| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Kategorie: Wszystkie | Gender | Gospodarka | Psychoewo | Różne | Wychowanie | pop | transhumanizm
RSS
czwartek, 07 listopada 2013

"Dyktat środowisk homoseksualnych musi się spotykać z odporem"

Nie trzeba czytać Terlikowskiego czy Paula Camerona, by trafić na taki przykład homofobicznej nowomowy. Tak cytuje własny tekst najwyraźniej zadowolona ze swojej elokwencji Joanna Szczepkowska w rozmowie z cynglem "Krytyki Politycznej" Cezarym Michalskim.

Kilka miesięcy po ucichnięciu żenującej afery z "homoseksualnym lobby w teatrze" J. Szczepkowska postanowiła zwierzyć się ze swoich rozczarowań z kontaktów z gejami i wyjaśnić co miała na myśli pisząc swój pamflet. Aktorka jest przekonana, że skoro publicznie popiera związki partnerskie to nie można jej zarzucić homofobii. Rozmowa z Michalskim dotyczy dwóch spraw: tekstu dla "Rzeczpospolitej" w której Szczepkowska zwierza się z tego jak była molestowana w dzieciństwie przez księdza oraz niesławnego pamfletu o gejach w teatrze. Aktorka podczas wywiadu postanowiła być szczera i parę razy jej się ulało.

Szczepkowska zaczyna od zwierzenia się, że wysłała swój tekst o molestowaniu przez księdza do "Rzeczypospolitej" a nie do "Wyborczej" ponieważ gazeta Michnika odrzuciła jej kilka kontrowersyjnych tekstów. Następnie ponarzekała jak to "Wyborcza" pisała bzdury w sprawie jej rozmów z Legierskim o obronie klubu Le Madame.

Po tym jak w ziemkiewiczowskim stylu obnażyła zakłamanie "michnikowszczyzny" zabrała się pani Szczepkowska za dowalenie homoseksualnemu lobby. Michalski zauważył nieśmiało, że geje w Polsce naprawdę padają ofiarą przemocy.

Jak jednak mówić o patologii „swego środowiska", „słabszej strony", w ogniu walki, kiedy poza teatrem bandziory atakują „pedałów" z petardami czy grantami dymnymi, tak jak parę dni temu zaatakowali w Krytyce Politycznej?

Jednak dla aktorki od przemocy realnej groźniejsza jest przemoc hipotetyczna:

Oczywiście, że mówić, jeśli są patologie. Istnieje niebezpieczeństwo, że nie będzie granicy, po przekroczeniu której geje roszczeniowi powiedzą: „Już jesteśmy akceptowani". Zawsze wygodniejsza będzie pozycja prześladowanych, ofiar.

To nic innego jak stara śpiewka prawicy o tym jak to roszczeniowe mniejszości tyranizują większość. Według tej optyki największym problemem obecnie jest dyskryminacja białych przez czarnych lub mężczyzn przez kobiety. Szczepkowska powtarza brednie o tym jak to mniejszości stawiając się w roli ofiary zyskują wygodną pozycję. Wg prawicy umożliwia to przyznanie mniejszościom niesprawiedliwych przywilejów. Takie same żale znajdziemy w "Najwyższym Czasie" "Do Rzeczy" czy w komplementowanej przez aktorkę "Rzeczpospolitej".

Szczepkowska co prawda stwierdza, że jeszcze w Polsce geje nie dyskryminują heteryków różnymi parytetami czy akcjami afirmatywnymi (na razie ograniczają się do prześladowania aktorek w teatrach), ale ta granica może zostać przekroczona. Zapewne stanie się to wtedy gdy geje w końcu dostaną prawa małżeńskie, wówczas zacznie się prorokowane przez prawicę piekło heteryków.

Następnie Szczepkowska przytacza kolejne, jakże znajome stwierdzenie, że geje nie są wcale szczególnie prześladowani.

