| < Maj 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Kategorie: Wszystkie | Gender | Gospodarka | Psychoewo | Różne | Wychowanie | pop | transhumanizm
RSS
czwartek, 19 lipca 2012

Jest sukces! Sir Cameron ogłosił światu, że inflacja w Wielkiej Brytanii spada. Tym samym neoliberałowie ochronili kraj przed najstraszniejszą grozą i złem tego świata. To nic, że przy okazji bezrobocie rośnie, a kraj jest w recesji. Torysi są tak bardzo zafiksowani na punkcie inflacji i długu publicznego, że nie dostrzegają tego, co dzieje się z brytyjską gospodarką. Rząd wprowadza kolejną pięciolatkę "Big Society" a tu właśnie rozpoczyna się kryzys deflacyjny i kraj inauguruje swoją "straconą dekadę".

UK wpada w pułapkę opisaną przez I. Fishera - po pęknięciu bańki nieruchomościowej wielu obywateli i przedsiębiorców zorientowało się że ich majątki są mniej warte niż zaciągnięte kredyty i długi więc zaczęli ograniczać wydatki. Rząd wykorzystuje panikę, by ściąć wydatki socjalne, co jeszcze bardziej pogrąży konsumentów. PKB spada, a wraz z nim spadają wpływy do budżetu, co powoduje że Torysi jeszcze bardziej zaciskają pasa biednych obywateli. Spadająca konsumpcja powoduje spadek cen, co do niedawna maskowały wysokie ceny ropy, ale teraz i ten czynnik nie uchroni kraju przed deflacją. "Chude lata" które ogłasza Cameron to będzie nie tylko okres cięć budżetowych ale też wieloletnia recesja.

Jedyną grupą społeczną o którą troszczy Sir David William Donald są banksterzy, którzy mogą być pewni, że po wybuchu kolejnej megafery premier Torys zablokuje powołanie specjalnej  komisji sądowniczej - tak jak to zrobił dla swych kolegów z zarządu Barclays. Cameron nie dopuści też do uchwalenia podatku o transakcji finansowych, musi przecież bronić niepodległości City.

Coraz bardziej wesoło jest na kontynencie. Premier Holandii, który tak bardzo przejmuje się przestępczością wśród imigrantów, wymyślił sobie, że państwo nie będzie już opłacało studiów, za to przyszli studenci będą zaciągali kredyty na czesne, tak by po obronie tytułu wejść na rynek pracy ze sporym zadłużeniem na starcie. Jak zauważają analitycy z VOX prawicowe rządy w Europie bardzo pobłażliwie traktują problem długów zwykłych obywateli. Merkel grzmi na Hiszpanów, by ci powstrzymali wzrost długu państwa, który w 2011 r. wyniósł przerażające 70% PKB, a w tym roku po kolejnym akcie miłosierdzia podatnika wobec banksetrów wyniesie ponoć 85%. Prawdziwi Finowie nie zgodzili się na euroobligacje, a tym samym Hiszpania musi wprowadzić kolejne "oszczędności". Tymczasem długi zwykłych Hiszpanów osiągnęły już 220% PKB co powoduje, ze optymistyczne prognozy wzrostów gospodarczych można tam potraktować jak kiepski dowcip.

Nie tylko rządny bawią się w krawcową. Peugeot teraz tnie, choć jeszcze parę miesięcy jego arystokratyczni właściciele wypłacili sobie 250 mln euro kieszonkowego, które jak zauważył Hollande przydałoby się firmie na inwestycje. Zarząd naszego Ciecha ogłosił dziś, że spółka jest w dramatycznej sytuacji bo za zeszły rok odnotowali marne 2 mln zł zysku. Spółka wykona zatem "drastyczną restrukturyzację" by w przyszłym roku wypłacić akcjonariuszom dywidendę pozwalającą na godne warunki jachtingu i golfingu.

Europa dzielnie walczy z inflacją i długiem publicznym, choć stopy procentowe zbliżają się do zera (w Szwajcarii już są zerowe), bezrobocie w niektórych miejscach zbliża się do 30%, a obywatele są coraz biedniejsi i coraz bardziej zadłużeni. Motłochem jednak nikt się nie przejmuje dopóki ten nie zacznie myśleć o rewolucji.

wtorek, 26 czerwca 2012

Znowu dyskusja o podatku katastralnym. Samorządowcy widzą w nim sposób na zwiększenie podatkowych wpływów do budżetu, a urbaniści sposób na stworzenie idealnego "postindustrialnego" miasta klasy średniej. Rząd na razie odcina się od tych pomysłów ale w niejednej platformianej głowie już coś takiego kiełkuje.

