| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Kategorie: Wszystkie | Gender | Gospodarka | Psychoewo | Różne | Wychowanie | pop | transhumanizm
RSS
piątek, 11 lipca 2014

Kolejna odsłona skandalu szpiegowskiego w Niemczech i wydalenie szefa CIA spowodowała, że przez niemiecką prasę przelewają się frazesy o zdradzie sojusznika, lekceważeniu „bratniego narodu" i niemieckiej naiwności. Dziennikarze całkiem poważnie piszą, że Niemcy powinni porzucić „przyjaźń niemiecko-amerykańską" i traktować USA jako sojusznika strategicznego.

To, że Niemcy są tak przeczuleni na szpiegostwo jest wynikiem ich zakompleksienia wobec Wielkiego Brata zza oceanu. Inne kraje NATO też są podsłuchiwane, ale jakoś Brytyjczycy, czy Francuzi z tego powodu nie szlochają, bo doskonale wiedzą, że dzisiaj szpieguje każdy każdego, a w polityce nie ma przyjaźni, lecz co najwyżej wspólne interesy. Tego, że USA nie obdarzają swoich sojuszników bezinteresownym uczuciem, mogli nie wiedzieć Polacy. My byliśmy trzymani pod sowieckim kloszem i stąd zrozumiała nieświadomość. Po 1989 roku zakochaliśmy się w Ameryce, ale z tego uczucia wyleczyliśmy się bardzo szybko (choć neokonowi Sikorskiemu zajęło to chyba trochę dłużej niż większości Polaków).

Ale Niemcy przez ostatnich 70 lat mieli wiele okazji do rozczarowania się swoim opiekunem i sojusznikiem. Tym bardziej nie chce mi się wierzyć, że to oburzenie mediów i polityków nad Szprewą jest na serio. Rozczarowanie, które niemiecka polityka wyraża głośno od afery Snowdena niemiecka popkultura przerabia od dawna.

Pod koniec lat 70-tych dwójka młodych muzyków z Wuppertalu odwiedziła Berlin Wschodni, gdzie zobaczyli plakaty sławiące „przyjaźń niemiecko-sowiecką". Dla mnie wydaje się zabawne dekretowanie przyjaźni narodów, które dwie dekady wcześniej były śmiertelnymi wrogami. Ale Gabi Delgado-Lopez i Robert Görl zauważyli wtedy co innego.

Dla nas równie dobrze mogłyby wisieć plakaty z napisem przyjaźń niemiecko-amerykańska. Tak jak Wschód cierpiał pod sowieckim imperializmem tak zachód pod imperializmem amerykańskim". Tłumaczył Delgado-Lopez w wywiadzie dla portalu Treffpunkt-schwarz.de wybór nazwy Deutsch Amerikanische Freundschaft. W 2003 r. na kilka miesięcy przed inwazją na Irak już pod skrócona nazwą D.A.F wydali piosenkę der Scheriff obśmiewającą neoimperializm administracji Busha. Rammsteim wykorzystał ten sam motyw i ironię w swej Ameryce z 2004 r.

Wojna w Iraku oczywiście nie była pierwszym rozczarowaniem Ameryką. Najbardziej tragicznym epizodem była afera Starfighter F-104, która rozpalała niemiecką opinię publiczną w latach 60-tych. W ramach cementowania sojuszu z USA rząd Adenauera kupił amerykańskie myśliwce przechwytujące, które okazały się dla Bundeswehry przekleństwem. Z powodu licznych wypadków samolotu F-104 zginęło 116 niemieckich pilotów a samolot nazwano widowmaker.

Przyczyny tych katastrof były różne. Częściowo wynikało to z niedoskonałości samego samolotu, który był bardzo awaryjny. Większym problemem było jednak kiepskie wyszkolenie niemieckich pilotów. Siły lotnicze RFN zostały naprędce sklecone w 1955 r. a dziesięcioletnia przerwa w funkcjonowaniu lotnictwa wojskowego w tym kraju przypadała akurat na okres kiedy wdrażano myśliwce odrzutowe. Niemcy nie mieli doświadczenia ani czasu, by przeszkolić swych pilotów do nowoczesnego samolotu. Kontrowersyjny był też sam zakup maszyny, którą Amerykanie projektowali do zwalczania na dużych wysokościach radzieckich bombowców, a którą Niemcy chcieli wykorzystywać do atakowania celów na lądzie. Wreszcie amerykańskie plany szkoleniowe dla pilotów Starfightera był dobre do lotów wysoko nad pustyniami Nevady, ale zupełnie nie pasowały do górzystych i deszczowych regionów środkowych Niemiec.