Moim zdaniem trzeba mówić o każdym przypadku, bez względu na ilość wariatów, którzy się temu przysłuchują. Nie może być „ molestowania..." czy „mobbingu inaczej". Albo uczymy ludzi reagować na to i dawać odpór, albo zamiatamy pod dywan „niektóre" patologie, bo „jeszcze nie czas". To bez sensu. Z tego co wiem, głowy do kibla ładuje się w wojsku i homo i hetero. Homo za homo, hetero za cokolwiek. I nie tylko dręczy się gejów, ale też hetero zmusza się do seksu.

Postulat by traktować każdy przypadek indywidualnie to typowa odpowiedź homofobów na ujawnienie skali prześladowania gejów w wojsku, szkołach itp. Kiedy ruszyła kampania "It gets better" prawicowe media twierdziły tak jak Szczepkowska, że nie tylko geje padają ofiarą prześladowań w szkołach. Racja. Jednak gejom przytrafia się to o wiele częściej niż heterykom ponieważ homoseksualizm sam w sobie jest pretekstem do prześladowań. Heterykom ładuje się głowy do kibla nie dlatego że są hetero, tylko za "cokolwiek". Tego różne Szczepkowskie i Terlikowscy nie dostrzegają.

Jednak najbardziej smakowity kąsek czeka na nas dopiero na końcu wywiadu, kiedy Cezary Michalski zauważa, że ludzie opowiadający o tym jak padli ofiarą molestowania seksualnego przez księży są przez hierarchów i niektórych dziennikarzy atakowani i nazywani "opętanymi" lub "celebryckimi wrogami Kościoła". Na tę uwagę Szczepkowska odpowiada:

No tak, ale rozmawia pan z osobą ostatnio doświadczoną w identyczny sposób przez środowiska i medialne i gejowskie. Każde słowo krytyki czy choćby żart w wywiadzie skutkuje napiętnowaniem. Ja tu widzę rażące podobieństwa.

Ogarniacie konstrukcję mentalną? Oto biedna Szczepkowska ujawnia patologie środowiska homoseksualnego i pokazuje jak dyktat gejów prześladuje heteryków. I teraz to środowisko napada na Szczepkowską tak samo jak abp Michalik napada na ofiary molestowania przez księży.

Taka paranoja nie powinna nas wcale dziwić, bo opowieści o tym, jak agresywne homoseksualne lobby prześladuje ludzi ujawniających Prawdę to stara śpiewka homofobów, pojawiająca się przy każdej wzmiance o usunięciu Paula Camerona z towarzystw naukowych, krytyce tekstu Regnerusa, czy uniemożliwieniu wygłoszenia wykładu Nicolosiemu na uczelni.

Szczepkowska nie ogranicza się tylko do wygłoszenia homofobicznych tyrad, ale też grozi każdemu, kto publicznie oskarży ją o homofobię:

Z księdzem, który mnie posłał do piekła, nie będę się sądzić, natomiast z pomówieniami medialnymi idę na drogę sądową, bez względu na szansę wygranej.

Bardzo proszę droga Pani mnie pozwać! Chętnie spotkam się z Panią w sądzie.

Brawo dla Michalskiego, że ujawnił prawdziwe oblicze Szczepkowskiej. Teraz wiemy jakie miejsce dla gejów widzi polska prorokini upadku komunizmu. Dla Szczepkowskiej legalizacja małżeństw gejowskich może być zadekretowaniem przyzwolenia w dowalanie pedałom, bowiem będzie to moment kiedy geje nie będą mogli już się na cokolwiek skarżyć. Aktorka łaskawie pozwala nam na regulowanie statusu cywilnego ale tworzona przez nią wizja domawia nam podmiotowości. W jej pretensjach gej nie może mówić o swoim prześladowaniu, bo wtedy "stawia się w roli ofiary" i wymusza przywileje. Geje nie powinni też być widoczni np. w teatrze, bo wtedy tworzą lobby, które coś tam wymusza, ale nie wiadomo co, bo Szczepkowska nie mówi o konkretach:

Nie przytaczałam faktów, tylko klimat, równając go zresztą do podobnego klimatu w układach hetero.

