| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Kategorie: Wszystkie | Gender | Gospodarka | Psychoewo | Różne | Wychowanie | pop | transhumanizm
RSS
czwartek, 14 marca 2013

Doczekaliśmy się czasów, kiedy programy wykładów i konferencji na uniwersytetach układają nie ich władze, ale neofaszyści  - taka polska wersja autonomii uczelni. Dziś jak wiemy odwołano kolejny wykład – tym razem prof. J. Hartmana. Dziennikarka „Panoramy” w TVP2 informując o tym nazwała filozofa „lewicującym” i wypowiedziała to słowo z wyraźnym grymasem. Tak jakby to była obelga. A przecież „lewicujący” to nawet nie jest „lewicowy”, bo trudno Hartmana uznać za jakiegoś trockistę. W Polsce każdy, kto ma poglądy choćby odrobinę na lewo od Niesiołowskiego i Gowina jest traktowany jak trędowaty.

Materiał „Panoramy” oczywiście nie mógł się ukazać bez wypowiedzi przedstawiciela ONR. Pan Narodowy powiedział, że prawica w Polsce jest prześladowana, bo nie dopuszcza się jej do głosu na uczelniach, gdzie prezentowane są tylko treści lewicowe. Wypowiedź rzecznika ONR nie została w żaden sposób skonfrontowana z faktami, poza dość głupawym komentarzem, że debata nie może polegać na agresji  i krzykach zamaskowanych bandytów. Tak oto finansowana z naszych podatków TVP puszcza w świat przekaz: polskie uniwersytety są skrajnie lewackie i prześladują prawicę !!!11!!

Sprawdzam zatem na stronie UMCS na którym miał się odbyć wykład Hartmana, jakie prelekcje w ostatnich miesiącach zorganizowano na tej uczelni:

- 8 marca był wykład „Odkrywając wolność” – prof. L. Balcerowicza, który przedstawił poglądy F. von Hayeka i L. von Misesa.

- 5 grudnia było spotkanie z naszym lubionym redaktorem Igorem Janke, który zaprezentował swoją hagiografię Victora Orbana.

- 8 listopada było spotkanie „Liberalizm a socjalizm - temat nadal aktualny?”. Myślicie, że to była debata, na której wypowiadali się zwolennicy obu tych ideologii? Niestety zaproszono tylko jednego prelegenta: pana Stefana Sękowskiego – byłego redaktora „Fonda.pl”(sic!) a obecnie dziennikarza „Gościa Niedzielnego” i tłumacza książki „Socjalizm” Ludwiga von Misesa.

 Z kolei 18 kwietnia na UMCS odbędzie się konferencja: „Wolny rynek - gospodarka, prawo, społeczeństwo” organizowana przez Klub Austriackiej Szkoły Ekonomii w Lublinie. W roli prelegentów wystąpią m.in. Robert Gwiazdowski i Rafał Ziemkiewicz.

Z polityków na UMCS wystąpili ostatnio B. Komorowski i J. Piechociński. I to by było wszystko. Żadnego lewicowca, ani centrolewicowca – no chyba, że podobnie jak prawicowi publicyści za lewaka uznamy księdza Bonieckiego, bo ma poglądy wszak nieco mniej prawicowe od posła pastora Godsona.

Jak widać „pluralizm” po polsku oznacza propagowanie poglądów prawicowych za pieniądze podatnika. Poglądów lewicowych propagować na uczelniach nie można, bo to polityka, a polityka jest zła za wyjątkiem polityki prawicowej.

Wspomniany minister Gowin powiedział niedawno, że nie widzi powodów by zdelegalizować ONR. Naczelny stróż prawa Polski po raz kolejny wykazał się nieznajomością dziedziny, za którą jest odpowiedzialny w rządzie. Sąd Rejonowy w Opolu w 2009 takie powody bowiem znalazł i zdelegalizował ONR. Gowin powiedział ponad to, że sposobem na powstrzymanie skrajnej prawicy ma być wspieranie PiS. Od dawna uważam, że neofaszyści są pimpowani przez polityków PiS i PO oraz prawicowych publicystów, by utrzymać polski konsensus polityczny. To nie jest żaden głos „wykluczonych” – wśród tych wszystkich bandydów napadających na uczelnie więcej jest młodzieży z dobrych inteligenckich rodzin, rzec by się chciało „żoliborskich”.

Neofaszyści są potrzebni, by utrwalać prawicową oligarchię. PiS potrzebuje ich, by pokazać się jako partia rozsądna i umiarkowana tama dla przemocy. PO potrzebuje PiSu, by pokazać się jako tama dla kaczyzmu. Michnik potrzebuje bandytów zagłuszających jego wykład, by wystąpić w roli prześladowanego obrońcy wolności. POPiS potrzebuje Winnickiego i Zawiszy i dlatego właśnie Gowin deklaruje, że neofaszyści brzydzą go mniej niż „Krytyka Polityczna”.