Podatek katastralny powoduje przestrzenną segregację klasową i wytworzenie się gett biedoty. Zwolennicy tej metody opodatkowania uważają, że jest sprawiedliwa bowiem właściciele nieruchomości o wysokiej wartości będą płacili więcej. "Polityczna decyzja powinna być taka, aby zmiana nie oznaczała dla przeciętnego mieszkania wzrostu kosztów. My nie chcemy opodatkowywać przeciętnego Polaka, tylko bogatego Polaka." Przekonuje prawnik z znanej kancelarii, który nie bierze po uwagę że wartość nieruchomości wzrasta także w przypadku działek, które rolnicy, czy robotnicy odziedziczyli po swoich przodkach. Dotyczy to zwłaszcza działek na obrzeżach miast, gdzie jest wiele domów zamieszkanych przez daną rodzinę od pokoleń.

Perwersyjne są argumenty za podatkiem katastralnym podnoszone przez urbanistów o liberalnych poglądach oraz wielu "miejskich aktywistów". Podatek ma być sposobem na łatanie "dziur" w tkance miejskiej oraz zapełnienie popadających w ruinę kamienic. Wystarczy właścicieli tych "niewykorzystanych" nieruchomości w centrum przywalić wysokim katastrem, a to zmusi ich do odsprzedaży działek i kamienic właścicielom "bardziej obrotnym" którzy będą umieli na nich zarobić. Autorzy tych pomysłów już nie udają że przejmują się "sprawiedliwością społeczną". Oni chcą wysokimi podatkami wyganiać z centrum "biedotę" i mówią to wprost.

Zapełnianie pustych fragmentów miast może być sposobem na złagodzenie kryzysu mieszkaniowego, który jest zmorą młodych prekariuszy, jednak pomysły samorządowców tylko pogorszą ten problem. Po podniesieniu katastru nieruchomości przejmą deweloperzy, którzy dostosują je do wymagań i możliwości klasy średniej-wyższej lub przerobią na biura. Podaż mieszkań dla mniej zamożnych tylko zmaleje, zwłaszcza w rejonach centrów miast i na obszarach lepiej skomunikowanych. Miasto będzie miało jednak zwartą, gęstą i zrewitalizowaną tkankę o której marzą urbanofile.

Związek Miast Polskich proponuje by wartość nieruchomości, a tym samym wysokość podatków wyznaczały samorządy poprzez tworzenie tzw. stref. Już widzę deweloperów, którym spodobają się jakieś działki, nakłaniających samorządowców do zakwalifikowania tych terenów do odpowiednich stref tak by wykurzyć dotychczasowych właścicieli. Na wolnym rynku wzrost popytu powoduje wzrost cen, zatem gdy deweloperzy będą się interesowali jakąś nieruchomością upgrade strefy będzie wg liberalnej ideologii uzasadnione.

ZMP pokazuje jak wygląda mentalność polskiego samorządowca. W Polsce nie buduje się tanich mieszkań na wynajem, a tzw. "budownictwo socjalne" to patologia. Szkoły publiczne są likwidowane, a ideałem naszych gospodarzy miast są szkoły społeczne, gdzie obowiązują klasistowskie bariery dostępu. Podnoszenie podatków od nieruchomości oraz oszczędności na edukacji i polityce społecznej pozwoli na fundowanie kolejnych festiwali i gmachów którymi można się pochwalić przed wyborcami.

20:06, meinglanz , Gender
Link Komentarze (2) »
czwartek, 31 maja 2012

Mrwisniewski się obrzydził prekariatem, który musi pracować z głupimi klientami lub zapierdalać na wierszóweczkę pisząc "poważne" teksty o fanpejdżach. Ktoś w komciach proponuje by kreatywni znaleźli sobie lepszych klientów, najlepiej takich z którymi można pogadać Agambenie, albo by poszukali innego zajęcia, bo rynek pracy jest przecież tak zajebisty. Jak widać WO ma rację pisząc o blogu Kasi Tusk.