Tylko dziwnym trafem jakoś klimat tworzony przez pary hetero nie wywołał takiej reakcji aktorki jak klimat tworzony przez pary gejów. 

czwartek, 03 października 2013

Trwoga wielka ogarnia Polaków, bo profesór dokór ujawnił prawdę o polskim długu publicznym. Bajońska kwota ponad 3 bilionów zł straszy na ulicach Warszawy, w prasie, telewizji i internetsach. Portaloza rajcuje się tym jak to Balcerowicz znokautował Rostowskiego i udowodnił że likwidacja OFE zwiększa dług publiczny. Tyle że podobno chodzi nie o normalny dług publiczny ale o "dług ukryty".

Czymże właściwie jest ten "dług ukryty"? FOR definiuje go jako „sumę zobowiązań ZUS wobec obecnych i przyszłych emerytów". Do tej sumy wliczane są prawa do emerytur nabyte przez osoby, które już opłacają składki zusowskie jak również prawa, które dopiero powstaną poprzez opłacanie składek w przyszłości. Innymi słowy państwo w przyszłości będzie musiało wypłacać emerytury i ten przymus według FOR jest długiem publicznym.

Szkoda, że profesór doktór skupił się tylko na emeryturach, bo przy odrobinie wyobraźni można taki "dług" napompować bardziej dziarsko. Weźmy np. bachory. Lewicowo-Liberalna Cywilizacja Śmierci gwarantuje każdemu dziecku prawo do bezpłatnej publicznej edukacji. A ta jak wiadomo kosztuje i to nie mało. Każde Dziecko Poczęte nabywa prawa do edukacji, którą państwo w przyszłości będzie musiało opłacić. Jest więc to dług ukryty wg. definicji profesóra doktóra. Każdy nowy bachor powiększa ten dług, zatem FOR powinien domagać się ustawowego zakazu rozmnażania się.

Taką wyliczankę długów ukrytych można rozszerzać o różne branże. Każda droga publiczna w przyszłości będzie wymagała remontów. Zatem każdy kolejny oddany kilometr ekspresówki powiększa "dług ukryty". Trzeba asfalty zaorać!

Debilizm definicji „ukrytego długu" to dopiero początek problemów z nowym balcerowiczowym licznikiem. Nie wiemy na przykład jak właściwie profesór doktór doszedł do tej czadowej sumy trzech bilionów. Nie wiemy, ile będzie w przyszłości osób płacących składki. Nie wiemy, ilu z nich dożyje wieku emerytalnego. Nie wiemy, jak długo będą pobierać emerytury. Nie wiemy, jak wysokie będą płacili składki i w związku z tym jak wysokie będą zobowiązania państwa. Oczywiście możemy sobie poszacować, ale w przeciwieństwie do normalnego długu publicznego, którego obliczenie odbywa się na podstawie sprawdzonej metodologii, "dług ukryty" na liczniku FOR jest tylko ciągiem cyfr wyssanych z palucha Balcerowicza.

Najwięcej wątpliwości budzi jednak samo słowo „dług". Wg. powszechnie przyjętych definicji dług publiczny to suma pożyczek zaciągniętych przez wszystkie instytucje państwowe i samorządowe. Dług publiczny powstaje, gdy kwota wydatków publicznych przewyższa osiągane wpływy instytucji publicznych. FOR na tym swoim ekraniku pokazuje szacowaną przyszłą sumę wydatków. Jednak ta suma może być nazwa długiem publicznym tylko przy założeniu suma przyszłych dochodów państwa wyniesie 0, słownie: zero złotych.

Ponieważ taki scenariusz może się ziścić tylko jeśli Korwin-Mikke wygra wybory, dlatego groźbami i licznikami Balcerowicza możemy sobie sobie spokojnie powycierać rozmaite części ciała. 

sobota, 22 czerwca 2013

Protesty w Brazylii i Turcji to pierwsze masowe rewolucje mieszczańskie w krajach uważanych za prymusów rozwoju gospodarczego. Buntują się już nie robotnicy, czy biedni rolnicy, ale wykształceni mieszkańcy metropolii, o których mówi się, że są beneficjentami wzrostów PKB i powinni dyskutować o Lacanie w herbaciarni lub lansować się w Starbucksie, a nie rzucać koktajlami Mołotowa w czołgi.