W takim układzie pozostaje nam już tylko wybór między „Gazetą Wyborczą” propagującą poglądy F. von Hayeka i L. von Misesa, a Rafałem Ziemkiewiczem propagującym poglądy F. von Hayeka i L. von Misesa. Taki polski pluralizm.

czwartek, 21 lutego 2013

Czytam listy opublikowane na gazeta.pl o cierpieniu pacjentów oddziałów onkologicznych, którzy wyją z bólu i traktowani są jak maltretowane zwierzęta trzymane w klatce. Przeraża mnie w jak bardzo okrutnym kraju mieszkam. Nie mam tu na myśli tzw. "znieczulicy" personelu medycznego. Badania pokazują że już u studentów medycyny widoczne jest osłabienie reakcji empatycznych. Jest to naturalny mechanizm obronny u kogoś kto z cierpieniem i śmiercią styka się na co dzień - po prostu nie można wtedy reagować silnym pobudzeniem emocjonalnym na cudze cierpienie, gdyż grozi to chorobą psychiczną.

Lewicowo-liberalna Cywilizacja Śmierci wypracowała jednak mechanizmy które sprawiają, że szpitale pomagają cierpiącym ludziom i starają się zminimalizować ból. W Polsce mamy NFZ posługujący się logiką korporacyjnego menadżera: leczyć tak by wydać na to jak najmniej pieniędzy, a pacjent ma być przede wszystkim źródłem zysku. Dla szpitala ma przynieść dochody, które pozwolą na wypłatę dywidendy właścicielom przedsiębiorstwa usług medycznych. Dla NFZ i budżetu państwa pacjent przyniesie zysk jeśli się go szybko postawi na nogi, wróci do pracy i będzie znowu płacił podatki. W takiej logice nie mieszczą się przypadki beznadziejne jak terminalna postać raka. Leczenie ich nie przyniesie zysku, a walka z bólem to koszt. Nic więc dziwnego, że lekarze wstrzykują wyjącym z bólu środek, który ich paraliżuje tak, że nie mogą krzyczeć. Pavuloniarstwo ma w Polsce bardzo bogate tradycje.

Opanowane przez moralny relatywizm kraje zachodnioeuropejskie uznały, że jeśli człowiek nie potrafi już znieść cierpienia - bardziej psychicznego niż fizycznego, to należy pozwolić mu popełnić samobójstwo. Uznały bowiem, że zmuszanie ludzi do cierpienia jest okrucieństwem. Bynajmniej nie chodzi tu o to by każdego zachęcać do eutanazji - podstawowym sposobem pomocy są środki przeciwbólowe i psychoterapia. Sama eutanazja natomiast wydaje mi się bardzo dobrze pasować do biznesowej logiki NFZ, wszak pozwala minimalizować koszty opieki nad beznadziejnym pacjentem. Jeśli w tym kraju jednak jest coś ważniejszego od rachunku ekonomicznego to na pewno katolickie ideolo. Polska po prostu zabrania ci popełnienia samobójstwa.

Herling-Grudziński opisuje jak więźniowie sowieckich łagrów, których pozbawiono prawa do decydowania o czymkolwiek i zamieniono w przedmioty, próbują wymyśleć sposób na odebranie sobie życia. Więźniowie chcą mieć prawo zadecydować przynajmniej o tej jednej sprawie - o własnej śmierci. Obozowi funkcjonariusze z kolei robią wszystko, by uniemożliwić osadzonym popełnienie samobójstwa. Mam wrażenie, że polską politykę zdrowotną wymyślili ludzie o mentalności kapo.

Nie musisz być cierpiącym i starym by doznać sadyzmu naszej Ojczyzny. Możesz być młodym i zdrowym ale mieć macicę. Żyjemy w kraju, który praktykuje szczególny rodzaj liberalizmu, który głosi że państwo nie powinno regulować niczego z wyjątkiem zawartości macic. Państwo zmusi cię byś dziecko urodziła ale potem radź se sama. Jako szczyt humanitaryzmu funkcjonują u nas lansowane przez Kościół okienka życia. Niedawno do takiego trafiło dwuipółletnie dziecko, którego samotnej matki nie było stać na utrzymanie rodziny, a polskie MOPSy nie udzielają takim osobom pomocy, bo przecież SOCJAL TO ZUO !!!11! Podobnie było nieco wcześniej w przypadku młodej rodziny której dziecko odebrano, bo byli zbyt biedni. Nie byli to wcale tzw. "menele" nie byli to "leniwi" bezrobotni. Ot zwyczajni biednie młodzi Polacy, którzy nie mają zdolności kredytowej. Facet uczciwie pracuje i płaci podatki, ale nie stać go na wolnorynkowy czynsz za mieszkanie od prywaciarza, a młode rodziny nie mają w tym kraju szans na mieszkanie socjalne.

Ostatnio wielka jest w Narodzie panika moralna, że za niski mamy tzw. współczynnik płodności kobiet (cóż za urocze określenie). Kolejni politycy i demografowie głowią się jak tu zwiększyć dzietność. Dostrzegam tu takie same korporacyjne myślenie jak w NFZ - dziecko to inwestycja, która ma w przyszłości łatać swoimi podatkami dziury budżetowe i uchronić system przed zawaleniem, bo jasne już stało się, że nie dokonają tego balcerowiczowe OFE. Dzieci już od momentu poczęcia są traktowane jak własność państwa, a rodzice to przypadkowe plemniki i macice, które mają obowiązek poczęte dzieci urodzić. Łaskawie pozwoli się rodzicom dzieci wychowywać, ale jeśli nie zmieszczą się w minimalnych kryteriach dochodowych a sami nie oddadzą dziecka siostrom zakonnym, to nasze okrutne państwo im je zabierze.

sobota, 09 lutego 2013

Odtrąbiony wczoraj sukces polskich negocjatorów ws. następnej siedmiolatki UE jest zwycięstwem pyrrusowym. Co prawda Polska otrzyma całkiem sporo funduszy do wykorzystania - w tym obiecane 300 miliardów na politykę spójności, ale przezorni dziennikarze już zauważyli że Unia po raz ostatni jest dla nas tak hojną i wbrew opiniom komentatorów wcale nie dlatego że Polska za 7 lat będzie zamożniejsza. Unia Europejska jako taka właśnie się kończy.