Mnie tekst "Polityki" nie obrzydza i chciałbym, by lewicowe media więcej uwagi poświęcały prekariuszom. Sfrustrowani operatorzy DTP, junior brandmanadżerki i dziennikarze upadającej prasy analogowej zatrudniani na "dziele" nie są tak fajnym tematem na blogonotkę jak Muminki, ale to jest część korpokapitalizmu. Teksty zamieszczone na BKŚiowym fanpejdżu nie są zmyślone. Polskie firmy zatrudniają na śmieciówkach setki absolwentek kulturoznawstwa, które czytały streszczenia Żiżka i Lacana, ale nie wiedzą co to jest http://. Prekariat tak właśnie wygląda i ma prawo głosu, choć niektórym blogerom z ttdkn i publicystom z Kapecji może się to nie spodobać. Tu jest Polska panowie i dopóki lewica tego nie zauważy, dopóty będzie nad nami świecić Słońce Peru.

Tagi: prekariat
18:27, meinglanz , Różne
Link Komentarze (4) »
wtorek, 29 maja 2012

Wielka drama dziś wybuchła w Narodzie, że lewacka BBC wytknęła nam problem rasizmu i antysemityzmu. Już słychać głosy, że to przesada a bandyci stadionowi to margines, że obcokrajowcy mogą się czuć bezpiecznie. Cieszę, że ktoś wreszcie pokazał jak wygląda polski zamordyzm, który staje się coraz bardziej bezczelny. To już nie jest tylko kwestia ataków na obcokrajowców w Białymstoku. Neofaszyści wniknęli w środowiska kibicowskie, które dały takim organizacjom jak ONR, czy NOP wielu nowych członków.

Od kilku miesięcy widać coraz większą obecność radykałów w Polskiej przestrzeni publicznej dzięki strategii wmieszania sie w tłum. Zrobi się taki marsz patriotyczny na który zaprosi sie konserwatystów, monarchistów, miłośników militariów, religijną młodzież, harcerstwo, kibiców soccera, a do tego doda się grupkę faszystów. Po czym wrzeszczy się w mediach, że nie można krytykować marszu bo większość jego uczestników to porządni ludzie i że Niemcy Polskich Patriotów bijom. ONR sobie może spokojnie pomachać plakatami z pedałami. Tak jak podczas niedzielnych marszów dla Życia. Urocze jest tłumaczenie, że neofaszyści to tacy uczynni chłopcy, którzy będą pomagać rozstawiać sprzęt. Marsz i jego organizatorzy mają błogosławieństwo biskupa, prezydenta miasta, parlamentarzystów. W ten sposób faszyzm wkracza do mainstreamu.

Tymczasem w kolejnych miasta jest coraz więcej napaści na studentów z zagranicy jak w Olsztynie, Krakowie, Szczecinie, Bielsku-Białej, kosmopolitycznej Warszawie, niestety są już ofiary śmiertelne. Nie można już udawać, że to marginalny problem, że Polska jest bezpieczna dla obcokrajowców. Polskie władze i policja są zaskakująco bezradne i mało aktywne w zwalczaniu tych bandytów, za to wyjątkowo skutecznie likwidują pikiety antyfaszystów, a coraz więcej przypadków wskazuje, że wśród funkcjonariusz jest sporo sympatii do brunatnych ruchów. Czy BBC przesadza?

13:23, meinglanz , Gender
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 01 maja 2012

W połowie kwietnia odbyła się w Pradze międzynarodówka partii piratów, na którą przybyli delegaci z całej Europy. Wzrastająca popularność tych ruchów może być początkiem politycznej rewolucji podobnej do tej z lat 80-tych wywołanej przez partie zielonych. Piraci odnotowali już pierwsze sukcesy w wyborach do Parlamentu Europejskiego i do berlińskiego senatu w 2011 r. Jeśli utrzymają w wyborach federalnych w Niemczech taki wynik jaki dają im najnowsze sondaże będzie to trzecia siła polityczna w tym kraju.

Partie piratów nie mają rozbudowanej i spójnej ideologii ani pomysłu na rozwiązanie problemów ogarniętej przez kryzys Europy. To jest głos pokolenia dziecisieci, które bardziej niż biedą i bezrobociem przejmują się odcięciem internetu. Z tego powodu "ideologia" partii piratów ogranicza sie tylko do kilku wąskich dziedzin takich jak "wolność informacji" rozumiana jednak bardziej jako prawo do dostępu do informacji (czyli jumania empetrójek), niż wolność wypowiedzi w klasycznym liberalnym dyskursie, czy "prywatność", rozumiana jako wolność od podsłuchów i szpiegostwa internetowego. Pomimo niedojrzałości światopoglądowej ruch piratów ma jednak potencjał rewolucyjny.