Wielu komentatorów porównuje te protesty do arabskiej wiosny i ruchu Occupy. Podkreśla się różnice, jak to że w krajach północnej Afryki chodziło o obalenie krwawych dyktatur, a Turcja i Brazylia są krajami co prawda kulejącej, ale jednak pluralistycznej demokracji. To wszystko prawda, ale kontekst społeczny jest tu bardzo podobny. Zarówno w Turcji i Brazylii jak też Tunezji i Libii demonstracje rozpoczęło mieszczaństwo, które domaga się większego wpływu na politykę.

Protesty w Sao Paulo i Stambule są o tyle ciekawe, że ich pretekstem były problemy, które są głównymi sprawami, którymi zajmują się polscy miejscy aktywiści. Kwestie transportu publicznego i zieleni miejskiej, które u nas omawiane są podczas kawiarnianych dyskusji i artystycznych happeningów w Turcji i Brazylii wywołały masowe demonstracje przeciw systemowi. Mieszczanom w tych krajach nie podoba się rosnące rozwarstwienie społeczne, prekaryzacja klasy średniej, rządy skorumpowanej oligarchii i fakt, że na dynamicznym wzroście gospodarczym bogaci się tylko garstka kreoli.

Polscy mieszczanie, którzy mają podobne problemy jak brazylijscy czy stambulscy prekariusze nie chcą się buntować ponieważ ciągle wierzą, że kapitalizm zapewni im poprawę sytuacji życiowej. Polakom mogą nie podobać się pewne zmiany w przestrzeni miejskiej, czy szkodliwe decyzje władz, ale nie ma buntu przeciw systemowi jako takiemu. Dlatego plany budowy kolejnej galerii handlowej w Katowicach, zamykanie Wyspy Słodowej we Wrocławiu czy drogie bilety ZTM w Warszawie nawet jeśli wywołują oburzenie polskich mieszczuchów, to ich reakcja ogranicza się do lajkowania protestów na Facebooku. Skwerek, czy ścieżka rowerowa to nie jest powód do robienia rewolucji ani w Warszawie ani w Rio czy Stambule, gdzie były to jedynie zapalniki buntu, a nie cała jego treść.

Jednak obserwacja tego co dzieje się w Turcji i Brazylii oraz co zostało po arabskiej wiośnie i ruchu Occupy daje raczej pesymistyczne wnioski. Zbuntowani hipsterzy nawet jeśli narobią wielkiego szumu i wywołają masowe demonstracje, to nie odnoszą sukcesu politycznego. Ruchy mieszczan są bowiem niezorganizowane. Brakuje im jednolitego programu i sprawnego przywództwa. Nie ma reprezentacji politycznej. W Egipcie po buncie mieszczan, który obalił dyktaturę, władzę przejął kler popierany przez biedotę. Ruch Occupy został brutalnie i bezprawnie spacyfikowany przez służby specjalne, które namierzyły jego uczestników dzięki inwigilacji Internetu, której kulisy ujawnił Snowden. Protestu w Turcji i Brazylii wkrótce ustaną i nie doprowadzą do większych zmian, bowiem w tych krajach nie ma siły politycznej takiej jak partie zielonych, czy Lewicy w Niemczech, które mogłyby postulaty mieszczan głosić w parlamencie. Wniosek jest zatem taki sam od lat: drodzy hipsterzy nie protestujcie tylko zakładajcie komitety!  

czwartek, 06 czerwca 2013

Nie czyta z propmptera jak lewaccy dziennikarze, bo musi myśleć. Dlatego robi błędy i plecie bzdury np. że jak ktoś ma turban na głowie, to znaczy że jest wyznawcą islamu. Ok sprawdzić w googlach mu się nie chce, ale to że Sikh jest wyznawcą sikhizmu, to nie jest odkrycie, które wymaga umysłu na miarę Einsteina. Sądziłem, że każdy gimbus może na to wpaść, ale jak widać dla gwiazdy prawicowego dziennikarstwa to za trudne.