Szefostwo Luftwaffe wyrażało się o zakupie F-104 bardzo krytycznie, co narażało na szwank przyjaźń niemiecko-amerykańską. Z tego powodu w 1966 r. ówczesny minister obrony RFN Kai-Uwe von Hassel zmusił do dymisji dowódcę sił lotniczych gen. Panitzkiego. 11 marca 1970 w katastrofie F-104 zginął 29-letni pilot Luftwaffe Joachim von Hassel, syn ministra Kai-Uwego i bohater świetnej piosenki Welle Erdball z 2000 roku.

Dlaczego więc po tylu latach rozczarowań niemieckie media ciągle piszą na poważnie o kryzysie przyjaźni niemiecko-amerykańskiej? Być może wynika to z mitu, że to USA dały Niemcom demokrację. O tym, że jest to bzdura wystarczy popatrzeć na to co działo się w innych krajach, które Amerykanie próbowali demokratyzować: Korei Południowej, Wietnamie, Iraku czy Afganistanie. Niemcy po 1945 r. stały się demokratyczne bo tego chciało niemieckie społeczeństwo. Powojenne sukcesy odbudowy, demokratyzacji, cudu gospodarczego, zjednoczenia kraju i stworzenia modelu socjo-ekonomicznego, który jest dziś wzorem dla wielu, ten kraj zawdzięcza sam sobie i nie musi popadać w kompleksy, kiedy Amerykanie podsłuchują im telefony komórkowe. 

środa, 07 maja 2014

Sondaże przed wyborami do Europarlamentu niemal w całej UE wskazują na duży wzrost poparcia dla partii nacjonalistycznych, zdobywających poparcie dzięki retoryce antyunijnej. Dla wielu liberalnych i lewicowych dziennikarzy jest to źródło obaw o przyszłość Europy. Niektórzy prognozują, że ewentualny rozpad UE będzie wielkim triumfem Putina i umożliwi mu poszerzenie strefy wpływów Rosji.

W momencie gdy nad wschodnią Europą ciąży widmo wojny, a w zachodniej Europie narastają neofaszystowskie upiory, wielu polityków i intelektualistów z centrum ma tendencję do bronienia Unii Europejskiej przed każdą krytyką i przyjmuje postawę oblężonej twierdzy. Skoro krytyczne hasła wobec UE padają głownie ze strony nacjonalistów i wszelkiej maści korwinistów, nic dziwnego, że żaden rozsądny polityk nie chce być z tymi ruchami kojarzony. Politykę unijną można i trzeba jednak skrytykować z punktu widzenia lewicy, bowiem decyzje podejmowane w Brukseli przyczyniły się w dużej mierze do nasilenia kryzysowych zjawisk i problemów społecznych, z którymi obecnie mierzy się Europa.

Unia Europejska opiera się na kilku fundamentach ideologicznych, z których jednym z najważniejszych jest liberalizm. Wbrew bajeczkom opowiadanym przez prawicowe media Unia nie jest wcale tworem socjalistycznym. Komisja Europejska od wielu lat zdominowana jest przez polityków konserwatywnych. Jednym z jej głównych celów jest obrona wolnego rynku przed interwencjonizmem państwowym. KE zwalcza pomoc publiczną i nie zgadza się na sterowanie rynkiem za wyjątkiem polityki rolnej. Z jednej strony Komisja czasem chroni rynek przed monopolami, co można uznać za pozytywne działanie. Z drugiej strony zakaz interwencjonizmu przybiera nieraz formę dogmatyzmu. KE nie pozwala rządom na pomoc zagrożonym przedsiębiorstwom niezależnie od tego, jak wielkie są koszty społeczne ich upadku.