Przede wszystkim popularność partii piratów jest wynikiem rozczarowania polityką uprawianą przez ostatnie 20 lat przez partie chadeckie i socjaldemokratyczne jednakowo uległe wobec międzynarodowych korporacji. Hiperindywidualizm piratów to wyraz rozczarowania wielkimi narracjami kolektywnymi: wolnorynkowym liberalizmem i lewicą "trzeciej drogi". Erozja państwa opiekuńczego postępująca od lat 90-tych i bankructwo systemu finansowego w 2008 r. spowodowały utratę wiary zarówno w struktury państwa jak i globalnej rynkowej gospodarki. Stąd ucieczka do społeczeństwa sieci i przekonanie o tym że człowiek musi stać się samowystarczalny.

Piraci są wściekli na państwo coraz bardziej uległe wobec wielkiego biznesu, które dla ochrony jego interesu ogranicza wolności obywatelskie takie jak prywatność, prawo do tajemnicy, prawo do wyrażania swoich poglądów. Tu właśnie widzę rewolucyjny potencjał tego ruchu. Konieczne jest jednak uświadomienie że taką samą uległością wobec korporacji jest uchwalanie ACTA jak też "uelastycznianie rynku pracy" i globalizacja. Wielu przywódców ruchu piratów tak jak szwedzcy europosłowie Christian Engström i Amelia Andersdotter to specjaliści IT, a więc członkowie grupy zawodowej w której jest bardzo słaba świadomość klasowa.

Ruch piratów wypracował własną koncepcję dobra wspólnego, czyli ideę "odpowiedzialnego obywatela" który dba o spuściznę kulturową. Choć brzmi to trochę jakby szukanie na siłę usprawiedliwienia dla jumania jednak zwiera zarówno potrzebę współpracy jak i sprzeciw wobec przemysłu praw autorskich. Rick Falkvinge w swoim wystąpieniu w Pradze odwoływał się do ruchów robotniczych z lat 30-tych i protestów zielonych z lat 90-tych, mówił o sprzeciwie wobec lobby industrialnego. Niemieccy piraci deklarują, że przygotowują program polityczny dotyczący różnych problemów nie tylko kwestii wolności w Internecie. Zobaczymy w jakim kierunku pójdą. Na razie największym zagrożeniem dla tego ruchu może być utożsamienie ze skrajną prawicą, która bardzo uaktywniła się w protestach przeciw ACTA. Podczas konferencji 29 kwietnia niemieccy piraci zdystansowali się od środowisk neofaszystowskich, ale jeśli nie przedstawią własnej wizji państwa takie deklaracje mogą okazać się niewystarczające.

W Polsce ruch piratów jest bardzo słaby, ale jego odpowiednikiem jest ugrupowanie Palikota, które również wyrosło na znudzeniu dotychczasową polityką uprawianą przez wielkie partie. Palikotowcy bardziej skupiają się na lokalnych sprawach będących skutkiem polskiego zacofania cywilizacyjnego ale tak samo widoczny jest tu hiperindywidualizm i nacisk na wolność światopoglądową. Palikot jest jednak znacznie bardziej związany z światem biznesu niż ruchy pirackie w Europie Zachodniej, stąd też potencjał rewolucyjnych tego ugrupowania jest znikomy.

17:17, meinglanz , Gender
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 kwietnia 2012

Zabawne jest określenie "superludzie" które James Adams wymyślił na określenie świeżo wyhodowanych prekariuszy, którzy mają bardzo bogate CV pomimo braku stażu pracy. Młodzi pretendenci do klasy średniej zdając sobie sprawę z tego jak wygląda rynek pracy starają się czas edukacji wykorzystać na wyrobienie sobie jak największej liczby ciekawych doświadczeń i umiejętności, by wyróżnić się pośród tysięcy dobrze wykształconych absolwentów szukających pracy. Studiowanie kilku fakultetów i odrabianie staży, kursy języka mandaryńskiego, wolontarianty na misjach w Afryce, ćwieczenia jiu-jitsu i brydża, czy organizowanie NGO dbającego o skwerki i chodniki - na to wszystko młody człowiek musi znaleźć czas w ciągu 4 lat studiów.

Czy kogoś dziwi, że kandyat tak bogatym doświadczeniem okołozawodowym i świetnym wykształceniem dostaje pracę na podrzędnym stanowisku biurowym na umowę śmieciową, zarabiając znacznie mniej niż jego starsi koledzy z pokolenia yuppie? Nie wiem czego innego może oczekiwać osoba, która na swoim CV ogłasza, że jest gotowa bardzo wiele czasu poświecić na wykonywanie za darmo wielu rzeczy.