Pan Kolonko nie tylko myśli ale też liczy. I wyliczył że w 2027 r. Francja będzie muzułmańska. Jasne, głupi film "Muslim Demographic" ma 13 mln widzów, a materiał z BBC który prostuje te bzdury tylko 151 tys. więc ani Pan Dziennikarz, ani redaktor portalu Gazeta.pl Nam Nie Jest Wszystko Jedno zapewne na to nie trafili. Ale Kolonko myśli. Francja ma 60 mln mieszkańców, w tym 2,5-3 mln to muzułmanki. Z tego zapewne jakieś 1,5 mln jest w wieku rozrodczym. Przypuśćmy, że każda z tych kobiet będzie co roku rodziła jedno dziecko, to wyjdzie nam, że do 2017 r. liczba muzułmanów we Francji wyniesie jakieś 15 - 17 mln.

Aby Francja stała się muzułmańska współczynnik płodności musiałby wynosić zatem jakieś 25 dzieci urodzonych przez każdą wyznawczynię islamu. Nie wyczytałem tego z promptera. Wymyśliłem to.

Ale po co nam liczby skoro mamy obrazy. Np. takie:

"nie znam innej religii, której wyznawcy podskakiwaliby do góry i krzyczeli: »Bóg jest wielki « za każdym razem, gdy coś wybucha"

A ja znam: chrześcijaństwo.

Mit o muzułmańskiej bombie demograficznej jest stary jak świat i został zdebunkowany wieki temu, ale islamofobia ma się coraz lepiej. Przed wojną straszono żydowskim spiskiem, dzisiaj straszą muzumłańsko-lewackim spiskiem:

"Im więcej oglądam filmików pana Maxa, tym bardziej zaczynam rozumieć, jak mało świadomi są ludzie tego mentalno-systemowego matrixa, w którym żyjemy"

Jeśli wojna w Europie wybuchnie to wywołają ją nie muzułmanie ale różne Breiviki, Wildersy i ONRy. Także dzięki ludziom takim jak redaktor Kosma Zatorski, który promuje ksenofobiczne  brednie.

poniedziałek, 27 maja 2013

 

"To właśnie środowiska nacjonalistyczne zapoczątkowały akcje prolife w Polsce, protestując przeciw aborcji już w okresie PRL. Nacjonaliści co roku uczestniczą w Marszach dla Życia w Szczecinie jak i w całej Polsce, prowadzą także własne działania prolife. Głośno w mediach było chociażby o kampanii Narodowego Odrodzenia Polski: "Aborcja - prawdziwy holocaust" - chwalą się naziole na fejsie.

Po rozpętanej przez "GW" aferze wokół współorganizowanego przez ONR "Marszu dla Życia" prezydent Lublina Krzysztof Żuk z PO tłumaczy się, że nie wiedział kto organizuje ewent. Ciekawi mnie, czy pan prezydent ma w zwyczaju przekazywać pieniądze podatników na dotowanie każdej zgłoszonej imprezy i nie sprawdzać kto ją organizuje? Dotacja z budżetu miasta pokryła podobno 70 proc. kosztów marszu.

Ale Lublin to tylko czubek góry lodowej. W Bydgoszczy marsz nazioli objął patronatem prezydent Rafał Bruski, również z PO. Podczas tej imprezy niesiono transparent z zarejestrowanym znakiem towarowym:

Marsze katolickiej i narodowej prawicy wsparły również kontrolowane przez PO samorządy PO m.in. w Opolu, Płocku, Kołobrzegu, Gliwicach, a tak że wielu samorządowców i polityków z PiS.

Po tym jak Komorowski złożył kwiaty pod pomnikiem Dmowskiego, a Tusk wyoutował się z przyjaźni z Giertychem, takie gesty nie powinny dziwić. Nacjonaliści głośną krzyczą, że nie lubią Tuska, ale w rzeczywistości są jego pożytecznymi idiotami. Ich związki z "Solidarnością" ułatwiają liberalnym mediom skutecznie obrzydzić ideę syndykalizmu w Polsce. Ich marsze są pretekstem do ograniczania prawa do zgromadzeń, co potem jednak nie jest wykorzystywane dla powstrzymania marszów nazistów tylko przy pałowaniu squotersów, Romów i obrońców lokatorów.

