że członkowie takich stowarzyszeń nie są zainteresowanie wykonywaniem codziennych rodzicielskich obowiązków, troszczeniem się o dziecko, dbaniem o jego zdrowie, edukację itp. Celem tych ludzi jest kontrolowanie matki i dziecka. Jak już wczesniej pisałem ojcowie, którzy walczą przed sądem o wyłączną opiekę częściej są to ojcowie stosujący przemoc wobec dzieci. Osobiście jestem więc skrajnie nieufny wobec stowarzyszeń złamasów.

Sejm i sądy rodzinne nie powinny w imię płciowego egalitaryzmu nakazywać rozwiązania krzywdzącego dzieci. Tym bardziej, że większość rodziców wcale nie chce dzielić się opieką na dzieckiem po równo. Odrzuca mnie hipokryzja ojcowskich stowarzyszeń, które pod szyldem walki o dobro dziecka domagają się wprowadzenia głupich rozwiązań, które jedyne kogo zaspokoją to garstkę konfliktowych i egoistycznych ojców, którzy nie potrafią troszczyć się o własne potomstwo. Irytuje mnie postawa posłów z komisji Palikota. Zadaniem tej komisji miała być walka z biurokracją, tymczasem przez 2 lata posłowie z „Przyjaznego Państwa” nie zrobili prawie nic by obywatelom Polski żyło się lepiej w swym kraju. Teraz zaś zamiast walczyć z zbędna biurokracją zabierają się za mieszanie w prawie rodzinnym.

czwartek, 04 marca 2010

Jak można się było spodziewać projekt nowej Ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie wywołał histeryczną reakcję prawicy. Pojawiają się już oskarżenia, że rząd chce zniszczyć rodzinę, że odbierze się autorytet rodzicom, pracownicy socjalni zyskają zbyt dużą władzę. Posłowi PiS Piotrowi Stanke nie podoba się nawet nazwa "przemoc w rodzinie", bowiem zdaniem tego posła przemoc jest "wszędzie". Prawica najwyraźniej nie chce dostrzec specyfiki problemu przemocy w rodzinie i trudnej sytuacji dzieci i kobiet, które są jej ofiarami (za to bardzo wyczulona jest na rzekomy problem bitych mężów).

Tymczasem rzeczywiste ingerowanie państwa w życie rodzinne planują posłowie z komisji „Przyjazne Państwo”. Zamiast zajmować się tym do czego ich upoważniono koledzy Palikota przygotowują zmiany w prawie rodzinnym mające wymuszać na sądach wprowadzanie tzw. „opieki naprzemiennej” dla dzieci małżeństw po rozwodzie. Posłom chodzi o rzekomą dyskryminację ojców przez sądy rodzinne. Jako argument podaje się dość bałamutne stwierdzenie, że w 95% przypadków opiekę nad dziećmi po rozwodzie sądy przyznają matkom. Nie wspomina się jednak, że w 90% wynika to z ustaleń samych rodziców. Znakomita większość ojców dobrowolnie oddaje opiekę nad dzieckiem matce, bowiem to matka prawie zawsze jest bardziej związana z dzieckiem i lepiej sobie poradzi jako główny opiekun. Co ciekawe i smutne zarazem z badań Amerykanów wynika, że ojcowie, którzy domagają się przyznania sobie opieki nad dzieckiem po rozwodzie częściej są to ojcowie agresywni i sprawcy przemocy w rodzinie, aniżeli naprawdę zaangażowani w opiekę nad dzieckiem.

Sama zaś opieka naprzemienna ma negatywny wpływ na dziecko. J. McIntosh wykazała, że małe dzieci, którymi opiekują się naprzemiennie ojciec i matka cierpią z powodu emocjonalnej niestabilności. Brak poczucia stabilnej więzi emocjonalnej w tym okresie życia w efekcie doprowadzić może do rozwoju poważnych zaburzeń osobowości. Dzieci potrzebują stabilizacji i taką zapewnia im opieka zgodnego małżeństwa lub samotnego rodzica (przy czym samotne matki radzą sobie statystycznie lepiej niż samotni ojcowie). Częste wizyty dochodzących ojców mają również negatywny wpływ na dziecko, gdyż zazwyczaj prowokują konflikty między rozwiedzionymi rodzicami. Zachęcanie sądów do orzekania opieki naprzemiennej to wprost danie ojcom stosującym przemoc rodzicielską i małżeńską narzędzia do kontrolowania i terroryzowania swych dzieci i byłych małżonek. Mam zatem nadzieję, że panowie z komisji Palikota zajmą się wreszcie usuwaniem zbędnej biurokracji zamiast mieszać w prawie rodzinnym