Śmieciówkarz dostaje kiepsko płatną pracę, a nastepnie zostaje zwalony wieloma dodatkowymi obowiązkami, które nie należą do jego profesji, a które musi wykonać, gdyż firma przeszła redukcję i brakuje pracowników. Superczłowiek nie dostanie czasu by się dobrze swej pracy nauczyć, ani zdążyć z wykonaniem wszystkich swoich zadań w terminie. Do pracy będzie więc podchodził tak jak do swej edukacji i wolontariatów. Co gorsza, będzie współpracował z innymi firmami, które również zatrudniają superśmieciówkarzy, w efekcie załatwianie nawet prostych umów będzie się opóźniało a błędy i problemy powodowane przez niedoświadczonych i przeciążonych pracowników muszą poprawiać starsi koledzy, odkładając swoje zadania. Jednostkowa oszczędność na pracowniku powoduje straty na transakcjach pomiędzy firmami i tym samym pięknie obniży PKB.

Adam Leszczyński w swoim tekście o problemach prekariatu pisze, że rozwój sektora pracy tymczasowej jest pochodną zmian gospodarczych, a dezindustrializacja wynika nie z outsourcingu tylko postępu technologii. Młodym prekariuszom radzi przejście na samozatrudnienie i samowystarczalność wpisując się w neoliberalną narrację, o której niedawno pisałem. Leszczyński oczywiście nie miał na myśli fikcyjnego samozatrudnienia, które jest jedną z form umów śmieciowych, ale sam pomysł jest niedorzeczny z wieku powodów. Jednym z objawów "zmian społeczno-gospodarczych" które doprowadziły do powstania prekariatu jest monopolizacja gospodarki bezpośrednio związana z globalizacją i outsourcingiem. To prawda że spadek zatrudnienia w przemyśle częściowo jest skutkiem postępu technicznego i wzrostu wydajności, jednak w Europie każdego tygodnia zamyka się fabryki i przenosi produkcję do krajów "konkurencyjnych". Przed kryzysem z 2008 r. utratę tych miejsc pracy rekompensował sektor usługowy i budownictwo, lecz możliwości pompowania tych branż się skończyły. Stąd widoczne także w postaci umów śmieciowych zubożenie społeczeństw Zachodu. Rynek ma swoje ograniczenia i raczej nie ma zbyt wielu przestrzenii dla kolejnych małych firm usługowych.

Tyler Cowen i J. Adams apelują o większą "mobilność" i "elastyczność" co ma ułatwić dopasowanie do współczesnej gospodarki. Teraz wymaga się od nas byśmy często zmieniali miejsce pracy i profesję, a pracodawcy zatrudniają nas na tymczasowe umowy dla naszego dobra, byśmy się nie przywiązywali do miejsca pracy. Złośliwi mogą zapytać jak prekariat na umowach śmieciowych może stać się "mobilny" skoro cały deweloperski rynek mieszkaniowy dopasowany jest do potrzeb ludzi z zdolnością kredytową? Niestety wbrew nadziejom, protestujących z kolektywu Elba korporacje nie przejmują się małą mobilnością. Każde większe miasto dostarcza dziś tyle sztuk świeżutkich "superludzi" że kolejne BPO czy inne ITO nie musi martwić się o możliwości mieszkaniowe śmieciówkarzy. Mobilność jest zbędna, a elastyczność to tylko trening robienia zbyt wielu rzeczy byle jak.

sobota, 10 marca 2012

Jest przywódcą Narodowego Ruchu Oporu, który od 1986 dokonuje zbrodni politycznych w Ugandzie, morduje przeciwników, porywa i wysiedla ludzi, wciela dzieci do armii. O kim mowa? Nie, to nie jest słynny Joseph Kony, przeciw któremu protestują celebryci z Hollywood.

Yoweri Museveni to prezydent Ugandy i wieloletni sojusznik USA, a zarazem przywódca jednej z bardziej krwawych dyktatur w Afryce. Oskarżany o łamanie praw człowieka przez Amnety International juz w 1989 r. W północnej Ugandzie zorganizował 200 obozów koncentracyjnych, w których umieścił 1,2 mln ludzi rzekomo w celu obrony ich przez Armią Bożego Oporu Kony'ego. Ludzie uwięzieni w obozach umierają z powodu niedożywienia i chorób, są terroryzowani i mordowani. Zdaniem krytyków to jest czystka etniczna. Rząd ugandyjski brał również udział w zbrodniach w Rwandzie, Kongo i Południowym Sudanie. To Museveni rozpoczął porywanie dzieci i wcielanie ich do armii, co wykorzystał podczas przewrotu wojskowego w 1986 r.