Wielu platformersów po cichu kibicuje nacjonalizmowi, a rząd niezbyt gorliwie zabiera się za zwalczanie ksenofobicznej przestępczości, skoro sam Gowin powiedział, że problemem nacjonalizmu zupełnie się nie przejmuje. Znając poglądy nowego ministra sprawiedliwości można oczekiwać, że poparcie dla idei katolicko-narodowych w PO będzie utrzymane.

czwartek, 16 maja 2013

Dziś będzie kolejna mało oryginalna protest-notka. Ja rozumiem, że "Rzepa" to klerykalne pismo, które publikuje tendencyjne i skrajnie homofobiczne pamflety. Ja rozumiem, że Agora ma straty, że sprzedaż "Wyborczej" leci na pysk i trzeba zwiększyć klikalność chwytając się każdej metody.

Ale propagowanie takich nienawistnych g... na głównej stronie portalu to jest kopanie leżącego. Niedouczony redaktorzyna z Czerskiej puszczając coś takiego na portal dokłada swoje trzy nędzne grosiki do prześladowania mniejszości w Polsce. To nie tylko przedstawia działalność KPH w karykaturalnym świetle, ale też blokuje równouprawnienie LGBT i powoduje, że ruchy neofaszystowskie zdobywają kolejnych zwolenników. 

Głupi agorowy redaktorzyna, zatrudniony na śmieciówce, nawet nie wie, że jeśli w zdaniu "Gazeta opisuje, że" napisze słowo "gazeta" w cudzysłowie, to oznacza ono konkretny dziennik, wydawany przez korporację, w której ów redaktor pracuje, a nie jakąkolwiek gazetę. 

Portaloza będzie zatem straszyła wrednymi pedałami, którzy chcą likwidacji poloneza na studniówkach oraz pazernymi czarnymi którzy chcą dyskryminować białe Francuzki. Dla polskich pedałów oznacza to, że walka o równouprawnienie jest w tym kraju przegrana. To było realne w latach 90-tych, kiedy jeszcze istniała prasa papierowa, która potrafiła rzetelnie informować. Polskie środowisko LGBT próbuje walczyć o swoje prawa w czasach, kiedy na taką walkę jest za późno.

Nieważne jak bardzo umiarkowaną i jak bardzo merytorycznie uzasadnioną publikację wypuścimy. Prawicowi hejterzy i tak to obrzydzą. Takie ich prawo. Z drugiej strony jednak nie znajdzie się żadne umiarkowane medium, które mogłoby rzetelnie poinformować o publikacji i zdebunkować propagandę homofobów. Będzie tylko żałosny portalik, który jedyne co potrafi co skopiować brednie i nadać im sensacyjny tytuł.

poniedziałek, 06 maja 2013

Pomysł by na 9 miesięcy pozbawić pracujących na czarno prawa do bezpłatnej opieki medycznej spodobał się obdarzonym przywilejem pracy na etat mieszczuchom z klasy średniej, którym wmówiono, że ich dochody maleją z powodu płacenia podatków na "socjal". Jak to zwykle bywa, na internetsach pojawiło się pełno wypowiedzi o "pasożytach" którzy wyłudzają ubezpieczenie w urzędach pracy. Myślenie to opiera się na wierze, że rynek jest takim fajnym zbiorem możliwości, z których można czerpać pełną garścią, a podatki są zawsze złe. Stąd naiwne przekonanie, że pracujący na czarno z własnej woli wybierają taki sposób zarabiania na życie, tak jakby wcale nie byli do tego zmuszani przez biznesmenów i rynek. Korwinistyczna logika traktuję pracę na czarno jak przywilej, a nie trudną konieczność.

Nawet jeśli faktycznie są osoby, które z własnej świadomej woli zdecydują się pracować na czarno, to pomysł by pozbawić ich prawa do opieki medycznej na 9 miesięcy jest przykładem barbarzyństwa hiperindywidualistów, którzy onanizują się wizją gospodarki jako sumą egoizmów. Polityk który popiera takie rozwiązanie głosuje za tym, by pozbawić ludzi pomocy medycznej, nawet wtedy gdy w ciągu tych 9 miesięcy zachorują na poważną chorobę. Skazuje się w ten sposób "pasożytów" na śmierć. To jest neoliberalna eugenika i dowód na zanik jakichkolwiek uczuć altruistycznych.

