| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Kategorie: Wszystkie | Gender | Gospodarka | Psychoewo | Różne | Wychowanie | pop | transhumanizm
RSS

Gospodarka

niedziela, 31 stycznia 2016

W Dzienniku Opinii ukazał się świetny wywiad z Łukaszem Surowcem, o tym jak artysta współpracuje z bezdomnymi. Łukasz prowadził wiele projektów łączących obszary sztuki i pomocy społecznej, w których pokazuje absurdy polskiego myślenia o problemach bezdomności i alkoholizmu. Państwo traktuje infantylizuje uzależnionych, zmusza ich do podjęcia leczenia, a jednocześnie nie potrafi skutecznie pomóc.

Surowiec współpracował z bezdomnymi i nie wymagał ani nie naciskał na nich, by podjęli leczenie odwykowe. Jakiś czas temu dyskutowałem ze znajomymi z czy takie zachowanie jest etyczne, czy wiedząc że ktoś jest chory, ma problemy psychiczne, jest alkoholikiem możesz z nim współpracować przy projekcie artystycznym a jednocześnie nie próbować zachęcać go do leczenia. Czy wspólne budowanie z bezdomnymi domu, który potem oni zniszczą, bo wykorzystają drewno do zrobienia ogniska, a elementy metalowe sprzedadzą na złomowisku ma jakikolwiek sens? W ten sposób nie pomagamy bezdomnym wyjść z tej sytuacji w jakiej się znajdują. Ale z drugiej strony dlaczego mamy kogoś pouczać i nakłaniać do jakiegoś zachowania? Bezdomny jest wolnym człowiekiem i może chcieć współpracować przy projekcie artystycznym i dostać w zamian butelkę wódki.

Surowiec mówi o alkoholizmie „w strukturze” i „poza strukturą”. To struktura wyznacza jak traktujemy pomoc społeczną. W Europie ścierają się dwie narracje. Pierwsza, konserwatywno - chrześcijańska to popularna na prawicy i wśród liberałów - owsiakowców wizja dobroczynności jako dobrowolnego działania osób, które mają lepszą sytuację materialną. To naiwna wizja, że „Szlachetna Paczka” i WOŚP mogą rozwiązać problemy społeczne. Dobroczynność nie tylko akceptuje, ale wręcz propaguje nierówności społeczne. Akcje charytatywne służą oligarchom i korporacjom do robienia sobie dobrego PR, a klasie średniej do wyrabiania sobie dobrego samopoczucia i uprawdopodabniania neoliberalnego ideału państwa minimum i samoorganizująqego się społeczeństwa. 

Tyle że to nie działa. Nie tylko dlatego, że dobroczynność nigdzie realnie nie rozwiązała problemów w dużej skali, ale przede wszystkim dlatego, że wspiera system, który te problemy powoduje. Dobroczynność wzmacnia hierarchię społeczną poprzez stawiania się oligarchów w roli tych co udzielają „łaski” biednym. Dobroczynność wiąże się też z autorytaryzmem i tendencjami dyktatorskimi. Widoczne jest to u ks. Stryczka, który pozwala sobie dzielić biednych na „dobrych” i „złych” i decyduje komu udzielić łaski. W ten sposób model chrześcijańskiego miłosierdzia utrwala nierówności społeczne i ustawia biednych w roli tych, którzy muszą być posłuszni i bezwolni.

Drugi model to socjaldemokratyczny ideał państwa opiekuńczego. W tym modelu bezdomny czy alkoholik jest traktowany lepiej. Jest obywatelem, który ma prawdo do określonych świadczeń zagwarantowanych w umowie społecznej. System ten opiera się na założeniu że państwo jest czymś w rodzaju ubezpieczyciela, który pomaga w określonych warunkach zgodnie z umową. W Polsce system ten działa słabo, mamy zaledwie jego zalążki i jakieś niespójne elementy, które nie działają dobrze. Pomoc społeczna w Polsce jest niedofinansowana i nastawiona bardziej na pomaganie bogatym niż biednym, o czym pisał Trystero. Ale pomijając słabości polskiego systemu, pomoc społeczna ma zasadnicze wady także tam gdzie działa znacznie lepiej. Przede wszystkim system socjaldemokratyczny zawiera w sobie elementy autorytaryzmu. Państwo przejmuje rolę wychowawcy i autorytetu, który wymaga określonych zachowań. Przykładem tego jest przymus leczenia alkoholizmu, albo nakaz trzeźwości w noclegowaniach. Sporo przykładów takiego autorytaryzmu opisał Zaremba-Bielawski w swych reportażach ze Szwecji. 

Model socjaldemokratyczny jest mi bliższy niż model konserwatywnej dobroczynności gdyż dąży do zniwelowania nierówności społecznych i zakłada że osoba korzystająca z pomocy bierze to co jest jej prawem a nie doznaje łaski pańskiej. Wadą tego systemu jest jednak dążenie do uniformizacji społeczeństwa. Model socjaldemokratyczny chce by wszyscy byli „porządnymi obywatelami” gotowymi do pracy, przestrzegającymi prawa i żyjącymi zgodnie z ideałami społeczności. Tendencje autorytarne ograniczają wolność i powodują, że wielu ludzie staje się wykluczonych z pomocy społecznej na co zwraca uwagę Surowiec. Ponad to przeświadczenie, że musimy dostosować się do większości jest niebezpieczne w przypadku kryzysów migracyjnych, takich jaki mamy obecnie w Europie Zachodniej. Ideał porządnego obywatela zderza się tutaj z wizją imigranta, który nie przestrzega prawa i jest „roszczeniowy”. To woda na młyn dla skrajnej prawicy.

Aby naprawdę zniwelować kryzys humanitarny trzeba wyjść poza oba wyżej opisane modele. Dla mnie ideałem jest pomoc udzielana przez społeczność, która odrzuca kapitalistyczne rozwarstwienie oraz prawo polityków do wywoływania konfliktów zbrojnych. Problemy biedy, bezdomności i uchodźców to element całego międzynarodowego systemu polityczno-gospodarczego. Likwidacja tych problemów nie jest możliwa w ramach systemu, dlatego na dłuższą metę zarówno model dobroczynności jak i model socjaldemokratyczny ponoszą porażkę. Trzeba wypracować nowy model pomocy i wsparcia, oparty na dobrowolnym działania i braku hierarchii. W tym utopijnym modelu nikt nikogo nie zmusza do leczenia, ani nie stawia żadnych warunków przy udzielaniu pomocy. Podstawą takiego modelu jest dystrybucja dóbr niezależna od logiki rynkowej, bowiem kryzys humanitarny jest skutkiem działania rynku. Pierwsze próby stworzenia takiego modelu pomocy społecznościowej już działają w skali mikro. Mamy tu na myśli Food not Bombs, banki nasion ruchu Reclaim the Fields, kooperatywy spożywcze, niektóre skłoty, czy organizację syryjskiego Kurdystanu. 