Bruksela zmusza państwa członkowskie do otwierania rynku, co z zwiększa konkurencję ale daje pole do popisu krajom stosującym dumping. Z tego powodu np. w polskich zamówieniach publicznych mogą startować firmy chińskie, korzystające z licznych form pomocy chińskiego rządu, które w UE są nielegalne. Z drugiej strony rynek chiński jest dla polskich firm zamknięty. Ta asymetria jakoś Komisji Europejskiej nie przeszkadza, a stawia to polski przemysł w trudnej sytuacji.

Wiele łez wylano nad faktem, że polski przemysł opanował kapitał zagraniczny i Polska stała się jedną wielką montownią podzespołów dla niemieckich fabryk. Ponieważ w Polsce nie udało się stworzyć dużych koncernów przemysłowych z kapitałem krajowym, w zasadzie nie możliwe jest już powtórzenie sukcesu gospodarczego Korei Płd. czy Tajwanu. Tymczasem sukces azjatyckich tygrysów wynikał w dużej mierze z polityki protekcjonistycznej. Rządy tych państw zlecały swym rodzimym przedsiębiorstwom lukratywne kontrakty i chroniły lokalne rynki przed zagraniczną konkurencją. To pozwoliło umocnić się takim gigantom jak Samsung, Hyundai czy LG, a obecnie ten schemat powtarzają Chiny w przypadku ZTE, Huawei czy firmy Haier. Polska dziś nie może powtórzyć takiej polityki gospodarczej, gdyż zabrania tego unijne prawo.

Zwalczająca interwencjonizm Unia w jednej dziedzinie wykazuje wręcz maniakalną aktywność. Polityka energetyczno-klimatyczna jest jednym z najbardziej ambitnych projektów jakie wdrożono w Europie w ostatnich dekadach. Jest to jednak polityka pod wieloma względami chybiona. Jedną rzecz muszę wyjaśnić. Uważam, że globalne ocieplenie wywołane przez emisje gazów cieplarnianych jest realnym problemem i świat musi się z nim zmierzyć. Działania Unii Europejskiej ośmieszają jednak ideę walki z AGO.

Europa uważa, że powinna dać światu przykład jak redukować emisje CO2 jednak w rzeczywistości prowadzi politykę ekonomicznego samobójstwa. UE zamiast dążyć do redukcji konsumpcji energii i inwestować w energetykę jądrową, postanowiła nałożyć wysokie opłaty na energochłonny przemysł i promować energetykę odnawialną. Opłaty za emisję CO2 powodują, że wysokoemisyjny przemysł z Europy ucieka do krajów, w których nie obowiązują restrykcyjne przepisy o ochronie środowiska. W efekcie globalna emisja gazów cieplarnianych nie tylko nie maleje, ale wręcz wzrasta. Np. cementownie, które przenoszą produkcję z Polski na Ukrainę inwestują tam w tańsze i bardziej emisyjne technologie, ponad to sam transport z Ukrainy czy Chin na rynek polski powoduje większą emisję CO2 niż w przypadku gdyby produkcja była blisko rynku zbytu.

Rozbudowa elektrowni wiatrowych i solarnych z kolei nie dość, że w niewielkim stopniu przyczynia się do redukcji emisji gazów cieplarnianych to jeszcze powoduje gwałtowny wzrost cen prądu dla odbiorców indywidualnych. W Niemczech ceny prądu dla gospodarstw domowych są już tak wysokie, że coraz więcej rodzin o niskich dochodach pogrąża się biedzie. Niemiecka lewica przed wyborami obiecywała, że przerzuci część kosztów dotacji do wiatraków na przemysł. Jednak kiedy wielkie koncerny zagroziły, że w takim wypadku wyprowadzą produkcję z Niemiec do Azji i USA politycy się poddali. W efekcie w następnych latach niemieckie rodziny będą coraz bardziej obciążane kosztami wsparcia dla Energiewende co będzie skutkowało dalszym powiększaniem się biedy i wykluczenia społecznego.