Fundamentem integracji europejskiej jest idea solidaryzmu społecznego, którą rozwijano w powojennej Europie, a która pod wpływem propagandy neoliberalnej akcentującej walkę o indywidualny interes właśnie umiera. Nowy budżet UE to przede wszystkim sukces Merkel i Camerona, którym udało się ograniczyć wielkość wydatków i przypodobać się wyborcom we własnych krajach. Przy czym sama skala oszczędności stanowiąca ułamek promila europejskiego PKB nie ma dla podatników żadnego znaczenia. Europejskiej prawicy chodziło o co innego - o powstrzymanie pogłębiania europejskiego federalizmu. Budżet UE po raz pierwszy zmaleje a to oznacza, że dotychczasowa praktyka zwiększania redystrybucji europejskiej została powstrzymana.

Niech nas nie zmyli zwiększenie funduszy dla Polski. To nie jest przykład solidarności. Tusk również walczył tu o swój elektorat a Polska została potraktowana jako alibi dla polityki cięć. W nowej liberalnej doktrynie Unii wypracowanej przez Komisję Europejską pod przewodnictwem Barroso wydatki unijne mają być przede wszystkim inwestycjami przynoszącymi zysk, a pomoc bezzwrotna ma być zastąpiona pożyczkami. Zwiększenie funduszy dla Polski jest przykładem inwestycji zyskownej, bo Polska pokazała już, że jest prymusem europejskich funduszy, a współfinansowane z środków unijnych inwestycje infrastrukturalne są korzystne dla niemieckiego przemysłu i poprawiają PKB strefy euro.

Przekaz jaki wczoraj wypłynął z Brukseli jest oczywisty: wydawać niewiele (bariera 1 proc. PKB jest świętą, nieprzekraczalną granicą), a jeśli już na coś wydawać pieniądze podatnika to na inwestycje "prorozwojowe". Europejski federalizm został ograniczony kosztem państw południa, których przywódcy podczas wczorajszych negocjacji zostali pozbawieni prawa głosu w obliczu trapiącego te kraje kryzysu i zależności od pomocy finansowej. Zwiększenie środków na politykę spójności dla Polski jest także skutkiem kryzysu u południowców, którzy z powodu cięć budżetowych, nie będą mieli już pieniędzy na zapewnienie "wkładu własnego" wymaganego przy inwestycjach współfinansowanych z środków UE. Dlatego część funduszy przesunięto do nowych państw UE.

Tymczasem to właśnie minimalistyczna formuła europejskiego federalizmu jest jedną z przyczyn kryzysu w południowej Europie. Utworzenie Funkcjonowanie w strefie euro spowodowało, że po wybuchu kryzysu nastąpił odpływ kapitału z krajów południa do Niemiec i innych państw północy, które są przez inwestorów finansowych z krajów "peryferyjnych" uznawane za bardziej bezpieczne. Wysoki kurs euro, który jest korzystny dla silnie zdelokalizowanego niemieckiego przemysłu zabija gospodarki Włoch, Hiszpanii czy Portugalii. Merkel wierząc w neoliberalne dogmaty zdecydowanie blokuje wszelkie próby przyznania Europejskiemu Bankowi Centralnemu prawa do większych ingerencji na rynkach walutowych. Brak takich możliwości czyni Europę bezbronną wobec atomowej wojny walutowej, którą bez skrępowania prowadzą takie potęgi jak USA, Chiny czy Japonią manipulujące kursem swych walut na wielką skalę.

"Rozdęty socjał" który przyczynił się do zadłużenia państw południa nie różnił się bardzo od państwa opiekuńczego w Niemczech czy Skandynawii. Natomiast funkcjonowanie jako takiego systemu emerytalnego i służby zdrowia do pewnego stopnia powstrzymywało pracowników z południa przed emigracją do krajów północnych, co trochę poprawiało konkurencyjność Włoch i Hiszpanii. Wreszcie trzeba pamiętać, że przyczynami kryzysu niekoniecznie były wydatki publiczne ale np. masowe unikanie płacenia podatków w Grecji czy też szaleństwo prywatnych banków w Hiszpanii.

Krytyka krajów południa za nadmierne wydatki niekiedy bywa słuszna. Jednak krytyka ta musi uwzględniać kontekst jakim było zintegrowanie rynków tych państw z rynkami północy i silna wewnątrzeuropejska rywalizacja z mniejszym niż minimalnym poziomem solidaryzmu. Jeśli tego nie widzimy, to nie rozumiemy przyczyny obecnego kryzysu w Europie: federalizmu bez odpowiedzialności społecznej.