Najważniejszym zadaniem dla światowego ruchu wolnościowego będzie w najbliższym czasie wypracowanie właśnie nowego modelu dystrybucji dób i pomocy wzajemnej, który odpowie na problemy wynikające z kapitalistycznego kryzysu i humanitarnej klęski wywołanej wojnami. Musimy odzyskać żywność i przyrodę z rąk korporacji. Surowce naturalne i bogactwo genetyczne przyrody nie może być własnością jednostki ale całej ludzkości. Kapitał intelektualny musi zostać rozprzestrzeniony, tak by nowoczesna produkcja nie była zlokalizowana tylko w niewielkiej części świata. Trzeba zniwelować podział na kraje zaawansowane technicznie i kraje taniej siły roboczej. Tylko w ten sposób wyeliminujemy problem masowej migracji. Produkcja militarna musi zostać zamieniona na produkcję dóbr niezbędnych do życia. Tylko likwidacja systemu kapitalistyczno-politycznego przyczyni się do realnego zwalczenia problemów humanitarnych.

poniedziałek, 13 lipca 2015

Po przyjęciu przez Grecję i eurogrupę tzw. „porozumienia” w sprawie udzielenia Grekom kolejnych pożyczek pomocowych pojawiły się opinie, że rząd Ciprasa został upokorzony. Mówiąc obrazowo Cipras nie został znokautowany, ale zmaltretowany, zgwałcony i przejechany walcem drogowym.

Europa została pozbawiona wszelkich złudzeń, że ktokolwiek wśród polityczno - finansowej oligarchii przejmuje się demokracją i dobrostanem obywateli. O tym jak przez najbliższe lata będą żyli zwykli Grecy zadecydowała instytucja zwana eurogrupą, która formalnie nawet nie istnieje. I ta właśnie nieoficjalna grupa podejmuje szczegółowe decyzje jak np. jakie będziemy otrzymywali emerytury, jakie podatki będziemy płacić, ilu ludzi straci pracę, czyje mieszkanie zostanie sprzedane.

 Cała ta fasada demokratycznych instytucji: Parlament Europejski, Komisja Europejska, referendum, parlamenty krajowe okazała się być pozbawiona jakiegokolwiek głosu decydującego. Niby wiadomo było od dawna, że Unia Europejska jest jak demokracja w Iranie lub we wilhelmowskich Prusach - parlamenty sobie obradują ale o wszystkim decyduje Ajatollah lub Keiser. Jednak jeszcze do niedawna europejskie elity starały się utrzymywać przynajmniej pozory, że te demokratyczne instytucje coś znaczą. Dzisiaj nikt już nie zachowuje nawet tych pozorów. Niemieccy politycy śmieją się w twarz Europejczykom i pokazują że w UE panuje dyktatura banksterów a rządy w Berlinie czy Paryżu są ich marionetkami.

 Katastrofa Syrizy będzie mieć szerokie konsekwencje dla całej europejskiej lewicy. Oto rząd uważany za skrajnie lewicowy został zmuszony do przeprowadzenia ekstremalnej wersji terapii szokowej, przy której polityka Thatcher czy Balcerowicza były jedynie dziecinnymi igraszkami. Grecja ostatecznie traci suwerenność i staje się kolonią banksterską. Prywatyzacją greckiego majątku będzie zarządza „niezależny fundusz” nadzorowany przez eurokratów, a rząd grecki nie będzie miał w tej sprawie nic do powiedzenia. Grecja przeprowadzi kolejne obniżki emerytur i wynagrodzenia i kolejne podwyżki VAT pod dyktando Berlina. Greccy miliarderzy jednak mogą spać spokojni - ich nikt nie tknie.

 Grecja to drastyczny przykład na to, że w globalistycznym reżimie funkcjonując w ramach międzynarodowych porozumień opartych na doktrynie neoliberalnej – bo czymś takim jest Unia Europejska – niemożliwe jest prowadzenie polityki socjaldemokratycznej. Wielki kapitał jest dziś tak silny i tak pewny siebie, że nie ma zamiaru nawet udawać że chce negocjować z lewicowym rządem. Ten rząd zostanie przez kapitał skopany, ośmieszony i wypluty na pożarcie sępom. Europejczycy zostaną zmuszeni do terapii szokowej a głosy oddane w wyborach i referendach to świstki papieru, którymi można sobie co najwyżej otrzeć łzy.

 Klęska Syrizy to także ostrzeżenie dla polskiej pogrążonej w kryzysie lewicy. Drogie towarzyszki i towarzysze z Razem, RSS i innych lewicowych ugrupwań: pozbądźcie się wszelkich złudzeń! W Polsce nie da się drogą negocjacji z kapitałem wdrożyć socjaldemokratycznych rozwiązań. Państwa opiekuńczego nie ma i nie będzie. Dopóki jesteśmy częścią Unii Europejskiej, dopóty obowiązują nas traktaty europejskie zabraniające pomocy publicznej i głębszych interwencji na rynku. Polska nie ma prawa dążyć do tworzenia silnych krajowych koncernów przemysłowych tak jak to robiła swego czasu Korea Południowa. Warszawa nie będzie drugim Seulem - eurokraci tego nam zabronili.

 Dopóki Polska gospodarka będzie opierała swój rozwój na taniej sile roboczej, na produkcji tanich podzespołów dla niemieckich koncernów i na BPO dopóty nie będzie u nas państwa opiekuńczego. Polityka socjaldemokratyczna wymaga solidarnego opodatkowania a na to nie zgodzą się ani Kulczyki ani Volkswageny. Jak ewentualny rząd partii Razem zechce realizować swój program wyborczy to kapitał momentalnie zagrozi, że przeniesie swoje aktywa do tych krajów gdzie jest taniej. Natomiast jeśli rząd będzie programy socjalne finansował poprzez zaciąganie pożyczek Polska skończy jak Grecja.