Trzecim obszarem działań Unii Europejskiej, który budzi mój sprzeciw, co już wyrażałem na blogu, jest sposób w jaki Europa walczy z kryzysem gospodarczym od 2008 r. UE narzuciła krajom dotkniętym kryzysem finansowym politykę cięcia wydatków publicznych. Równocześnie neoliberalny dogmatyzm sprawił, że zrezygnowano z interwencji walutowych, które okazały się skuteczne w USA i Japonii. W efekcie w krajach południowej Europy dokonano demontażu państwa socjalnego. Na przykład w Hiszpanii obniżono wynagrodzenia i emerytury, znacznie obcięto zasiłki i inwestycje publiczne. Spadek kosztów pracy, który nastąpił w ciągu ostatnich kilku lat w tym kraju miał się stać tzw. „wewnętrzną dewaluacją" i poprawić konkurencyjność hiszpańskiej gospodarki. Tak się jednak nie stało, gdyż wzrost kursu euro zniwelował cały efekt „wewnętrznej dewaluacji". Obecnie Hiszpania mierzy się z 26% bezrobociem, rozrastającymi się fawelami i problemami społecznymi. Prognozy wzrostu gospodarczego są mizerniutkie i raczej nie widać by problemy socjalne tego kraju miały zostać szybko rozwiązane. Jedynym rzekomym sukcesem hiszpańskiego rządu jest spadek deficytu budżetowego. W dogmatyzmie unijnych traktatów pożyczanie pieniędzy przez rząd to zło najgorsze, a takie rzeczy jak bieda i bezrobocie są nieistotne. 

czwartek, 17 kwietnia 2014

WO podchodzi do głosowania na Zielonych jak pies do jeża i przeprowadził mini wywiad z ich kandydatką w okręgu stołecznym, a ja nie mam wątpliwości na kogo głosować. Za Moniką Pacą przemawia to czego dokonała w Katowicach. Chociaż szans wielkich w wyborach nie ma, w okręgu w którym startują takie tuzy jak Buzek, Kutz i Gierek, to głosowanie na Pacę nawet jeśli nie po drodze nam z Zielonymi to głos przeciw sojuszowi górniczo-kościelnemu i przeciw śląskiej PO, która bez skrępowania przekształca się w mafię w stylu sycylijskim. To także głos za nowym Śląskiem, w którym zrujnowane obiekty poprzemysłowe rewitalizuje się, w którym toczy się ciekawe życie kulturalne i w którym powstają nowe miejsca pracy.

Jedyne co mnie do tej kandydatki nastawia trochę sceptycznie to problem gentryfikacji. Paca przekształciła ruiny poprzemysłowe w obiekty biurowe a to, jak wiemy z wielu przykładów w Europie, przyczynia się do wzrostu cen nieruchomości i może uderzać w biednych. Nikiszowiec powoli zamienia się w dzielnicę hipsterską i choć nie nastąpił tam jeszcze wzrost czynszów to takie zagrożenie istnieje. Zieloni deklarują, że bardzo mocno wspierają postulaty socjalne i sprzeciwiają się rosnącym nierównościom społecznych. Mam więc nadzieję, że ryzyko związane z gentryfikacją też wezmą pod uwagę. 

sobota, 05 kwietnia 2014

Po dzisiejszej rezygnacji Brendana Eicha ze stanowiska prezesa Mozilli polskie portale zarówno te niby poważne biznesowe jak i parówkowe straszą w tytułach o terrorze homoseksualnego lobby.

Brendan Eich który wsparł kampanię na rzecz ustanowienia zakazu małżeństw homoseksualnych w Kalifornii został właśnie nowym santo subito męczennikiem polskiej prawicy. Redaktor z Natemat.pl pisze że geje zwolnili Eicha, co nie jest prawdą, gdyż on sam zrezygnował.

Przy okazji oberwało się wyimaginowanym środowiskom homoseksualnym i to ze strony gejowskiego działacza Tomasza Szypuły, który uważa, że wezwania do bojkotu Mozilli były przesadą i cała afera zaszkodzi gejom wizerunkowo. Szypuła uważa, że powinniśmy uszanować "różnorodność poglądów":

"Chodzi przecież o to, żeby o takich sprawach rozmawiać, a nie nagle wszczynać medialną kampanię przeciwko takiej osobie. Ludzie mają różne przekonania, również takie, że małżeństwo może być tylko związkiem kobiety i mężczyzny i krytyka za to, że ktoś kiedyś zajmował konserwatywne stanowisko, wydaje mi się niesłuszna" - mówi były prezes KPH.