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Tygodnik Newsweek postanowił przybliżyć nam tajemnice sukcesu reprodukcyjnego Francuzów. Redaktor J. Kowalska – Iszkowska wyjaśnia nam, że Francja nie boryka się z problemem małego przyrostu naturalnego, ponieważ Francuzi nie mają w zwyczaju okazywania swoim pociechom ciepłych uczuć. Francuscy rodzice traktują swoje dzieci w sposób oschły i zdecydowanie je dyscyplinują używając do tego klapsów w policzek. W trzecim akapicie autorka tekstu jednak z ubolewaniem stwierdza, że oschły chów zanika i dzieci stają się „królewiętami”. Czy powoduje to spadek przyrostu naturalnego? Tego nam pani redaktor nie wyjaśnia.

J. Kowalska – Iszkowska powołuje się na Naouriego i Thompson, którzy twierdzą, że stwarzanie dzieciom cieplarnianych warunków nie jest dobre dla ich rozwoju. Całkiem słuszna uwaga. Czy jednak unikanie nadopiekuńczości musi od razu oznaczać klapsa? Taka Superniania potrafi pokazać, że można być stanowczym wobec dziecka, bez stosowania przemocy fizycznej.

Publicystka Newsweeka szuka też innych niż nieczułość rodzicielska przyczyn wysokiej jak na Europę liczby urodzeń we Francji. Na przykład słynny francuski socjał (becikowe, ulgi podatkowe, zasiłki itp.). Jak się okazuje we Francji wiele dzieci trafia szybko do żłobka i przedszkola (w Polsce zapisanie dziecka do żłobka graniczy z cudem). Jednak pani redaktor twierdzi, że to raczej nie jest przyczyna sukcesu rozpłodowego Francuzów. W celu udowodnienia tej tezy pani redaktor sięga po risercz godny Ziemkiewicza. Niemcy zdaniem pani J. Kowalskiej – Iszkowskiej też są szczodre, a na jedną kobietę przypada tam 1,23 dziecka. Za to Irlandia ma dużo urodzeń, bowiem panuje tam „tradycyjne, katolickie podejście do kwestii rodzinnych”. Co prawda Francja jest „liberalna” i „laicka” co podważa tezę o konieczności katolickości dla sukcesu rozpłodowego, ale pani redaktor z tej sprzeczności wybrania się, twierdząc, że w zdemoralizowanej Francji dzieci się robi, bo taka jest tam moda. To nic zdrożnego jednak, że motywacja do posiadania potomstwa jest konsumpcjonistyczna. Przynajmniej Francuskie matki porządnie po katolicku dają dzieciom klapsa.

Dopiero pod koniec artykułu pojawia się sensowna wypowiedź.: „W Polsce czy we Włoszech, gdzie przyjście na świat dziecka najczęściej oznacza całkowitą zmianę stylu życia, kilkuletnią przerwę w karierze, podróżach i życiu towarzyskim, przyrost naturalny należy do najniższych w Europie. „

Jest to prawda, ale trzeba ją zrozumieć inaczej niż autorka tekstu. Faktycznie dla młodej Polki, Niemki, czy Włoszki urodzenie dziecka oznacza de facto przerwę w pracy i uniemożliwia awans zawodowy. Francja sobie poradziła z tym problemem rozwijając usługi pomocy w opiece nad dziećmi – żłobki, przedszkola, pomoc finansowa. Ważnym czynnikiem jest też francuski system pracy z 35 godzinami roboczymi w tygodniu i bardzo liberalnym podejściem pracodawców do czasu pracy. To pozwala francuskim matkom i ojcom opiekować się dziećmi bez konieczności wyłączania jednego z rodziców z życia zawodowego. Podobne rozwiązania funkcjonują w Szwecji, która również ma wysoki przyrost naturalny, mimo iż dzieci często się tam rozpieszcza, a za stosowanie klapsa, szwedzkie państwo wsadza do więzienia, co często polska prawica pokazuje jako przykład cywilizacji śmierci.

W Niemczech jak prasa od dawna pisze, brakuje miejsc w przedszkolach i żłobkach. Niemieckie podejście do czasu i systemu pracy nie ułatwia rodzicom znalezienia czasu na wychowywanie dzieci. Rząd jest „szczodry” dając zasiłki dla biednych rodzin. System pomocy w opiece nad dzieckiem dla pracujących rodziców dopiero powstaje, co wywołuje zresztą ostrą krytykę Kościoła. W Polsce młode matki muszą rezygnować z pracy, żłobków nie ma, pracownik ma być pracoholikiem, a publicystka z Newsweeka radzi na te problemy wychowywanie oschłe.