 Nie bądźcie naiwni – z tym systemem nie da się negocjować. Oni potrafią zadrwić i ośmieszyć jedenastomilionowy naród, potrafią głośno śmiać się z wyborców i nawet nie kryją się z tym, że mają dziś dyktatorską władzę. Epoka negocjowania z demokratycznymi reprezentantami ludu oficjalnie się skończyła.

 Jakie będą konsekwencje dzisiejszej porażki lewicy dla Europy? Lud będzie coraz bardziej sfrustrowany a kapitał będzie gniew ludu kanalizował poprzez usłużne ruchy nacjonalistyczne. Tak było w latach 20-tych kiedy oligarchia wsparła faszystów. Dziś będzie powtórka z tej strategii. Antysemityzm zastąpiła islamofobia. Milionerzy wspierają partie neonazistowskie, które są wprowadzane na salony przez liberalno-chadeckie centrum. Po cichu zaś wspierani są islamscy fundamentaliści, którzy ładnie sterują emocjami Europejczyków. Lud wyładowuje swój gniew na imigrantach i gejach i da się łatwo omamić „patriotyzmem” i przełknie każdą neoliberalną "reformę". Syrizę zastąpi Złoty Świt a i sukces Podemos się oddala.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

3 dni temu GUS podał do wiadomości wyniki OFE za 2014 r. Towarzystwa zarządzające pieniędzmi tych, którzy uwierzyli w liberalną propagandę wtopiły 146 mln zł. Oznacza to że obecnie w warunkach deflacji lepiej pieniądze trzymać w skarpecie niż na „osobistym koncie” w OFE.

W tym samym czasie korporacje prowadzące OFE na tej działalności zarobiły prawie 1,1 mld zł zysku netto. System jest tak skonstruowany, że niezależnie od tego czy PTE „pomnaża” pieniądze płacących składki czy je marnuje, to korpo zawsze na tym zarabia. W 2014 r. PTE zarobiły 300 proc. więcej niż w roku 2013 kiedy OFE miały pozytywny wynik. 

 

Jednak to, że pieniądze które Polacy płacą na swoje emerytury, idą na nowe jachty banksterów, może okazać się nieistotne. Nie wiadomo bowiem czy do tych emerytur ktokolwiek dożyje. Dziś media informują, że w szpitalach nie ma miejsc ani personelu żeby leczyć ludzi starszych. To, że społeczeństwo się starzeje wiadomo od dawna. GUS alarmistyczne prognozy ogłasza co roku. Jednak polskie władze nic sobie z tego nie robią i wolą miliardy zł wydawać na stadiony i centra kongresowe zamiast na oddziały geriatryczne i ośrodki opiekuńcze.

 

A będzie gorzej. Ponoć 1,5 1,2 mln młodych Polaków chce wyemigrować. Jak widać uczucia patriotyczne to za mało by zostać w kraju, w którym przeciętna pensja to gdzieś około 1500 - 2000 netto. Zawsze jednak można pracować w Anglii a swój patriotyzm praktykować poprzez masakrowanie lewaków na forach internetowych.

 

Mimo że coraz więcej ludzi ma dość śmieciowych zarobków i śmieciowych umów politycy PO i PSL nie chcą podnieść kwoty wolnej od podatków. Ktoś w końcu musi sfinansować budowę kościołów i boisk do soccera. Nie będą tego robić bogaci, którzy masowo unikają płacenia podatków, chociaż podatki dla osób dobrze zarabiających i tak w Polsce są niskie.

 

Ale jak widać przeciętny Polak lubi być okradany przez bogatych, którzy zbijają fortuny na inwestycjach publicznych fundowanych przez podatki biednych. Świadczy o tym to na kogo Polacy chcą głosować. Obecnie w sondażach dominują albo partie, które uważają że jest wszystko dobrze (PO i PSL) albo ci którzy chcą zrobić jeszcze lepiej bogatym (Korwin, Kukiz, Ogórek, Palikot) albo ci którzy uważają że trzeba budować więcej kościołów (PiS) a największym problemem Polski są geje („patrioci”).

 

Ten mentalny matrix utrwalają media, które cały tydzień wałkują temat jakiś rosyjskich motocyklistów i urzędnika z Waszyngtonu, jakby to były najważniejsze problemy. Ale zawsze można posłuchać wywiadu z Grzegorzem Braunem w TOK FM i iść zagłosować w wyborach prezydenckich. Na kogokolwiek.

 

Ja zostanę w domu.

czwartek, 02 kwietnia 2015

Klęska środowisk lewicowych w wyborach prezydenckich spowodowała, że wielu ludzi, którym nie podoba się to co się dzieje w Polsce i chcą zaprotestować przeciw zamienianiu tego kraju w kolonię taniej siły roboczej wyzyskiwanej przez wielki kapitał, zwraca się ku tzw. „kandydatom niezależnym”.

W tych wyborach będzie ich wyjątkowo dużo. Obok Korwina, który startuje we wszystkich wyborach wyborach za każdym razem jako szef nowej partii, co to ma być wreszcie tą jedyną prawdziwie prawicową prawicą, pojawili się Jacek Wilk z tej prawicy nieprawdziwej, Paweł Kukiz czyli „prawicowiec o lewicowym sercu”, Paweł  Tanajno z Demokracji Bezpośredniej, która protestuje przeciw banksterom dymającym frankowiczów, a jednocześnie domaga się by polski system emerytalny powierzyć tym banksterom, Grzegorz Braun, który zna Prawdę o Smoleńsku i Marian Kowalski, który potrafi bardzo mocno walić sierpem i młotem.

Kandydaci ci różnią się w szczegółach programów wyborczych ale jest parę wątków, które ich łączą. Wszyscy są co najmniej „homosceptyczni” (oprócz Tanajno, który  podobno popiera feminizm). Wszyscy popierają Jednomandatowe Okręgi Wyborcze. I wszyscy są co najmniej krytyczni wobec polityki klimatycznej. W tej ostatniej sprawie zapał jest różny. Od poglądu, że globalne ocieplenie to bzdura wymyślona przez lobby ekoterrorystów, po przekonanie, że coś może być na rzeczy ale polityka klimatyczna jest szkodliwa dla Polski, błędna i wewogóle bardziej trują Chiny i USA i to oni powinni się ograniczać, a wpływ CO2 na klimat to tylko przypuszczenia.