Cóż, ja nie widzę sensu dyskusji z homofobem i wewogóle uważam wymiany poglądów za przereklamowane. Z czym niby mam dyskutować? Z tym, że ktoś nie uważa mnie za pełnoprawną istotę ludzką? Z tym, że ktoś chce mnie pozbawić praw obywatelskich?

Polskie portale wykorzystały aferę Eicha do przemycania w tekstach i tytułach frazy "homoseksualne lobby" co jest tworzeniem chochoła. Owo "lobby" staje się zdehumanizowaną, pozbawioną twarzy, tajemniczą masą, która wg redaktora Natemat.pl "chce wpływać na wszystko"(sic!). Stąd już tylko mały kroczek do spiskowych majaczeń o "żydowskim lobby" które rządzi światem.

Czym jest więc owo "homolobby"? Nazywa się to Hampton Catlin i Michael Lintorn Catlin - para gejów, którym życie przez kilka lat uprzykrzała Proposition 8 czyli zakaz małżeństw homoseksualnych w Kalifornii, który wsparł finansowo Eich. Jak wygląda to homolobby można sobie zobaczyć tutaj.

Z powodu zakazu homomałżeństw Catlinowie nie tylko nie mogli się pobrać ale też założyć wspólnej firmy, gdyż Michael nie miał prawa do stałego pobytu w USA. To właśnie zniesienie Proposition 8 przez Sąd Najwyższy umożliwiło Catlinom stworzenie spółki, która tworzyła produkty dla systemu Firefox OS rozwijanego przez Mozillę. Gdy prezesem Mozilli został człowiek, który wspierał ten zakaz, dla Catlinów oczywistym było zerwanie współpracy z fundacją i ogłoszenie tego publicznie. To rozpętało wrzawę medialną, która doprowadziła dziś do rezygnacji Eicha.

Catlinowie nie protestowali przeciwko abstrakcyjnym poglądom, ale przeciwko działaniom Eicha, które miały namacalny i negatywny wpływ na ich życie:

my ideology is only that I was personally harmed (immigration) under a law backed by him. Fuck ideology, it was a reality we lived!

I dlatego właśnie pieprzę wymiany poglądów. Cieszę się z każdego zwycięstwa homoterroru i chcę by buce pokroju Eicha nie mogły spokojnie paść swoich brzuchów za stołkach CEO.

wtorek, 25 marca 2014

Przy okazji protestu matek niepełnosprawnych dzieci, które bardzo przeszkadzają w pracy naszym posłom przetacza się kolejna już dyskusja o tym czy Polska jest krajem opiekuńczym. Rodzice niepełnosprawnych dzieci mają mnóstwo argumentów, by temu zaprzeczyć i pokazać, że polskie państwo opiekuje się tylko politykami i kościołami.

Jednak zdaniem Balcerowicza problem tych rodziców wynika nie z braku państwa opiekuńczego tylko jego nadmiaru, bo matki chorych dzieci protestują, gdyż im się w d... poprzewracało po tym jak im podniesiono zasiłki do wysokości 153 zł. Pan Balcerowicz nie uważa takiej kwoty zasiłku za problem. Świadczy to zapewne, że profesor jest geniuszem ekonomii, który mógłby sam zrezygnować ze swojej profesorskiej pensji i zająć się opieką nad niepełnosprawnym, mając do dyspozycji 153 zł miesięcznie. Taki geniusz ekonomii nie tylko zdołałby się z tego wyżywić ale też zainwestowałby cześć tej sumy w OFE.

Tymczasem inny profesor ekonomii, pan Zientara z Uniwersytetu Gdańskiego uważa, że Polska jest krajem opiekuńczym bo nie wdrożono u nas idei Hayeka. Szkoda, że pan prof. nie mówi jednak, że myśli Hayeka, Misesa i innych neoklasyków wdrożyć się w 100 proc. nie da, bo ich modele ekonomiczne opierają się na nierealistycznych założeniach, które sprawdzają się tylko w idealnie kwadratowo-kulistych wykresach. W jednym punkcie Zientara ma rację: polskim neoliberałom bliżej do myśli Miltona Friedmana czy Jeffreya Sachsa niż wiedeńczyków i to ich rad słuchał Balcerowicz kiedy walczył z inflacją.