Ułomność Unii Europejskiej staje się dobrze widoczna w porównaniu z federalizmem USA. Cameron i Merkel pysznią się, że wymusili na Europie oszczędności budżetowe rzędu 0,0003 proc. PKB. Tymczasem w USA budżet federalny wynosi 20 proc. PKB. Bogatsze stany dopłacają do biedniejszych kwoty kilkadziesiąt razy większe niż te drobne eurojałmużny, nad którymi tak bardzo szlochają podatnicy niemieccy i brytyjscy. Paradoksalnie w tej "liberalnej" Ameryce bogatsze stany płacą duże sumy na solidarność z biedniejszymi, a ich mieszkańcy nie protestują przeciw temu, a nawet chętniej popierają partię Demokratyczną, która opowiada się za utrzymaniem wysokiego poziomu budżetu federalnego. Dzięki amerykańskiemu megajanosikowi w biedniejszych stanach można utrzymywać taki sam poziom usług publicznych jak w Kalifornii czy Nowym Jorku, co przyczynia się do wzrostu konkurencyjności "Czerwonej Ameryki" (W USA czerwony to kolor prawicy).

Tymczasem w podobno "socjalnej" Europie federacja polega na stworzeniu jednego rynku, zakazie pomocy publicznej i wymuszaniu na biedniejszej części kontynentu drastycznych cięć wydatków. To wszystko w ramach konkurowania w jednej strefie monetarnej z drogą walutą. Nowy budżet europejski jest kontynuacją polityki minimalnej integracji, która wymusza na europejskim przemyśle dalszą delokalizację (konkurencyjność!), a na europejskiej klasie średniej dalsze zubożenie. Politycy chcą wszystkim narzucić model niemiecki, w którym państwo wysoko rozwinięte jest jedynie hubem usług IT i wysoko wyspecjalizowanego rzemiosła, a cała produkcja została wyoutsourcowana do krajów taniej siły roboczej. Co jednak udało się w przypadku jednego kraju który ma 80 mln mieszkańców może być nie do powtórzenia w skali całej UE liczącej 500 mln mieszkańców, która musi konkurować z takimi krajami jak Chiny, które potrafią być potęgą i w produkcji i w segmencie badawczo-rozwojowym.

Niestety politycy europejscy udowodnili, że nie potrafią myśleć w kategoriach Europa vs. USA lub Europa vs. Chiny a mentalnie nadal są ograniczeni do skali europejskich państewek narodowych. W efekcie przepchnięto politykę niesolidarną, która będzie skutkowała dalszą erozją przemysłu w krajach "peryferyjnych" UE a w konsekwencji doprowadzi cały kontynent do upadku.

piątek, 25 stycznia 2013

Konserwatywny rząd Wielkiej Brytanii zatwierdził dziś projekt legalizujący małżeństwa homoseksualne w Anglii i Walii, a premier Cameron deklaruje poparcie dla prawa, które wzmacnia więzi międzyludzkie i służy społeczeństwu. Tymczasem u nas podobno liberalna partia przygotowała projekt związków partnerskich, który parom jednopłciowym daje w zasadzie nic. Ostatecznie głosami tej partii nawet ten ochłapowy projekt zostaje odrzucony, bo okazuje się że w Ojczyźnie Rydzyka gej nie może odwiedzać swojego partnera w szpitalu bo jest to „zamach na rodzinę” i sprzeczne z konstytucją.

Znowu słyszę, że co prawda nic nie uchwalono, ale w polskim parlamencie odbyła się „historyczna debata” poruszająca temat homoseksualizmu. Mamy się zatem cieszyć że paru homofobów wykrzyczało z trybuny sejmowej głupawe obelgi pod naszym adresem. Kiedy inne parlamenty uchwalają prawo, nasi posłowie zastanawiają się czy homoseksualiści są istotami ludzkimi i to ma być przełom w polskiej debacie publicznej. Tak po prawdzie to argument o „historycznej debacie w parlamencie” jest fałszywy. Takie debaty już były – senat debatował nad lex Szyszkowa już w 2004 r. i nawet przyjął projekt ustawy. Następnie podobno lewicowy Cimoszewicz postanowił w ramach szacunku dla demokratycznie wybranej izby parlamentu, schować jej projekt do kosza. Następna debata była w sejmie poprzedniej kadencji i skończyła się kolejną zamrażarką - tym razem z powodu upłynięcia kadencji.

Tak więc plwam na wasze historyczne debaty panie pośle Biedroń i panie pośle Dunin. W głosowaniu zawsze wychodzi to samo – czyli nic się nie zmienia. Platforma Obywatelska znowu dała pokaz hipokryzji Polaka-Katolika w starym dobrym stylu „jestem za a nawet przeciw” i udaję że coś robię. Premier Tusk się uśmiecha do centrowych wyborców pokazuje jak bardzo jest otwarty, liberalny i tolerancyjny – wszak dopuścił do „historycznej debaty” ale minister Gowin całuje rękę biskupom i broni konstytucji. Platforma Wszystkich Polaków i dla Sasa i dla Lasa, trochę katolicka, trochę ladacznicka. Potrafi ładnie się podzielić – trochę posłów tu trochę tam. Szkoda że jakoś tak jednak zawsze po tym podzieleniu na frakcje okazję się, że świeczka jest dla episkopatu a nam ostaje się jeno ogarek.

Za trzy lata kolejne wybory. Ruch Palikota będzie w rozsypce i nie przekroczy progu. SLD pod wodzą „lewicowca z zasadami” zdobędzie maksymalnie 15%. Znowu wygra PO która znowu będzie udawała, że coś robi ale tak by niczego nie zmienić. A tym czasem kolejne kraje będą wprowadzały małżeństwa dla wszystkich.

czwartek, 13 grudnia 2012

Czarni Francuzi są nietolerancyjni i domagają się specjalnych przywilejów!!!11!! Grzmią portale, wykopy i facebooki. Chodzi o wybory Miss Francji i rzekomą wypowiedź przedstawiciela antyrasistowskiej organizacji CRAN.