 

W kwestii klimatu przekonanie, że ktoś kto krytykuje lub odrzuca politykę klimatyczną i konsensus naukowców ws. AGW jest osobą o poglądach „niezależnych” i występuje przeciw politycznie poprawnemu mainstreamowi, jest dla mnie szczególnie ciekawe. No kurcze faktycznie Polska to kraj zamieszkany przez 37 mln lemingów-wegan, którzy wszyscy domagają się dekarbonizacji i popierają zakazy palenia węglem. Tylko jakoś jak człowiek wyjdzie teraz w trakcie sezonu grzewczego na ulice polskiego miasta i zaciągnie głęboki oddech, to poczuje zapach polskiego mainstreamu, który bynajmniej nie jest aromatem tofu smażonego na kuchence zasilanej prądem z wiatraka.

 

Kto w Polsce jest „sceptyczny” wobec polityki klimatycznej? Chociażby delegaci Europejskiego Kongresu Gospodarczego, który odbędzie się za trzy tygodnie w jakże ekologicznych Katowicach. Imprezę tę organizuje wydawnictwo, które ma gazety biznesowe i portale, na których regularnie w roli ekspertów występują Gwiazdowski, Bochniarz i Balcerowicz. Sponsorami tego kongresu są z kolei wielkie koncerny przemysłowe, które bardzo protestują przeciw pakietowi klimatycznemu. I zapewne podczas debat kongresowych padnie wiele argumentów pokazujących jak to ekoterroryzm niszczy polskie hutnictwo, jak to gaz łupkowy jest potrzebny, jak to polska energetyka powinna opierać się na węglu. Następnie wszystkie te opinie rozpowszechnią dziennikarze, którzy uważają siebie za „niezależnych” i walczących z mainstreamem.

 

Tak właśnie wygląda polska „niezależność”: to jest bycie na pasku Kulczyka i Mittala. Taki dziennikarz zrobi wywiad z panem Karkosikiem czy innym Jędrzejewskim, który wygląda dokładnie tak jak to opisuje Stieg Larsson: „Panie Prezesie proszę coś powiedzieć…”

 

W Polsce niby mainstreamowe jest bycie eko ale jak człowiek wyjdzie na miasto to wdycha pył zawieszony. Weganizm jest niby mainstreamowy, ale jak człowiek chce zjeść wegańską potrawę w restauracji to ma do wyboru sałatkę lub wodę. LGBT jest mainstreamowe ale gej nie ma prawa do informacji o zdrowiu swojego partnera, itp. 

 

Można sobie zadać pytanie kto jest dziś niezależny. Czy dziennikarz sympatyzujący z PiS, pisze rzeczy korzystne dla lobby węglowego w portalu sponsorowanym przez Kulczyka, czy też „Nowy Obywatel” któremu odebrano dotację, bo pisał rzeczy niewygodne dla władzy PO? Czy będzie to Robert Gwiazdowski który się lansuje na kongresach gospodarczych, czy anarchiści robiący protest na ulicach?

 

A taki Korwin który opowiada dowcipy o czarnych i gejach proponuje to samo co zrobili politycy PiS i PO czyli obniżka podatku dla bogatych i zabranie więcej biednym. (Panie Kazik w oficjalnych dokumentach i opracowaniach w USA funkcjonuje słowo „czarny” a nie „afroamerykanin”).

 

Cała ta polska „nieporawność” to tłuczenie tego w co wierzy polska klasa średnia. Te wszystkie homosceptyczne Wielowieyskie i Szczepkowskie brylujące w „Gazetach Wyborczych” czy innych „Rzeczachpospolitych”, Ziemkiewicze gadające brednie w gazecie Michnika, czy Terlikowskie gadające to samo we Frondzie. Oni wszyscy mówią to  co słychać na korytarzach polskich biurowców zasiedlonych przez głosujące na POPiS lemingi. Jeden wielki pasztet sponsorowany przez system, w którym dobrze się czują tylko ludzie tacy jak Luigi Lovaglio.

 

Dlatego nie dajcie się nabrać na tych rzekomo „niezależnych” kandydatów w wyborach. To są małpy systemu, które was ciągną tam gdzie 1 procent sobie zażyczy. 

środa, 25 marca 2015

Wybory prezydenckie 2015 r. pokazują jak bardzo wykoślawiona jest debata o gospodarce i polityce w Polsce. W okresie, w którym trwają ostre protesty społeczne przeciw naruszaniu praw pracowniczych i likwidacji miejsc pracy, brakuje szczególnie głosu, który te emocje przełożyłby na język polityczny, który przyciągnąłby wyborców. Obecnie o prawach pracowniczych mówi jedynie prawicowa opozycja, której spoty są pełne frazesów o solidarności, a która godziła się na liberalizację kodeksu pracy i dokonała skoku na kasę biednych ludzi.

Dlaczego wielu Polaków jest przekonanych, że lewicowcy to ci co chcą więcej biurokracji i gnębienia przedsiębiorców? Dlaczego młodzi zatrudnieni na śmieciówkach lub zagonieni do wiecznych darmowych staży, popierają polityków, którzy proponują jeszcze więcej śmieciówek i wyzysku?

Częściowo wyjaśnia to opisana w poprzedniej notce mentalność chłopa pańszczyźnianego, czyli przekonanie że „naturalnym" stanem jest skrajna nierówność społeczna, czyli podział na niewolników i panów. Wyrazem tej mentalności jest np. słowo „pracodawca", które sugeruje że praca jest łaską podarowaną przez kogoś, a nie usługą którą pracownik sprzedaje przedsiębiorcy za określoną zapłatę.

Mentalność to jednak nie wszystko. Jednym z sukcesów Buzków i Balcerowiczów, którzy reformowali Polskę w latach 90-tych było wpojenie społeczeństwo przekonania, że istnieje ostry konflikt interesów między „roszczeniowymi" grupami pracowników, a biznesmenami, którzy „tworzą PKB" i gwarantują rozwój kraju. Na pozór jest to logiczne. Skoro przedsiębiorca kupuje owoce pracy to zależy mu by kupić tanio, a pracownikowi zależy by sprzedać drogo. Na tym opiera się konflikt klas. Ponieważ wg doktryny liberalnej to biznesmeni są klasą, która zapewnia rozwój, polityka powinna stanąć po ich stronie w konflikcie.