O reżimie ugandyjskim stało sie głośno dopiero w 2009 r. kiedy Museveni wniósł do parlamentu nowelizację kodeksu karnego, która przewiduje karę śmierci za seks homoseksualny. Jego bojówki rozpoczęły polowanie na gejów i zabiły znanego działacza Davida Kato. Zrobił się smrodek w prasie, zaczęły sie protesty przed ugandyjskimi ambasadami, nawet prezydent USA musiał jakoś zareagować i potępić sojusznika w "wonie z terroryzmem".

Rząd Museveniego szybko jednak poradził sobie z tym małym kryzysem pijarowym dzięki organizacji Invisible Children i filmowi "Kony2012", który robi furorę na Facebooku. Nie tylko udało im się odwrócić uwagę mediów od swoich zbrodni, ale też uzyskać wsparcie militarne USA w walce z sektą Kony'ego. Koncern Tullow Oil może juz spokojnie zawierać umowy z rządem ugandyjskim na koncesje naftowe, nikt nie będzie im miał za złe finansowanie nieprzyjemnego dyktatora.

Kony to fanatyczny i niebezpieczny zbrodniarz. Ludzie, którzy organizują akcje przeciw niemu i wszyscy którzy nagłaśniają tę sprawę w ostatnich tygodniach naprawdę chcą, żeby w środkowej Afryce zapanował wreszcie pokój i skończyły się mordy polityczne i porywanie dzieci. Jednak sprawdźmy kogo popieramy i czy naprawdę wróg mojego wroga powinien być mi przyjacielem.

Tagi: Afryka
13:47, meinglanz , Różne
Link Komentarze (3) »
środa, 07 marca 2012

Wykształceni, około trzydziestki, pokolenie wyżu demograficznego. Wierzą że dzięki harówce coś osiągną, choć pracodawca rżnie ich na śmieciowych umowach. Nie mają zdolności kredytowej by kupić laptopa na raty, ale marzą o prywatnym ubezpieczeniu zdrowotnym i prywatnych emeryturach. Sieroty po Balcerowiczu, które myślą, że OFE to "sam płacę składki na własne konto, z którego ja sam będę pobierał swoją własną zapracowaną przez samego siebie emeryturę".

- Wkurza mnie, to że rząd zmusza mnie do płacenia na NFZ. Państwowa służba zdrowia to dziadostwo. Sam chciałbym wybrać wybrać sobie ubezpieczyciela.

-Wkurza mnie to że z pieniądze moich podatków idą do zapadłych dziur, w których mieszkają nieroby. Chcę żeby za moje pieniądze, moje miasto budowało linię metra i szkoły dla moich dzieci.

-Nasze pokolenie nie dostanie żadnych emerytur. Płacimy składki na ZUS, ale nic z tego nie otrzymamy. Muszę sama oszczędzać na swoją starość, bo państwo nic mi nie da.

Młodzi lubią wolność. Nie chcą by rząd dyktował im na co idą "ich" pieniądze, gdzie się ubezpieczają, jakie zioło palą w domu, kiedy i z kim uprawiają seks. Młodzi nie są tak bierni jak sieroty po Jaruzelskim. Są obywatelami aktywnymi. Działają w miejskich stowarzyszeniach, protestują przeciw ACTA, głosują na Palikota. Podpisują się pod projektami ustaw likwidującej janosikowe, wprowadzającej ulgę podatkową na prywatne ubezpieczenia emerytalne, popierają ulgę na prywatne polisy medyczne - żeby mieli prawo wyboru, czy płacić podatek państwu, czy prywatnym ubezpieczalniom.

Młodzi mają duże wymagania. Chcą wiedzieć za co płacą. Traktują państwo jako usługodawcę, który coś daje w zamian za podatki Są rozczarowani dziadostwem usług publicznych w Polsce.

A prywatna służba zdrowia jest fajna. Naprawdę. Dizajnerskie przychodnie, w których nie ma kolejek do specjalisty i gdzie nie trzeba stać na korytarzu obok śmierdzących staruszków i rozwrzeszczanych bachorów. Prywatne szpitale są przytulne jak hotel spa, skuteczne jak dr House i milusie jak dr Burski.