Onet pisze, że powodem protestu jest skóra zwyciężczyni konkursu, która jest "zbyt biała" sugerując, że anonimowy działacz domaga się bardziej ciemnego koloru. Jak dezinformuje portal:

"Francja nie jest jednolitym narodowo i etnicznie krajem, ma spore problemy związane z imigrantami, którzy stanowią około 10% ogółu jej mieszkańców."

Oczywiście imigranci nie są po prostu imigrantami. Oni są problemem. Sfora.pl pokazała nawet zdjęcie finalistek, wśród których widać kilka kobiet o ciemniejszej skórze. No patrzcie jaki ten działacz jest pazerny - zakwalifikowano parę czarnych kobiet a jemu jeszcze mało! "Bo czarni we Francji to rasiści z tego wynika !!"

Portal "Wprost" który był źródłem mema, którego sklonowały Onet i Sfora zacytował nawet zniekształcone wypowiedzi czarnego działacza i podał jego nazwisko: Louis-Georges Tin. Teraz możemy domniemywać o co mu chodziło. Bynajmniej nie o kolor skóry.

Francja składa się z części "metropolitalnej" oraz departamentów zamorskich (DOM) takich jak Tahiti, Gujana, Gwadelupa, gdzie mieszka niewielu białych Francuzów. W finale konkursu uczestniczą przedstawicielki metropolitalnych regionów i DOM. Tin zauważył, że jedynymi kobietami z mniejszości etnicznych, jakie zakwalifikowano do finału konkursu, były właśnie przedstawicieli DOM. Wśród kandydatek z metropolitalnej Francji była tylko jedna muzułmanka. Tymczasem ludność pochodzenia afrykańskiego stanowi kilkanaście procent populacji europejskiej Francji. Jak zauważa Tin brak przedstawicieli tej mniejszości w konkursie odzwierciedla fakt, że Francuzi pochodzenia afrykańskiego w ogóle są słabo widoczni w mediach i polityce, a czasem można odnieść wrażenie, że nie istnieją.

Jak widać nie ma tu słowa o kolorze skóry zwyciężczyni, ani żadnych postulatów parytetów, które zdaniem prawicy są kompromitujące same w sobie. Z tej wypowiedzi portaloza po wielokrotnym przetworzeniu zrobiła jakiś koszmarek, który utrwala prawicowe memy o "poprawności politycznej", o "pazernych mniejszościach" które domagają się przywilejów, o "lewackim terrorze". Tak rozprzestrzenia się internetowe szambo, które poprzez portale i facebooki pimpuje popularność prawicy w tym także tej skrajnej.

Nie zanudzałbym kolejną notką na temat upadku dziennikarstwa i rasizmu, gdyby nie dyskusją w którą się wdałem. Prawackie memy mają bowiem coraz większe możliwości rozprzestrzeniania się i trafiają nawet do inteligentnych ludzi. To już nie są niszowe gazety, ani partia z 1 proc. poparcia tylko mainstream z TVN i Agorą na czele.

00:19, meinglanz , Gender
Link Komentarze (3) »
niedziela, 09 grudnia 2012

W ramach swoich obowiązków zawodowych muszę czasem zaglądać na portale biznesowe. Agora mnie dzisiaj osłabiła kwiatuszkiem, który robi za fokus działu "Biznes":

 

W takich momentach po prostu kapituluję i nie potrafię już skomentować tego steku psychoewolucjonistycznych nonsensów w środku. Mogę tylko westchnąć nad upadkiem dziennikarstwa, którego skutkiem jest cofanie się narodu w rozwoju. Co będzie następne? "Czarnuchy" a może od razu małpy? Przecież każdy wie że Afryka to taki kraj, gdzie żyją małpy, które urządzają rozróby pod pałacem prezydenckim w Kairze.

MRW ma rację - idzie nowe średniowiecze. Dekady walki o prawa człowieka, równouprawnienie kobiet, tolerancję, walki którą wielu przypłaciło swoim życiem, wszystkie te konwencje, deklaracje, cały ten "terror poprawności politycznej" wszystko to spłynęło w rynsztoku klikalności.

Dziś wystarczy krzyknąć na ulicy "powiesić pedały!" by zostać mainstreamowym felietonistą - bo trzeba mieć wyraziste poglądy by przygarnąć kliknięcia ameby, dla której Facebook jest źródłem informacji o świecie, Pudelek miejscem obcowania z kulturą, Wojciech Cejrowski ekspertem od antropologii, a Jeremy Clarkson komentatorem spraw społeczno - politycznych. 

Tagi: rasizm
14:59, meinglanz , Psychoewo
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 listopada 2012

W maju ostrzegałem przed zalewającą Polskę brunatną falą, a już doczekaliśmy się oficjalnego powstania polskiej Schutzstaffel. Głosy ostrzegające przed narastającą przemocą skrajnej prawicy były przez wiele lat lekceważone. Uważano to za przewrażliwienie lewaków i pedałów, za paranoję Michnika. Jeśli zdarzały się akty przemocy to przecież tylko w Białymstoku, a w ogóle to była wina Murzynów, że niewybieleni chodzą po Polskiej Ziemi i prowokujom do bijatyk.