Jeśli przyjmujemy tę perspektywę i dodamy do tego mentalność pańszczyźnianą, to głosowanie na Korwina i PO wydaje się jedynym wyjściem dla młodego wyborcy. W społeczeństwie feudalnym osoba, która dostanie awans, z którym wiąże się choć niewielka władza, zaczyna odreagowywać swoje poczucie niższości i gnębić tych, którzy mają słabszą pozycję. Stąd biorą się np. opowieści o tym, że praca w zagranicznej korporacji była przyjemna dopóki zarząd był z zagranicy, a w momencie gdy menadżerami zostali Polacy, zaczął się mobbing i wyzysk. Stąd też bierze się zachowanie niektórych dyrektorów urzędów skarbowych i horrory o gnębionych przedsiębiorcach, których skarbówka doprowadza do ruiny. Jeśli takie sytuacje postrzega neoliberał, to logicznym dla niego wydaje się, że pracownikom nie należy dawać żadnej władzy, a biurokrację najlepiej zlikwidować.

W rzeczywistości perspektywa konfliktu klas i urzędników, którzy gnębią biznes jest bardzo płytka. W krótkiej perspektywie może się wydawać korzystne, że pracownicy są tani jednak w dłuższej perspektywie sytuacja gdy większość społeczeństwa jest biedna jest niedobra dla małych i średnich przedsiębiorstw. Niskie zarobki to niska siła nabywcza i słaby rynek, na którym nie da się zarobić. Podnoszenie płac jest korzystne dla gospodarki tym bardziej, ze udział kosztów pracy w PKB w Polsce należy do najniższych w Europie.

Neoliberalna doktryna wdrażana w Polsce pomimo sloganów o wsparciu „pracodawców" i małych firm jest korzystna głównie dla wielkich zagranicznych korporacji, które eksploatują tanią siłę roboczą Polaków i unikają opodatkowania dzięki specjalnym strefom ekonomicznym. Dla sektora małego biznesu o wiele korzystniejsze byłoby, gdyby Polacy po prostu lepiej zarabiali. Dla wszystkich z kolei byłoby korzystne, gdyby biurokracja była sprawna i przyjazna, co wiąże się z koniecznością zatrudniania dobrych specjalistów, którym trzeba uczciwie płacić. Dlatego tak bardzo brakuje nam rozsądnej lewicy, która potrafiłaby przekonać wyborców, że podnoszenie postulatów pracowniczych wcale nie oznacza „gnębienia" przedsiębiorców. 

środa, 18 lutego 2015

Przewalające się przez Polskę strajki stały się pretekstem do kolejnej dyskusji o roli związków zawodowych w naszym kapitalizmie. Prawicowo-liberalne media pełne są oburzenia na „związkowych darmozjadów", którzy pasożytują na społeczeństwie. Biurowa klasa średnia narzeka, że strajkują ci „którzy mają najwięcej" i ciągle chcą więcej. Na korytarzach szklanych biurowców słychać głosy, że „związki trzeba rozpędzić" bo ludzie mają dość dotowania kopalń i rolników. Kwitnie niezadowolenie z ugodowej postawy rządu Ewy Kopacz.

Cała ta antyzwiązkowa tyrada polskiego prekariatu jest wyrazem mentalności chłopa pańszczyźnianego w jakiej ciągle tkwi polskie młode mieszczaństwo. Jej istotą jest akceptacja klasizmu, wiernopoddaństwo, feudalne stosunki w pracy i przekonanie, że skrajne nierówności społeczne są czymś normalnym a nawet pozytywnym.

Przełożonych się nie lękaj
Mało pracuj dużo stękaj
Nie pajacuj, nie podskakuj
Siedź na d... i przytakuj

Taki wierszyk nabazgrano trzy lata temu w windzie jednego z katowickich biurowców, w którym usadowiły się firmy outsourcingowe i siedziba koncernu energetycznego. To jest kredo polskiej pańszczyźnianej klasy średniej. "Nie wychylaj się", nie zadawaj pytań, nie domagaj się niczego, słuchaj rozkazów i przytakuj przełożonym. Świetnym przykładem feudalizmu korporacyjnego doprowadzonego do skrajności są stosunki panujące w Empiku ujawnione na blogu aspirującypisarz. Tu widać wszystko: pracownicy zamienieni w niewolników, którzy mają tylko słuchać absurdalnych rozkazów. Nieliczenie się z opiniami podwładnych. Skrajna hierarchia, mobbing i upodlenie pracowników przez dyrektorów, którzy zachowują się jak karbowy pilnujący chłopa.

Biurowa klasa średnia jest przyzwyczajona do takich stosunków: to wszystko widzi na polskich uczelniach, gdzie feudalizm, dziedziczenie stanowisk i wazeliniarstwo kwitnie. Następnie przyzwyczaja się do odrabiania pańszczyzny na ciągnących się miesiącami bezpłatnych stażach. Po czym już może się wdrożyć do tyrania na umowach śmieciowych.

Polski prekariat wykazuje masowe objawy syndromu sztokholmskiego. Pracownicy centrów usług i korporacji są wdzięczni swoim pracodawcom, że ofiarowali im łaskę zatrudnienia i nie muszą siedzieć w Londynie na zmywaku lub harować na taśmie w specjalnej strefie ekonomicznej, bo tylko takie są alternatywy dla pokolenia wyżu demograficznego pamiętającego dobrze masowe bezrobocie z początku ubiegłej dekady. Stąd powszechna akceptacja feudalnych stosunków pracy.

Ten syndrom sztokholmski wyjaśnia dlaczego tak silna jest niechęć do związków zawodowych, który wyraża się hasłami „Darmozjady niech wezmą się do roboty!", „Niech policja pogoni związkowców!". Polski prekariusz akceptuje feudalizm korporacyjny, umowy śmieciowe i rozwarstwienie społeczne. W takim systemie wartości nie ma miejsca na tzw „grupy uprzywilejowane" czyli na pracowników, którzy mają dobre wynagrodzenie i inne tzw. „przywileje". Prekariusz, który na drzwiach widny wypisuje markerem „nie podskakuj, siedź na d... i przytakuj" jest przerażony tym, że ktoś może publicznie i głośno wyrażać swoje niezadowolenie i domagać się czegoś.