Argument, że przecież zarejestrowanym w urzędach oferowana jest praca, nie bierze pod uwagę faktu, że wiele z tych ofert to umowy śmieciowe, werbunek agencji pracy tymczasowej lub praca za pensję minimalną nie pozwalającą na utrzymanie. Przymus przyjęcia tych ofert spowoduje dalsze przesunięcie się równowagi rynkowej w stronę korzystną dla przedsiębiorców oferujących kiepską pracę. Pojawi się rzesza de facto niewolników, którzy nie będą mieli prawa wyboru - tak właśnie wyobrażają sobie liberałowie "wolność gospodarczą".

Klasa średnia tak samo jak wąsaty biznes korzysta z pracy na czarno. Bez tych wszystkich nieetatowych robotników nie byłoby tanich owoców w marketach, taniego piwa w knajpach, droższe byłyby różne usługi. Stąd brak poparcia dla prawdziwego rozwiązania problemu szarej strefy czyli wzmożonych kontroli. W Polsce panuje konsensus przedsiębiorców i polityków aby inspekcja pracy była fikcją. Dlatego rząd zamiast karać zatrudniających na czarno, chce karać pracowników i wprowadza rozwiązanie, które polega na zmuszaniu ich do pracy na kiepskich warunkach.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Dziś tylko obrazek, bo choć dobrze wiem jak media elektroniczne ustalają ważność informacji to jednak jest to trochę postironiczne:

Oczywiście musieli powiedzieć, że w maratonie biegli Polacy.

wtorek, 09 kwietnia 2013

Barclays ogłosił niedawno podsumowanie 2012 r. Brzmi ono mniej więcej tak: popełniliśmy największą aferę korupcyjną wszech czasów, ale nasi koledzy Torysi zablokowali powołanie komisji śledczej, więc nie będzie obciachu. Zysk przed opodatkowaniem wyniósł marne 246 mln funtów, ale znalazły się zaskórniaki na 40 mln funtów bonusów dla prezesów. Jednak niski zysk nie spodoba się akcjonariuszom a dywidendę trzeba wypłacić więc bank zwolni 3700 ludzi, by poprawić „efektywność”. Jak zwykle po błędach i skandalach wywołanych przez banksterów bezrobocie i bieda dotyka zwykłych pracowników.

Podobnie wygląda sytuacja w pozostałych wielkich bankach Londynu. Ostatnie tygodnie przed zgonem "córki sklepikarza" w brytyjskiej prasie było pełno artykułów o tym do czego doprowadziły jej reformy. Banki stały się państwem w państwie, oderwanym od realnej gospodarki, czerpiącym gigantyczne zyski z okradania innych, a ich kultura korporacyjna opiera się na chciwości, rywalizacji i braku jakichkolwiek skrupułów.

Nie sądźmy jednak że tylko City jest zapatrzone w „oszczędności” i wydajność. Taki Bayer – chluba niemieckiego przemysłu wypracował w 2011 r. 2,5 miliarda euro zysku netto po czym ogłosił że zwolni w Niemczech 1700 osób – tylko po to by zysk był jeszcze wyższy, a akcjonariusze kupili sobie nowe jachty. To nie są „masowe zwolnienia” spowodowane złą sytuacją firmy, która musi zracjonalizować produkcję. Korporacje zwalniają i wtedy gdy przynoszą straty i wtedy gdy mają zyski, a nie ma takiej wielkości dywidendy, która pozwoliłaby powiedzieć – teraz nie musimy już wywalać ludzi na bezrobocie.

Kapitalizm przypomina pasażerów na gapę, którzy cieszą się że „oszczędzają” na bilecie, ale wsiadają do autobusu, bo liczą, że inni będą kupować bilety. Firma która zwalnia pracowników zdaje sobie sprawę, że na kuroniówce siła nabywcza tych ludzi spadnie. Korporacja liczy jednak na to, że inni przedsiębiorcy nie będą zwalniali, a tym samym pozostanie jakieś pracujące społeczeństwo, które ma wystarczająco dużo pieniędzy, by można było na nim zarobić.

