| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    

pop

sobota, 17 października 2015

Qjh1zDPbGG-2

 

Rebelya - portal „antysystemowej” prawicy, która lubi narzekać jak to w Polsce jest beznadziejnie a jako rozwiązanie problemów wynikających z dzikiego kapitalizmu widzi jeszcze więcej dzikiego kapitalizmu umieścił wywiad z towarzyszem Okraską, który z kolei broni socjalizmu. Redaktor naczelny jakże zacnego „Nowego Obywatela” narzeka że Polacy zapomnieli o swoich tradycjach lewicowych, a polska lewica zamiast odwoływać się do spuścizny Okrzei, Abramowskiego i Waryńskiego woli małpować Zachód i paradować w koszulkach z Che.

Nie wiem ile razy już słyszałem ten „zarzut” którym internetowe prawaczki masakrują lewicowców. Za każdym razem ma to być ostateczny argument w dyskusji z anarchistami, syndykalistami, socjalistami - „bo wy nosicie koszulki z podobizną kubańskiego zbrodniarza” (nie ważne że był Argentyńczykiem). I zaorane. 

W internetach co jakiś czas wyskakują dziennikarze „śledczy” którzy dokonują szokującego odkrycia, że Ernesto Guevara był komunistom !!!!11! I powstają jakże odkrywcze teksty o tym, że „bohater” był zbrodniarzem. Bohater? Co najwyżej popkulturowa ikona. Kapitalizm, z którym walczył rewolucjonista, potrafił jego postać przetworzyć i zrobić z niej produkt, który można sprzedawać. Ostateczne zwycięstwo wolnego rynku nad centralnym planowaniem.

Polska wykorzystała postać Guevary na swój typowo cebulowy sposób. Mianowicie powstał prawicowy fantazmat lewaka z facjatą Che na klacie. Seryjnie towarzyszu Okrasko byłem na dziesiątkach lewackich spędów, na skłotach w Polsce, Francji i Niemczech i na żadnym punkowym koncercie, na żadnej socjalistycznej konferencji ani manifestacji antykapitalistycznej nie widziałem lewaka z Che na klacie.

Spotkałem za to ludzi, którzy zakładają kooperatywy, walczą o prawa pracowników Amazona, blokują nielegalne eksmisje lokatorów, ratują zwierzęta, organizują Food not Bombs albo zakładają partię Razem. Zaiste chwalebne, że „Nowy Obywatel” i portal lewicowo.pl przypominają bogate i zapomniane tradycje polskiej lewicy socjalistycznej i niekomunistycznej jednak byłbym rad gdyby te media troszkę więcej uwagi poświęciły współczesnym młodym polskim lewicowcom i zamiast powtarzać prawicowe fantazmaty, pomogły rozpropagować wiele cennych inicjatyw, które dzieją tu i teraz. 

Mit lewaka z facjatą Che na klacie jest tak samo szkodliwy jak inny prawicowy mit o lewicy „społecznej” i „obyczajowej”, który również propagował swego czasu „Nowy Obywatel”. Dla każdego, kto zna postulaty LGBT jest oczywiste, że związki partnerskie czy równouprawnienie małżeństw są postulatami socjalnymi, co widać np. w programie „Razem”. To może być zaskakujące tylko dla kogoś kto przespał ostanie 70 lat rozwoju lewicy, co jest jakże częste w Polsce i całej pokomunie.

piątek, 11 lipca 2014

Kolejna odsłona skandalu szpiegowskiego w Niemczech i wydalenie szefa CIA spowodowała, że przez niemiecką prasę przelewają się frazesy o zdradzie sojusznika, lekceważeniu „bratniego narodu" i niemieckiej naiwności. Dziennikarze całkiem poważnie piszą, że Niemcy powinni porzucić „przyjaźń niemiecko-amerykańską" i traktować USA jako sojusznika strategicznego.

To, że Niemcy są tak przeczuleni na szpiegostwo jest wynikiem ich zakompleksienia wobec Wielkiego Brata zza oceanu. Inne kraje NATO też są podsłuchiwane, ale jakoś Brytyjczycy, czy Francuzi z tego powodu nie szlochają, bo doskonale wiedzą, że dzisiaj szpieguje każdy każdego, a w polityce nie ma przyjaźni, lecz co najwyżej wspólne interesy. Tego, że USA nie obdarzają swoich sojuszników bezinteresownym uczuciem, mogli nie wiedzieć Polacy. My byliśmy trzymani pod sowieckim kloszem i stąd zrozumiała nieświadomość. Po 1989 roku zakochaliśmy się w Ameryce, ale z tego uczucia wyleczyliśmy się bardzo szybko (choć neokonowi Sikorskiemu zajęło to chyba trochę dłużej niż większości Polaków).