Widać też skuteczność neoliberalnego prania mózgów, które nam serwują media i szkoły na tzw. lekcjach przedsiębiorczości. Frustracja biedamieszczaństwa i drobnych przedsiębiorców nie kieruje się w stronę elit biznesowo-politycznych, które ponoszą odpowiedzialność za panujące stosunki, tylko wyżywa się na związkach zawodowych i innych grupach pracowników. W ten sposób liberałowie sprytnie manipulują społeczeństwem i wprowadzają kolejne antypracownicze reformy. Społeczeństwo niezorganizowane, bierne i skłócone zgodzi się na wszystko.

piątek, 07 listopada 2014

W ostatnich tygodniach kilka wydarzeń pokazało jak skretyniały i obrzydliwie niesprawiedliwy jest obecny system gospodarczy. Najpierw katastrofa statku kosmicznego Richarda Bransona. Polskie reżimowe media przedstawiały to jakby to była wielka tragedia, a sam statek miał być jakimś ważnym przełomem w podboju kosmosu. Tymczasem zabawka Virgin Atlantic to tylko taksówka dla miliarderów, którzy będą chcieli sobie popatrzeć na Ziemię z kosmosu. Ten statek nie wnosi niczego nowego do techniki lotów kosmicznych ani do badań naukowych. Prawdziwy przełom dokonywał się w latach 50-tych i 60-tych za pieniądze podatnika. O ile jednak Jurij Gagarin musiał gnieździć się w ciasnej kapsule zbudowanej najtańszym możliwym sposobem, o tyle klientom pana Bransona wygody nie zabraknie.

Nie zabraknie również pieniędzy, bowiem udział najbogatszego 1% w dochodach osiągnął już pułap notowany ostatnio tuż przed kryzysem z 1929 r. Warto przypomnieć jak do tego doszliśmy. Fakty, które niejeden z nas zna, ale które są coraz bardziej wymowne im więcej jest frustracji wśród mieszkańców Londynu, Brukseli czy Nowego Jorku.

Po pierwsze mimo bardzo szybkiego wzrostu produktywności w ciągu ostatnich 40 lat dochody gospodarstw domowych nie powiększają się, a od 1999 r. maleją:

Po drugie społeczeństwo jest coraz bardziej zadłużone:

Ludzie muszą brać coraz więcej kredytów, bo rosną koszty studiów czy opieki medycznej:

Po czwarte w związku z rozrostem kredytów rośnie sektor finansowy napędzany przez spekulacje:

To są dane dla USA, ale w innych krajach zachodnich jest podobnie. Wszystko to się zaczęło rozklejać pod koniec lat 80-tych. W Wyniku reform Reaganna i Thatcher poluzowano pasa bogaczom. Ich dochody wzrosły dramatycznie, (podczas gdy reszta relatywnie zbiedniała):

Na co miliarderzy wydają dodatkowe zarobione pieniądze? Na statki kosmiczne trochę tak, ale wzrost wydatków konsumpcyjnych u tej grupy jest nie wielki, bo miliarderzy i w latach 60-tych kiedy płacili 90% podatku kupowali sobie jachty i wyspy. Te dodatkowe pieniądze, które trafiają do najbogatszych wydawane są w większości na inwestycje w sektor finansowy czyli głównie w spekulacje, które są możliwe dzięki rozrostowi kredytów zaciąganych przez przeciętnych obywateli.

Innymi słowy: politycy w latach 80-tych zabrali biednym i dali bogatym. Następnie bogaci zaczęli kredytować biednych, bo ci potrzebowali pieniędzy a bogaci chcieli zarobić na spekulacjach. Kiedy to wszystko rypnęło w 2008 r. politycy uratowali bogatych sięgając po pieniądze do kieszeni biednych.

Wczoraj przeciw temu całemu skurwysyństwu protestował Marsz Miliona Masek. Podobne protesty są od kilku lat i niektórzy oczekują, że z tego całego ruchu narodzi się w końcu jakaś nowa lewica. Nic takiego nie następuje. W kolejnych wyborach wygrywa albo amerykańska prawica, która obiecuje, że będzie „bronić honoru amerykańskiej flagi" albo europejscy faszyści, którzy straszą imigrantami.

Dlaczego tak się dzieje? Problemem jest przede wszystkim brak jasnego skonkretyzowanego przekazu. Faszyści mówią do prostych ludzi: „Jesteście biedni, bo imigranci zabierają wam waszą pracę, godzą się robić to samo co wy za niższe wynagrodzenie, zabierają kasę z opieki społecznej, kradną i śmiecą.". Mimo, że to wszystko brednie to jest to łatwo do przyswojenia.

Lewica nie potrafi wyjść z podobnym przekazem. Nawet wczorajsze protesty oburzonych nie miały jednego konkretnego postulatu. Protestowano niby przeciw korupcji, GMO i inwigilacji w sieci. Jakby to były teraz największe problemy.

Lewica mainstreamowa jest jeszcze gorsza. Przede wszystkim dobija ją twarda obrona Unii Europejskiej przed jakąkolwiek krytyką. To naiwne przekonanie, że jeśli nie Unia to zeżre nas brunatna fala. Tyle ze nacjonaliści już nas pożerają.

W imię obrony „wielokulturowości" demokracji i „wolności" lewica dziś kojarzona jest z niedemokratyczną, arogancką, biurokratyczną sitwą, na której czele stanął właśnie J-C Juncker, facet, który przez ostatnie lata robił dwie rzeczy: z jednej strony jako szef eurogrupy zmuszał Grecję, Hiszpanię, Portugalię, Irlandię i Cypr do drakońskiego zaciskania pasa swoim obywatelom. Z drugiej strony jako premier Luksemburga ten sam facet luzował pasa miliarderom, którym pozwalał unikać podatków.

Lewica dziś jest kojarzona z brukselską mafią i „zalewem imigrantów". W takim układzie nie dziwi, że społeczna frustracja napędza faszystów.

Czy jest jakaś nadzieja? W Hiszpanii i Grecji rośnie lewica antyeuropejska i tego nam dzisiaj trzeba. Kogoś kto znowu sięgnie po postulaty pracownicze. Kogoś kto powie nie globalizacji, wyzyskowi, delokalizacji miejsc pracy. Kogoś kto powie jesteście biedni, bo korporacje coraz bardziej waz wyzyskują, a politycy to ich sługusy.