Tegoroczne demonstracje nazioli miały najwięcej uczestników spośród wszystkich takich ulicznych imprez w Polsce. Więcej nawet od protestów przeciw podniesieniu wieku emerytalnego. Więcej od demonstracji pracowników bankrutujących firm budowlanych i fanów telewizji Trwam. Polskie społeczeństwo jest sfrustrowane ale bierne. Rządy PO i ich neoliberalne reformy nie podobają się większości obywateli, ale brakuje chęci i odwagi by zaprotestować w obronie własnych praw. Społeczna apatia i pesymizm to doskonałe warunki do rozwoju skrajnej prawicy, która pokazuje łatwego wroga i pozwala wyżyć się jurnym chłopcom.

Brunatna fala będzie zalewała Polskę przy cichym zezwoleniu mainstreamowej prawicy. Jarosław Gowin powiedział, że co prawda narodowe marsze nie do końca są zgodne z jego wrażliwością estetyczną, ale znacznie większe jego oburzenie wzbudzają publikacje "Krytyki Politycznej". Zdaniem ideowego przywódcy Platformy Obywatelskiej odpowiedzialnymi za przemoc prawicy są lewica, która prowokuje i pedały, które się obnoszą. Taka postawa rządzących w sporej mierze przyczynia się do bierności policji i prokuratury wobec napadów na squoty, ośrodki kultury, czy dyrektora lubelskiego Teatru NN.

Czy po tegorocznych wydarzeniach nastąpi otrzeźwienie? Wątpliwe. Media potraktują powstanie neonazistowskiej bojówki jako atrakcję sezonową. TVP podczas relacji z wydarzeń 11 listopada nie omieszkała przypomnieć, że w zeszłym roku jakiś Niemiec opluł polski mundur, a taka zbrodnia tłumaczy wszelką agresję narodowców. Rząd PO dalej będzie snuł wizję zielonej wyspy i małej stabilizacji. Media nie będą burzyć sielanki i zajmą się kolejnymi wybrykami celebrytów aż do czasu kiedy nastąpi kolejna napaść na "prowokatorów". Oby bez ofiar śmiertelnych.

18:52, meinglanz , Różne
Link Komentarze (1) »
czwartek, 16 sierpnia 2012

Dziś będzie przedszkole ekonomii. Mem ZUS = piramida finansowa jest dość stary. W latach 90-tych takiego porównania chętnie używali korwiniści, co było bardzo na rękę technokratom z Unii Wolności lansującym wprowadzenie przymusowego OFE.

Teraz ktoś to wrzucił na Facebooka wykorzystując aferę Donalda Tuska odpowiedzialnego za Straszne Zbrodnie popełnione przez Syna Swego Ojca. Portal Stawiający na Jakość postanowił zabrać się za przeanalizowanie sprawy ZUS i zapytał o to człowieka, który najwyraźniej jest ekonomicznym analfabetą:

Otóż, jeśli założymy, że klasyczna piramida finansowa działa na zasadzie wypłaty (jeśli w ogóle do wypłaty dochodzi) pieniędzy uczestnikom, korzystając z "nowych" pieniędzy wstępujących klientów, to... rzeczywiście z ZUS-em jest podobnie - wpłacamy dziś, odprowadzone są nasze składki, na emerytury rodziców i dziadków.

Otóż panie redaktorze Głogowski, klasyczna piramida finansowa to nie jest "wypłacanie pieniędzy" tylko lokata o bardzo wysokim oprocentowaniu, które jest możliwe do utrzymania dzięki dopływowi pieniędzy nowych klientów lub wpłacaniu kolejnych kwot na lokaty dotychczasowych klientów.

ZUS nie jest lokatą, nie wypłaca żadnych odsetek, a pieniądze które pobiera od płatników przeznacza na bieżące wypłaty świadczeń, osobom które mają do nich prawo. Pozorne podobieństwo bierze się stąd, że zarówno ZUS jak i piramida wymagają stałego dopływu gotówki, jednak ZUS nie musi przechowywać pieniędzy klientów na lokatach i zwracać ich po upływie terminu umowy. ZUS jest systemem podatku i redystrybucji a nie imitacją konta bankowego. To jest zasadnicza różnica, a nie fakt państwowych gwarancji.

Większe podobieństwo do piramid finansowych mają OFE, które działają na zasadzie gromadzenia środków na czymś co przypomina indywidualne lokaty. OFE uzależniają jednak poziom wypłat od sukcesu inwestycji, których dokonują, dlatego przyszły emeryt może z tych "kont" otrzymać marne grosze jeśli trafi akurat na okres bessy. Nie ma tu "gwarancji" kilkunastoprocentowej stopy zwrotu. Jedyne co jest pewne to prowizje  pobierane przez OFE.