Zientara uważa jednak, że w Polsce jest bardzo dużo redystrybucji, jego zdaniem aż za dużo:

- Przecież moje i pana Osipowicza składki emerytalne są przeznaczane na wypłatę świadczeń dzisiejszych emerytów. Czy pan Osipowicz nie rozumie, że osoby, które większość życia zawodowego spędziły w PRL - jakkolwiek brutalnie to zabrzmi - powinny miesięcznie otrzymywać znacznie mniejsze kwoty niż dzisiejsze i tak niskie uposażenia? - lamentuje w liście do "GW"

Cieszę się że wreszcie których z polskich neoliberalnych dogmatyków powiedział to wprost – trzeba zagłodzić emerytów w Polsce, wtedy będziemy drugim Honk Kongiem. Balcerowicz zwykł w tych momentach używać eufemizmów typu „trzeba obniżyć wydatki nieprodukcyjne" a tu jego kolega z Gdańska mówi jasno komu zabrać.

Zdaniem pana Zientary emeryci powinni umierać z głodu bo pracowali za komuny i nie wytwarzali Produktu Krajowego Brutto. Nasz neoliberał jakoś nie zauważył, że PRL to nie była pustynia. W tym kraju była gospodarka i było też PKB, a ludzie którzy wtedy pracowali wytwarzali to PKB, dzięki czemu powstał majątek, który później Balcerowicze mogli prywatyzować.

Oprócz tych oryginalnych tez historycznych Zientara przytacza też standardowe argumenty za likwidacją emerytów w Polsce. Jego zdaniem na opłacenie emerytur idą składki na ZUS, które są „bardzo wysokie" a to powoduje bezrobocie. Jak bardzo wysokie są te składki?

Wg OECD podatki i składki na ubezpieczenia stanowią przeciętnie 35,5 proc. całkowitych kosztów pracy w Polsce. To prawie tyle ile wynosi średnia dla OECD, a w skali Europy to jedne z najniższych składek. Więcej niż w Polsce na emerytów muszą płacić pracodawcy na Słowacji: 39,6 proc. i Czechach: 42,4 proc. a na Węgrzech jakże lubianych przez naszą prawicę, podatki i składki społeczne to połowa całego kosztu zatrudnienia!

Jednak zdaniem polskich neoliberałów jesteśmy krajem o niskim rozwarstwieniu społecznym i dużej redystrybucji. Przeciwieństwem Polski mają być USA, gdzie niska redystrybucja skłania ludzi do większej dobroczynności co wg Zientary wyraża się większą chęcią do wolontariatu w hospicjach.

Wątek wolontariatu zresztą ładnie pokazuje jak neoliberałowie wyobrażają sobie pomoc społeczną: jako łaskę, tych którym się poszczęściło nie zachorować. Wolontariat to szlachetna postawa, ale taka wizja pomocy traci swój powab, gdy sami będziemy musieli skorzystać z pomocy. Ja w takiej sytuacji chciałbym trafić do hospicjum, które będzie prowadziło profesjonalną pomoc medyczną, a to wymaga zatrudnienia dobrze wyszkolonych specjalistów: lekarzy medycyny paliatywnej, pielęgniarek, fizjoterapeutów i psychologów. Takiej opieki nie da się załatwić samym tylko wolontariatem. Nawet w USA hospicja są finansowane z obowiązkowych składek na Medicare.

W ogóle przekonanie, że między Polską a USA jest jakaś przepaść jeśli chodzi o transfery socjalne to od dawna już mit. Według OECD wydatki socjalne stanowią w Polsce 20,9 proc. PKB i jest to poniżej średniej dla OECD, która wynosi 21,9 proc. PKB. W USA te wydatki stanowią 20 proc. PKB a więc niewiele mniej niż u nas. Gdzie nam do takich krajów jak Dania, Belgia, Finlandia czy Francja gdzie wydatki socjalne przekraczają 30 proc. Wyższy poziom niż Polska ma prawie cała Europa Zachodnia a także Czechy i Węgry.