Zatem lewico: więcej sprawiedliwości, a mniej klubokawiarni!

wtorek, 21 października 2014

Ponad rok temu przygarnęliście trzyosobową rodzinę, która straciła mieszkanie. To była wspólna decyzja?

Stefan z Natalią przyszli do nas na dyżur w Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej. Stracili mieszkanie, którego użyczała im siostra Stefana. Zostali przez nią wyrzuceni, z dnia na dzień znaleźli się z córką bez dachu nad głową. Jedna z noclegowni przyjęła Natalię z Małgosią, ale Stefana już nie mogła. 

Nie ma u nas noclegowni dla rodzin. Teoretycznie rodzina mogłaby zamieszkać w ośrodku interwencji kryzysowej. Ale ośrodków jest za mało, więc przyjęło się, że miejsca są tam głównie dla kobiet i dzieci dotkniętych przemocą. Państwo nie chce dostrzec, że są też bezdomne rodziny.

 Agata Nosal-Ikonowicz na prezydentkę Warszawy!

Wreszcie jakaś normalna lewica w tym kraju.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Mój kolega z pracy mieszka na pięknym i nowoczesnym osiedlu grodzonym w dzielnicy, którą ostatnimi czasy bardzo upodobali sobie deweloperzy. Niestety spokojna okolica nie jest idealnym miejscem do zamieszkania, a to m.in. ze względu na bliskie sąsiedztwo wielkiej fermy kurzej, która często emituje uciążliwe smrody do otoczenia.

Teoretycznie w Polsce są kontrole smrodu, który jednak „mierzony” jest subiektywnym odczuciem inspektorów, a ponad to te kontrole muszą być zapowiadane. I tak się jakoś zawsze składa, że kiedy po interwencji mieszkańców osiedla zjawia się zapowiedziana 3 tygodnie wcześniej kontrola sanepidu to ferma coś robi, co sprawia że akurat tego dnia smrodu nie ma. Po czym następnego dnia smród w cudowny sposób pojawia się na nowo.

Zapowiadanie kontroli to efekt uchwalonej w 2009 r. nowelizacji Ustawy o swobodzie działalności gospodarczej. Był to pomysł Komisji Przyjazne Państwo pod przewodnictwem Janusza Palikota, który w owym czasie był neoliberałem który chciał dać więcej wolności przedsiębiorcom. Nowelizacja miała pomóc gnębionym i prześladowanym czempionom biznesu, których niszczyły potworne kontrole rodem z filmu „Układ”.

Liberałowie zawsze dużo mówią o wolności lecz, jak zauważył WO tak się jakoś zawsze składa że wolność jednych okazuje się ważniejsza od wolności innych. Wolność prowadzenia działalności gospodarczej jest tak ważna, że doczekała się nawet specjalnej ustawy (uchwalonej za czasów Leszka Podatek Liniowy Millera). Wolność mieszkańców od smrodu i syfu jest jak widać mało ważna, a już na pewno mniej ważna od wolności Pracodawcy od kontroli.

Liberałowie dużo mówią o „biurokratycznych przeszkodach” o „nieprzyjaznym prawie” o „powolnej i nieefektywnej biurokracji” przez którą przedsiębiorcy tracą dużo czasu. Nie śmiem wątpić że niesprawna administracja i nieżyciowe przepisy mogą być faktycznie dużym obciążeniem dla dzielnych przedsiębiorców, którzy nam zapewniają wzrost PKB. Jednakże bzdurne przepisy i niepotrzebne biurokratyczne procedury dotykają nie tylko biznesmenów ale też inne grupy społeczne. O ile „Gazeta Wyborcza” czy inny „Najwyższy Czas” często publikują apele o zniesienie „biurokratycznych barier” dla przedsiębiorców, o tyle podobne wezwania o usprawnienie administracji, z którą stykają się przeciętni obywatele jakoś nie przebijają się w mediach i nie są hasłami wyborczymi partii politycznych.

Państwa skandynawskie oprócz tego, że zapewniają przyzwoity poziom zabezpieczeń socjalnych szczycą się tym że mają bardzo sprawną administrację, która jest przyjazna dla przedsiębiorców (co widać nawet w rankingach przygotowanych przez neoliberalną Heritage Foundations) jak też pozostałych grup obywateli. Tymczasem w Polsce „walka z biurokracją” nie polega na tworzeniu sprawnej administracji dla wszystkich ale na umożliwieniu przedsiębiorcom łamania prawa i zwolnieniu ich z zakazu szkodzenia innym. Skądinąd wiem bowiem, że wspomniana ferma oprócz smrodzenia szkodzi społeczeństwu i środowisku na inne sposoby, które są nielegalne, ale jakoś odpowiednie instytucje nie radzą sobie z zwalczeniem tych nieprawidłowości, co jest skutkiem pozbawiania ich uprawnień przez kolejne nowelizacje ustaw uchwalane przez miłościwie nam panującą koalicję PO-PSL z czynnym udziałem tzw. opozycji.

środa, 07 maja 2014

Sondaże przed wyborami do Europarlamentu niemal w całej UE wskazują na duży wzrost poparcia dla partii nacjonalistycznych, zdobywających poparcie dzięki retoryce antyunijnej. Dla wielu liberalnych i lewicowych dziennikarzy jest to źródło obaw o przyszłość Europy. Niektórzy prognozują, że ewentualny rozpad UE będzie wielkim triumfem Putina i umożliwi mu poszerzenie strefy wpływów Rosji.

W momencie gdy nad wschodnią Europą ciąży widmo wojny, a w zachodniej Europie narastają neofaszystowskie upiory, wielu polityków i intelektualistów z centrum ma tendencję do bronienia Unii Europejskiej przed każdą krytyką i przyjmuje postawę oblężonej twierdzy. Skoro krytyczne hasła wobec UE padają głownie ze strony nacjonalistów i wszelkiej maści korwinistów, nic dziwnego, że żaden rozsądny polityk nie chce być z tymi ruchami kojarzony. Politykę unijną można i trzeba jednak skrytykować z punktu widzenia lewicy, bowiem decyzje podejmowane w Brukseli przyczyniły się w dużej mierze do nasilenia kryzysowych zjawisk i problemów społecznych, z którymi obecnie mierzy się Europa.