Jeszcze większe podobieństwo do piramid jest w systemie ZUS + OFE. Otóż tu mamy już zindywidualizowane konto (świadectwa uczestnictwa OFE i wyliczenia stażu pracy i wysokości składek ZUS) oraz pewną gwarancję późniejszych wypłat niezależnie ot tego jak OFE poradzą sobie z mnożeniem pieniędzy na perpetuum mobile wolnego rynku. Jednak jak słusznie zauważył autor tej tabelki z Facebooka, wiek emerytalny może być zmieniony czyli nie ma z góry ustalonej wysokości świadczeń. Ponad to państwo gwarantuje emerytury, chyba że władzę zdobędzie UPR i dokona "likwidacji ZUSu". Wtedy jedyne co pozostanie po naszych "lokatach" będą zyski wypracowane przez OFE, przechowywane być może w tym samym kajmańskim banku co pieniądze klientów gdańskiej spółki.

wtorek, 24 lipca 2012

Coraz ciekawiej robi się z lobbowaniem na rzecz rejestrowanych związków partnerskich. Dzisiejsze głosowanie w sejmie pokazało jak krucha jest tzw. "frakcja liberalna" w PO. Widać wyraźnie, że zdecydowana większość polityków tej partii jest z obozu Gowina. Szefostwo PO będzie teraz deklarować, że przygotowuje własny projekt ustawy, by utrzymać poparcie tzw. "lewicowego" elektoratu. Projekt oczywiście nie powstanie nigdy, a polski „lewicowy" elektorat znowu da się nabrać na "mniejsze zło".

Tymczasem coraz większe wątpliwości dotyczą tego, co powinno znaleźć się w ustawie o związkach i jaka ideologia jest inspiracją dla autorów tych propozycji. W weekend mieliśmy małą aferę z wykorzystaniem plakatu "Solidarności", przeciw czemu zaprotestował ten związek zawodowy. Osoby związane z akcją "Miłość nie wyklucza" tłumaczą, że współczesna solidarność powinna polegać na tolerancji i wsparciu dla grup mniejszościowych w tym LGTB. Faktycznie nazwa "Solidarność" oznaczała w latach 80-tych solidaryzowanie się z prześladowanymi robotnikami i grupami uciskanymi przez system. Związek miał wówczas wiele socjalnych postulatów i w mniejszym lub większym stopniu odwołuje się nawet dzisiaj do solidaryzmu społecznego.

Czy to samo można powiedzieć o osobach lobbujących za związkami partnerskimi? Sporo wątpliwości budzi propozycja przyznania związkom możliwości wspólnego opodatkowania się, podobnie jak w przypadku małżeństw. Monika Czaplicka broni tego pomysłu posługując się klasycznym neoliberalolo:

"(...)ulgi podatkowe to jeden z wielu przywilejów, ale ustawa zakłada też wiele obowiązków. Na tym to polega. Poza tym zaoszczędzone pieniądze moglibyśmy przeznaczyć na konsumpcję (ot, chociażby rynek zawierania związków: ubrania, wystrój sal, catering itp.), więc te pieniądze wracają do budżetu w formie podatków, a co więcej dajemy zrobić przedsiębiorcom - w dobie kryzysu dobra sprawa."

Rozumowanie Czaplickiej opiera się na założeniu, że jak wydajemy pieniądze na konsumpcję to rozkręcamy rynek, a jak państwo zabierze je w formie podatków to pieniądze te trafią do magicznej zamrażarki i znikną. Neoliberalolo nie dostrzega tego, co dzieje się z wpływami z podatków. Tak jakby wydatki na edukację, ochronę zdrowia, bezpieczeństwo nie powodowały rozkręcania koniunktury. Rynku nie pobudzają pieniądze przeznaczane poprzez redystrybucję na konsumpcję ludzi biednych. Natomiast pobudzają go wydatki konsumpcyjne biznesmenów, bowiem mamy kryzys, a w czasie kryzysu trzeba przede wszystkim wspierać przedsiębiorców, bo ci są tak bardzo kryzysem dotknięci.

Najfajniejsze jest jednak to przekonanie, że pieniądze dane obywatelom w formie ulg wrócą do państwa. To rozumowanie zdradza błędy w banalnej arytmetyce. Jeśli damy związkowi partnerskiemu 300 zł ulgi podatkowej, a obywatele którzy zawarli związek wydadzą go na catering i ozdóbki weselne, to w formie podatku do państwa wróci niecałe 60 zł. Oznacza to 240 zł mniej na edukację, szpitale, emerytury itp. O czym często zapominają neoliberałowie: te wydatki są częścią PKB, ich cięcia powoduje spadek tego wskaźnika, o czym teraz z przykrością przekonują się rządy Hiszpanii, Grecji i Wielkiej Brytanii (nie mówiąc już o obywatelach tych państw).

Abstrahując od tych rozważań o budżecie, warto zastanowić się czy ta ulga dla małżonków w ogóle ma sens w ustawie o związkach partnerskich. Instytucja wspólnego opodatkowania została wprowadzona w celu poparcia tradycyjnego heteronormatywnego modelu małżeństwa, gdzie mężczyzna - głowa rodziny pracuje, a kobieta zajmuje się domem i nie ma własnych dochodów. Tak skonstruowana ulga powoduje, że jej beneficjentami są m.in. pary bezdzietne, gdzie jedno z małżonków jest bezrobotne. Ulga ta z kolei bardzo niewiele daje rodzinom z dziećmi, gdzie zarówno mąż jak i żona pracują. Tacy rodzice w ogóle prawie w ogóle dostają wsparcia ze strony państwa.

Wprowadzanie do ustawy o związkach partnerskich mechanizmu, który nie wspiera rodzicielstwa, lecz promuje konserwatywne wzorce małżeństwa, nie ma najmniejszego sensu. Lepszym rozwiązaniem jest wsparcie finansowe dla rodziców oraz wynagradzanie żon prowadzących gospodarstwa domowe (łącznie z opłacaniem za nie składek na ZUS).