Problem robi się wtedy, kiedy wszyscy jadą na gapę, a tak właśnie wygląda sytuacja w ogarniętej manią oszczędności Europie. Bogaci uciekają do rajów podatkowych. Korporacje delokalizują, konsolidują i optymalizują. Państwo tnie wydatki publiczne i śmieje się z tego, a zwykli śmiertelnicy ograniczają konsumpcję i w efekcie spadają zyski korporacjom.

Na szczęście widać już pierwsze objawy otrzeźwienia. Grupa przedsiębiorstw z Nowego Jorku wydała oświadczenie w którym domagają się podniesienia pensji minimalnej w tym stanie. Niektórzy biznesmeni zauważyli już że największym ich problemem nie są podatki od bogactwa, tylko spadająca siła nabywcza klientów. Jakże odmiennie to brzmi od gróźb polskich wąsaczy ze Związku Pracodawców i Przedsiębiorców.

sobota, 16 marca 2013

Polacy to przedsiębiorczy Naród. Nad Odrą i Wisłą aż roi się od Jobsów i Gatesów, którzy podbijają świat swoimi genialnymi pomysłami na biznes dzięki temu, że zatrudniają "na dzieło". I niech nikt nawet nie spróbuje im tego zabronić.

 "Ograniczymy nasze przedsięwzięcia, będziemy zatrudniać wyłącznie na działalność gospodarczą, ograniczymy zarobki "do ręki" dla pracowników, w ostateczności będziemy zatrudniać na szaro. Damy radę" - grozi prezes Związku Pracodawców i Przedsiębiorców działaczom "Solidarności". 

Polski kapitalizm jest jak walka hien o zgniły kawałek padliny. Tu nie ma mowy o dochodzeniu do kompromisów przedsiębiorców i związkowców, które regulowały stosunki pracy w Szwecji czy Niemczech. W Polsce biznesmeni mówią wprost: "mamy was w d...". Będziemy was wyzyskiwać, a wasze strajki nie robią na nas żadnego wrażenia. Ustawy, które w Sejmie uchwalicie będziemy łamać. Jak na nas naślecie kontrole to wyemigrujemy tam, gdzie są niskie podatki. 

Największym problemem polskiego przedsiębiorcy jest ZUS. Gdyby nie ta urzędniczo - biurokratyczna hydra zjadająca owoce pracy, Polska byłaby bogatsza niźli Norwegia a nawet Singapur. Więc trzeba obniżyć podatki. Najlepiej by były takie jak na Cyprze. Jeszcze dwa lata temu kilku znajomych korwinistów chwaliło mi się, że mają firmy zarejestrowane w Nikozji i zamiast ZUSu płacą tylko 400 zł rocznie. Po prostu raj na Ziemi.

Tylko ostatnio trochę nie wyszło i Cypr tak jakby trochę zbankrutował. Raj dla ciemiężonych przez ZUS i "Solidarność" polskich geniuszy biznesu okazał się niewydolną bańką. Kiedy już stało się jasne, że Cypr nie pociągnie dalej, trzeba było sięgnąć do czyjeś kieszeni. Zgodnie ze starą neoliberalną zasadą "prywatyzacją zysków - nacjonalizacja strat" ludźmi, którzy zapłacą za bankructwo Cypru nie będą ci wszyscy przedsiębiorcy z całej Europy, którzy w Nikozji rejestrowali swoje biznesy, które realne zyski wypracowywały poza Cyprem. MFW w typowy dla siebie sposób kazał sięgnąć do kont bankowych zwykłych obywateli i pozostawić w spokoju rosyjskich mafiozów i polskich korwinistów korzystających z raju podatkowego.

Nie łudźmy się, że ten system da się ucywilizować. Jak postrajkujemy to kapitaliści zawołają "mamy was w d...". Jak uchwalimy jakieś pensje minimalne to powiedzą "uciekamy na Cypr". Jak Cypr zbankrutuje to okradną paru rybaków. Dopiero trybunał rewolucyjny to wyrówna.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11