Ale Niemcy przez ostatnich 70 lat mieli wiele okazji do rozczarowania się swoim opiekunem i sojusznikiem. Tym bardziej nie chce mi się wierzyć, że to oburzenie mediów i polityków nad Szprewą jest na serio. Rozczarowanie, które niemiecka polityka wyraża głośno od afery Snowdena niemiecka popkultura przerabia od dawna.

Pod koniec lat 70-tych dwójka młodych muzyków z Wuppertalu odwiedziła Berlin Wschodni, gdzie zobaczyli plakaty sławiące „przyjaźń niemiecko-sowiecką". Dla mnie wydaje się zabawne dekretowanie przyjaźni narodów, które dwie dekady wcześniej były śmiertelnymi wrogami. Ale Gabi Delgado-Lopez i Robert Görl zauważyli wtedy co innego.

Dla nas równie dobrze mogłyby wisieć plakaty z napisem przyjaźń niemiecko-amerykańska. Tak jak Wschód cierpiał pod sowieckim imperializmem tak zachód pod imperializmem amerykańskim". Tłumaczył Delgado-Lopez w wywiadzie dla portalu Treffpunkt-schwarz.de wybór nazwy Deutsch Amerikanische Freundschaft. W 2003 r. na kilka miesięcy przed inwazją na Irak już pod skrócona nazwą D.A.F wydali piosenkę der Scheriff obśmiewającą neoimperializm administracji Busha. Rammsteim wykorzystał ten sam motyw i ironię w swej Ameryce z 2004 r.

Wojna w Iraku oczywiście nie była pierwszym rozczarowaniem Ameryką. Najbardziej tragicznym epizodem była afera Starfighter F-104, która rozpalała niemiecką opinię publiczną w latach 60-tych. W ramach cementowania sojuszu z USA rząd Adenauera kupił amerykańskie myśliwce przechwytujące, które okazały się dla Bundeswehry przekleństwem. Z powodu licznych wypadków samolotu F-104 zginęło 116 niemieckich pilotów a samolot nazwano widowmaker.

Przyczyny tych katastrof były różne. Częściowo wynikało to z niedoskonałości samego samolotu, który był bardzo awaryjny. Większym problemem było jednak kiepskie wyszkolenie niemieckich pilotów. Siły lotnicze RFN zostały naprędce sklecone w 1955 r. a dziesięcioletnia przerwa w funkcjonowaniu lotnictwa wojskowego w tym kraju przypadała akurat na okres kiedy wdrażano myśliwce odrzutowe. Niemcy nie mieli doświadczenia ani czasu, by przeszkolić swych pilotów do nowoczesnego samolotu. Kontrowersyjny był też sam zakup maszyny, którą Amerykanie projektowali do zwalczania na dużych wysokościach radzieckich bombowców, a którą Niemcy chcieli wykorzystywać do atakowania celów na lądzie. Wreszcie amerykańskie plany szkoleniowe dla pilotów Starfightera był dobre do lotów wysoko nad pustyniami Nevady, ale zupełnie nie pasowały do górzystych i deszczowych regionów środkowych Niemiec.

Szefostwo Luftwaffe wyrażało się o zakupie F-104 bardzo krytycznie, co narażało na szwank przyjaźń niemiecko-amerykańską. Z tego powodu w 1966 r. ówczesny minister obrony RFN Kai-Uwe von Hassel zmusił do dymisji dowódcę sił lotniczych gen. Panitzkiego. 11 marca 1970 w katastrofie F-104 zginął 29-letni pilot Luftwaffe Joachim von Hassel, syn ministra Kai-Uwego i bohater świetnej piosenki Welle Erdball z 2000 roku.

Dlaczego więc po tylu latach rozczarowań niemieckie media ciągle piszą na poważnie o kryzysie przyjaźni niemiecko-amerykańskiej? Być może wynika to z mitu, że to USA dały Niemcom demokrację. O tym, że jest to bzdura wystarczy popatrzeć na to co działo się w innych krajach, które Amerykanie próbowali demokratyzować: Korei Południowej, Wietnamie, Iraku czy Afganistanie. Niemcy po 1945 r. stały się demokratyczne bo tego chciało niemieckie społeczeństwo. Powojenne sukcesy odbudowy, demokratyzacji, cudu gospodarczego, zjednoczenia kraju i stworzenia modelu socjo-ekonomicznego, który jest dziś wzorem dla wielu, ten kraj zawdzięcza sam sobie i nie musi popadać w kompleksy, kiedy Amerykanie podsłuchują im telefony komórkowe.