Tylko wicie na prywatne usługi trzeba płacić tak by firmom, które je oferują się to opłaciło. Popatrz na swojego kolegę, który leczy się z prywatnej polisy. Być może nie jest krezusem, ale ma porządną pracę, w dodatku jest bardziej zdrowy niż chory? Płaci niską składkę i jest zadowolony. Jeśli jednak straci pracę to i tak wyląduje na garnuszku państwa i będzie się cieszył że jest ten dziadowski NFZ, a nie ma tak jak miliony Amerykanów, którzy utracili prawo do opieki zdrowotnej po tym jak przyszła redukcja etatów lub gdy sie rozchorowali i stali się niezdolnymi do pracy. Wicie prywatna służba zdrowia zarabia bowiem wtedy, gdy nie leczy.

Indywidualne konta emerytalne? Fajna sprawa - nie musisz płacić na obecnych emerytów górników i leniwych wojskowych. Cała składka idzie na twoją emeryturę. Dobra rzecz jeśli zarabiasz na tyle, że możesz sobie odkładać na polisę. Ubezpieczyciel jednak na tym też chce sobie zarobić więc jeśli jakoś wyliczy, że może za długo pożyjesz, to nie wypłaci ci zbyt wiele. Zacznij więc palić papieroski i juz dziś zaraź się HCV - wtedy możesz sobie wyobrazić emeryturę na Seszelach. O ile wierzysz, że nie wykitujesz.

Pomysł, by się zatrudnić na "dzieło" i ubezpieczać prywatnie opiera się na kilku dziwnych przesłankach. Po pierwsze jesteś pewien, że nigdy nie staniesz się niezdolnym do pracy, po drugie nie stracisz pracy z powodu kryzysu. No i jest jeszcze jeden problem - ci wstrętni staruszkowie, którzy nam teraz napędzają dziurę budżetową. Państwo i tak sięgnie po twoje pieniądze. Jeśli nie dasz mu składki na ZUS to ci przywali wysoki VAT, od którego nie uciekniesz bo żreć coś musisz. Podatki pośrednie tak uwielbiane przez neoliberałów mają to do siebie że są najbardziej uciążliwe dla tych co największą część swoich dochodów wydają na konsumpcję. Jesteś młody, wykształcony, masz umowę śmieciową? To właśnie o tobie mowa.

Solidarność społeczna, którą nazywasz kradzieżą, działa w twoim interesie bardziej niż niskie podatki i urynkowienie usług publicznych, które daje pozorną korzyść osobom lepiej zarabiającym i przedsiębiorstwom. Pozorną, bo nawet oni gdy będą potrzebować jakieś procedury medycznej, której nie ma na liście refundacji prywatnego ubezpieczyciela (fajowskie "pokrywamy 95% świadczeń medycznych NFZ") to złorzeczą, że publiczna służba zdrowia w tym kraju jest tak bardzo niedoinwestowana. Jak kryzys giełdowy zmiecie oszczędności funduszu emerytalnego, to się cieszą, że są jeszcze jacyś łosie, które opłacają ZUS.

Jeśli natomiast nie masz zdolności kredytowej i pracujesz na tymczasowej umowie, to zamiast marzyć o hipsterskich szpitalach, w których leczy się twój szef, walcz o uszczelnienie publicznego systemu, który opiera się na założeniu że czasem ktoś dopłaca do kogoś innego. Twoja sytuacja na rynku pracy jest niepewna więc najwyższy czas przeprosić się z tak zwanym społeczeństwem.

sobota, 14 stycznia 2012

Portal Agory Gazeta Wyborcza straszy dziś chińską kolonizacją Afryki. Mem podboju tego kontynentu przez nowe światowe supermocarstwo od kilku lat krąży po internetsach w różnych odsłonach i jeśli wierzyć tym tekstom to Chiny już w zasadzie skolonizowały i całkowicie opanowały Afrykę, wypierając stamtąd nieudolnych Europejczyków.

W rzeczywistości chińsko - afrykańskie relacje gospodarcze pomimo sporego rozwoju od początku lat 90-tych są niezbyt imponujące. W 2008 r. Chińskie inwestycje w Afryce wyniosły 7,8 mld $. Dużo? Amerykanie w tym samym czasie zainwestowali 69 mld$, a zdychająca z powodu nadmiaru socjału Europa 230 mld$. Ogółem w latach 2005 - 2010 przedsiębiorstwa z Chin i Indii łącznie były źródłem zaledwie 3 proc. inwestycji zagranicznych w Afryce, przy czym to udział Indii był większy. Kryzys w USA i Europie po 2008 r. spowodował spadek zaangażowania krajów zachodnich na "Czarnym Lądzie" jednak nadal to one dominują w inwestycjach.