Pomysły na związki partnerskie są raczej rozczarowujące. Jest to próba imitacji konserwatywnej i heteronormatywnej instytucji małżeństwa, której obecna forma prawna jest jednym z powodów kryzysu demograficznego w Polsce. Przy okazji wychodzi na jaw jak bardzo zaczadzone neoliberalizmem jest młode pokolenie Polaków. Nic dziwnego, że ikoną polskiej lewicy jest teraz parlamentarny klub biznesmenów, który lansuje podatek liniowy.

Można się zastanowić, czy w ogóle jest sens w łączeniu spraw LGTB z lewicą. Przecież w krajach opanowanych przez cywilizację śmierci prawa gejów popierają także partie liberalne i konserwatywne (za wyjątkiem kwestii socjalnych, bo te prawica likwiduje i dla gejów i dla heteryków). Zatem proponuję powołanie Klubu Polskich Przegiętych Korwinotorysów, który mógłby wspólnie z partią Camerona zająć miejsce w Parlamencie Europejskim. Taki sojusz byłby znacznie bardziej dla Torysów sensowny niż ich obecna współpraca z homofobicznym i socjalnym PiS. 

czwartek, 19 lipca 2012

Jest sukces! Sir Cameron ogłosił światu, że inflacja w Wielkiej Brytanii spada. Tym samym neoliberałowie ochronili kraj przed najstraszniejszą grozą i złem tego świata. To nic, że przy okazji bezrobocie rośnie, a kraj jest w recesji. Torysi są tak bardzo zafiksowani na punkcie inflacji i długu publicznego, że nie dostrzegają tego, co dzieje się z brytyjską gospodarką. Rząd wprowadza kolejną pięciolatkę "Big Society" a tu właśnie rozpoczyna się kryzys deflacyjny i kraj inauguruje swoją "straconą dekadę".

UK wpada w pułapkę opisaną przez I. Fishera - po pęknięciu bańki nieruchomościowej wielu obywateli i przedsiębiorców zorientowało się że ich majątki są mniej warte niż zaciągnięte kredyty i długi więc zaczęli ograniczać wydatki. Rząd wykorzystuje panikę, by ściąć wydatki socjalne, co jeszcze bardziej pogrąży konsumentów. PKB spada, a wraz z nim spadają wpływy do budżetu, co powoduje że Torysi jeszcze bardziej zaciskają pasa biednych obywateli. Spadająca konsumpcja powoduje spadek cen, co do niedawna maskowały wysokie ceny ropy, ale teraz i ten czynnik nie uchroni kraju przed deflacją. "Chude lata" które ogłasza Cameron to będzie nie tylko okres cięć budżetowych ale też wieloletnia recesja.

Jedyną grupą społeczną o którą troszczy Sir David William Donald są banksterzy, którzy mogą być pewni, że po wybuchu kolejnej megafery premier Torys zablokuje powołanie specjalnej  komisji sądowniczej - tak jak to zrobił dla swych kolegów z zarządu Barclays. Cameron nie dopuści też do uchwalenia podatku o transakcji finansowych, musi przecież bronić niepodległości City.

Coraz bardziej wesoło jest na kontynencie. Premier Holandii, który tak bardzo przejmuje się przestępczością wśród imigrantów, wymyślił sobie, że państwo nie będzie już opłacało studiów, za to przyszli studenci będą zaciągali kredyty na czesne, tak by po obronie tytułu wejść na rynek pracy ze sporym zadłużeniem na starcie. Jak zauważają analitycy z VOX prawicowe rządy w Europie bardzo pobłażliwie traktują problem długów zwykłych obywateli. Merkel grzmi na Hiszpanów, by ci powstrzymali wzrost długu państwa, który w 2011 r. wyniósł przerażające 70% PKB, a w tym roku po kolejnym akcie miłosierdzia podatnika wobec banksetrów wyniesie ponoć 85%. Prawdziwi Finowie nie zgodzili się na euroobligacje, a tym samym Hiszpania musi wprowadzić kolejne "oszczędności". Tymczasem długi zwykłych Hiszpanów osiągnęły już 220% PKB co powoduje, ze optymistyczne prognozy wzrostów gospodarczych można tam potraktować jak kiepski dowcip.

Nie tylko rządny bawią się w krawcową. Peugeot teraz tnie, choć jeszcze parę miesięcy jego arystokratyczni właściciele wypłacili sobie 250 mln euro kieszonkowego, które jak zauważył Hollande przydałoby się firmie na inwestycje. Zarząd naszego Ciecha ogłosił dziś, że spółka jest w dramatycznej sytuacji bo za zeszły rok odnotowali marne 2 mln zł zysku. Spółka wykona zatem "drastyczną restrukturyzację" by w przyszłym roku wypłacić akcjonariuszom dywidendę pozwalającą na godne warunki jachtingu i golfingu.

Europa dzielnie walczy z inflacją i długiem publicznym, choć stopy procentowe zbliżają się do zera (w Szwajcarii już są zerowe), bezrobocie w niektórych miejscach zbliża się do 30%, a obywatele są coraz biedniejsi i coraz bardziej zadłużeni. Motłochem jednak nikt się nie przejmuje dopóki ten nie zacznie myśleć o rewolucji.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11