Unia Europejska opiera się na kilku fundamentach ideologicznych, z których jednym z najważniejszych jest liberalizm. Wbrew bajeczkom opowiadanym przez prawicowe media Unia nie jest wcale tworem socjalistycznym. Komisja Europejska od wielu lat zdominowana jest przez polityków konserwatywnych. Jednym z jej głównych celów jest obrona wolnego rynku przed interwencjonizmem państwowym. KE zwalcza pomoc publiczną i nie zgadza się na sterowanie rynkiem za wyjątkiem polityki rolnej. Z jednej strony Komisja czasem chroni rynek przed monopolami, co można uznać za pozytywne działanie. Z drugiej strony zakaz interwencjonizmu przybiera nieraz formę dogmatyzmu. KE nie pozwala rządom na pomoc zagrożonym przedsiębiorstwom niezależnie od tego, jak wielkie są koszty społeczne ich upadku.

Bruksela zmusza państwa członkowskie do otwierania rynku, co z zwiększa konkurencję ale daje pole do popisu krajom stosującym dumping. Z tego powodu np. w polskich zamówieniach publicznych mogą startować firmy chińskie, korzystające z licznych form pomocy chińskiego rządu, które w UE są nielegalne. Z drugiej strony rynek chiński jest dla polskich firm zamknięty. Ta asymetria jakoś Komisji Europejskiej nie przeszkadza, a stawia to polski przemysł w trudnej sytuacji.

Wiele łez wylano nad faktem, że polski przemysł opanował kapitał zagraniczny i Polska stała się jedną wielką montownią podzespołów dla niemieckich fabryk. Ponieważ w Polsce nie udało się stworzyć dużych koncernów przemysłowych z kapitałem krajowym, w zasadzie nie możliwe jest już powtórzenie sukcesu gospodarczego Korei Płd. czy Tajwanu. Tymczasem sukces azjatyckich tygrysów wynikał w dużej mierze z polityki protekcjonistycznej. Rządy tych państw zlecały swym rodzimym przedsiębiorstwom lukratywne kontrakty i chroniły lokalne rynki przed zagraniczną konkurencją. To pozwoliło umocnić się takim gigantom jak Samsung, Hyundai czy LG, a obecnie ten schemat powtarzają Chiny w przypadku ZTE, Huawei czy firmy Haier. Polska dziś nie może powtórzyć takiej polityki gospodarczej, gdyż zabrania tego unijne prawo.

Zwalczająca interwencjonizm Unia w jednej dziedzinie wykazuje wręcz maniakalną aktywność. Polityka energetyczno-klimatyczna jest jednym z najbardziej ambitnych projektów jakie wdrożono w Europie w ostatnich dekadach. Jest to jednak polityka pod wieloma względami chybiona. Jedną rzecz muszę wyjaśnić. Uważam, że globalne ocieplenie wywołane przez emisje gazów cieplarnianych jest realnym problemem i świat musi się z nim zmierzyć. Działania Unii Europejskiej ośmieszają jednak ideę walki z AGO.

Europa uważa, że powinna dać światu przykład jak redukować emisje CO2 jednak w rzeczywistości prowadzi politykę ekonomicznego samobójstwa. UE zamiast dążyć do redukcji konsumpcji energii i inwestować w energetykę jądrową, postanowiła nałożyć wysokie opłaty na energochłonny przemysł i promować energetykę odnawialną. Opłaty za emisję CO2 powodują, że wysokoemisyjny przemysł z Europy ucieka do krajów, w których nie obowiązują restrykcyjne przepisy o ochronie środowiska. W efekcie globalna emisja gazów cieplarnianych nie tylko nie maleje, ale wręcz wzrasta. Np. cementownie, które przenoszą produkcję z Polski na Ukrainę inwestują tam w tańsze i bardziej emisyjne technologie, ponad to sam transport z Ukrainy czy Chin na rynek polski powoduje większą emisję CO2 niż w przypadku gdyby produkcja była blisko rynku zbytu.

Rozbudowa elektrowni wiatrowych i solarnych z kolei nie dość, że w niewielkim stopniu przyczynia się do redukcji emisji gazów cieplarnianych to jeszcze powoduje gwałtowny wzrost cen prądu dla odbiorców indywidualnych. W Niemczech ceny prądu dla gospodarstw domowych są już tak wysokie, że coraz więcej rodzin o niskich dochodach pogrąża się biedzie. Niemiecka lewica przed wyborami obiecywała, że przerzuci część kosztów dotacji do wiatraków na przemysł. Jednak kiedy wielkie koncerny zagroziły, że w takim wypadku wyprowadzą produkcję z Niemiec do Azji i USA politycy się poddali. W efekcie w następnych latach niemieckie rodziny będą coraz bardziej obciążane kosztami wsparcia dla Energiewende co będzie skutkowało dalszym powiększaniem się biedy i wykluczenia społecznego.

Trzecim obszarem działań Unii Europejskiej, który budzi mój sprzeciw, co już wyrażałem na blogu, jest sposób w jaki Europa walczy z kryzysem gospodarczym od 2008 r. UE narzuciła krajom dotkniętym kryzysem finansowym politykę cięcia wydatków publicznych. Równocześnie neoliberalny dogmatyzm sprawił, że zrezygnowano z interwencji walutowych, które okazały się skuteczne w USA i Japonii. W efekcie w krajach południowej Europy dokonano demontażu państwa socjalnego. Na przykład w Hiszpanii obniżono wynagrodzenia i emerytury, znacznie obcięto zasiłki i inwestycje publiczne. Spadek kosztów pracy, który nastąpił w ciągu ostatnich kilku lat w tym kraju miał się stać tzw. „wewnętrzną dewaluacją" i poprawić konkurencyjność hiszpańskiej gospodarki. Tak się jednak nie stało, gdyż wzrost kursu euro zniwelował cały efekt „wewnętrznej dewaluacji". Obecnie Hiszpania mierzy się z 26% bezrobociem, rozrastającymi się fawelami i problemami społecznymi. Prognozy wzrostu gospodarczego są mizerniutkie i raczej nie widać by problemy socjalne tego kraju miały zostać szybko rozwiązane. Jedynym rzekomym sukcesem hiszpańskiego rządu jest spadek deficytu budżetowego. W dogmatyzmie unijnych traktatów pożyczanie pieniędzy przez rząd to zło najgorsze, a takie rzeczy jak bieda i bezrobocie są nieistotne. 

 
1 , 2 , 3