Lepiej wygląda handel chińsko - afrykański. Udział Chin w eksporcie i imporcie Afryki wynosi już 15 proc. czyli tyle samo co USA. Ale to stetryczała Europa nadal odpowiada za ponad 60 proc. obrotów w handlu międzynarodowym Afryki.

Jednak sama wielkość wymiany handlowej nie pokazuje rzeczywistego wpływu Chin i Europy na rozwój gospodarczy Afryki. Struktura handlu "Czarnego Lądu" z Chinami i USA jest bowiem niekorzystna dla państw afrykańskich. Jak podaje www.makingitmagazine.net 90 proc. eksportu z Chin do Afryki stanowią produkty przetworzone - wytwory wydajnego chińskiego przemysłu przetwórczego. Natomiast afrykański eksport do Chin stanowią w 87 proc. surowce naturalne. Podobnie wygląda handel afrykańsko - amerykański. Wymiana handlowa z Europą jest bardziej zróżnicowana - Europejczycy kupują nie tylko ropę i rudy metali, ale też produkty afrykańskiego przemysłu dzięki czemu przyczyniają się lepiej do rozwoju gospodarczego Afryki.

Chiny nie traktują Afryki jak partnera gospodarczego tylko jako źródło tanich surowców, potrzebnych do ekspansji chińskiego przemysłu na rynkach zachodnich. Stąd coraz większe niezadowolenie afrykańskich społeczeństw z coraz większej obecności Chińczyków na tym kontynencie, co zresztą zostało opisane w tekście na portalu gazeta.pl. W tej chwili gospodarka Afryki dużo więcej zawdzięcza współpracy z Europą i jeszcze długo to się nie zmieni.

sobota, 07 stycznia 2012

Ubiegłoroczna klęska socjalistów w Hiszpanii pokazuje jak się kończy "lewica obyczajowa". Zapatero, który zdobył popularność dzięki twardemu antyklerykalizmowi i wspieraniu praw mniejszości seksualnych oraz równouprawnienia kobiet, chwalony był za kontynuowanie polityki gospodarczej konserwatywnego rządu Jose Maryi Aznara. Kryzys w budownictwie, wzrost bezrobocia i nierówności społecznej to skutek reform prawicy, ale uderzyły w  hiszpańską lewicę. Klub Palikota proponuje to samo co Zapatero - agresywny antyklerykalizm, deregulacja i niskie podatki dla zamożnych i biznesu.

Tymczasem amerykańska prawica, która jest tym bardziej popularna im dłużej administracja Obamy tkwi w bezczynności nadal upiera się że przyczyną powstania bańki na rynku nieruchomości było państwo opiekuńcze. Jak się jednak okazuje dyżurne kozły ofiarne neoliberałów, czyli Fannie Mae i Freddie Mac - przedsiębiorstwa wspierane przez rząd USA, których zadaniem jest zapewnianie tanich kredytów hipotecznych nie tylko sekurytyzowały stosunkowo niewielką (24 proc.) część kredytów subprime, to wg raportu sporządzonego przez Bank Rezerwy Federalnej kredyty sekurytyzowane przez te "socjalne" agencje okazały się mniej ryzykowne i przyniosły mniejsze straty niż pożyczki gwarantowane przez prywatne banki. Chociaż tanie kredyty to nie jest działanie "państwa opiekuńczego" które uważam za sensowne (może lepiej wrócić do staroświeckiego budownictwa komunalnego?) to jednak jak widać nawet w tej formule większy udział państwa przyczynia się do większej racjonalności rynku mieszkaniowego.

Raport OECD opublikowany w grudniu pokazuje jak w ciągu 20 lat poprzedzających kryzys finansowy banki zmniejszały udział aktywów ważonych ryzykiem i inwestowały w "działalność niekonwencjonalną". Jak się okazuje plajta Lehman Brothers, oblane stress - testy i ryzyko bankructwa całej Europy nie jest dla sektora finansowego żadną nauczką. Nie pomogą nowe regulacje. Banki dalej uprawiają hazard cudzymi pieniędzmi i dowolnie majsterkują przy kalkulacji ryzyka, dzięki czemu podnoszą kapitał bez zmniejszania akcji kredytowej. W procederze tym przodują banki w Hiszpanii, co podoba się zwłaszcza "nowemu" konserwatywnemu rządowi, który chce leczyć dżumę poprzez podawanie Yersinia pestis dożylnie. Jeszcze więcej kredytów i jeszcze mniej państwa w gospodarce.