Ale sama wysokość wydatków społecznych to nie jedyny problem. Jeśli chcemy dowiedzieć się dlaczego w Polsce rodzice niepełnosprawnych dzieci nie dostają żadnej pomocy, a na jedno miejsce w hospicjum czeka setki chętnych, musimy spojrzeć na strukturę wydatków. Otóż jak podaje Eurostat w naszym kraju 58 proc. wszystkich transferów socjalnych stanowią emerytury i jest to jeden z najwyższych wskaźników w Europie. A to oznacza, że na inne cele pozostaje bardzo mało. Na służbę zdrowia wydajemy niemal najmniej w Europie, a na walkę z bezrobociem najmniej - tylko 1,5 proc. wszystkich przeznaczanych na cele społeczne, przy średniej dla Unii 5,6 proc.

Innymi słowy cały ten polski „socjalizm" ogranicza się jeno do systemu emerytalnego. Ale wkrótce i to się zmieni, bo cały sens reformy emerytalnej sprowadza się do tego, że w przyszłości ziści się sen Zientary i emerytury będą znacznie niższe niż obecnie. I to pomimo faktu, że będą te emerytury będą pobierali ludzie, którzy całą swą pracę wykonywali w kapitalizmie i wytwarzali PKB – co nawet pan Zientara musi przyznać. 

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Z okazji zbliżającej się świątecznej biegunki powróciła sprawa Dzieci Poczętych. Przygotowałem więc dawkę hejtu i kwasu, aby problemy gastryczne nie były cierpieniem na darmo.

Andrzej Zoll w wywiadzie dla „GW” chwali się jakie to potężne narzędzia prawne zdobędą polscy krzyżowcy, kiedy kodeksie karnym zamieni się formułę „ochrona ciąży” na „ochrona Dziecka Poczętego”. Facet który jako rzecznik praw obywatelskich zasłynął głównie z obrony praw religiantów, ślini się na samą myśl, że teraz będzie można ścigać kobiety, które poroniły i są wątpliwości, czy aby nie wywołały tego poronienia same. Marzeniem prawicy jest aby kobiety, które i tak już cierpią z powodu utraty ciąży, musiały stawiać się w prokuraturze i były poddawane upokarzającym przesłuchaniom, podczas których funkcjonariusze zapewne w asyście księży będą pytać je, czy zachlały Dziecko Poczęte na śmierć albo czy łykały jakieś dragi. Jak mawia stary mem, według konserwatystów państwo nie powinno niczego regulować za wyjątkiem zawartości macic. Jak zajdziesz w ciążę to jesteś od razu oskarżona o chęć dokonania aborcji i musisz udowodnić swoją niewinność.

A to tylko jeden z łagodniejszych przykładów pogardy dla ludzi z macicami w Polsce. Jeśli jesteś kobietą, która padła ofiarą gwałtu w wyniku czego poczęło się Dziecko Poczęte, to w tym kraju zostaniesz zgwałcona dwa razy. Najpierw przez bandytę zwanego Ojcem. Potem przez Kościół katolicki, który naśle na ciebie swoich talibów, którzy będą cię terroryzować i spróbują uniemożliwić ci przerwanie ciąży, która w tym wypadku teoretycznie jest legalna, pod warunkiem, że udowodnisz, że nie sprowokowałaś gwałciciela zbyt wyzywającym wyglądem.

W Polsce gwałty są oficjalnie elementem polityki prorodzinnej. Nasze władze zamiast tworzyć sprzyjające warunki dla osób, które chcą wychowywać dzieci, wolą zwiększać przyrost naturalny poprzez ubezwłasnowolnienie kobiet, które zaszły w niechcianą ciążę. Ponieważ statystyki dzietności wskazują, że jest to mało skuteczna polityka nic więc dziwnego, że w prawicowo-katolickich mózgownicach narodziła się idea, by to zniewolenie kobiet rozszerzyć. W całej tej walce z „genderem” chodzi o to by zamknąć kobiety w schemacie Kinder Küche Kirche i pozbawić je wszelkich ambicji zawodowych i socjalnych. Według prawicy najlepszym sposobem na zwiększenie przyrostu naturalnego jest powrót do tzw. „tradycyjnej rodziny” w której facet zarabia a baba siedzi w domu z dziećmi i gawiedzią.

Niestety nasz kraj postanowił zwiększać swoje PKB poprzez przyciąganie tu korporacji, które chcą obniżyć wydatki na wynagrodzenia. To oznacza, że przeciętny polski mężczyzna zarabia znacznie poniżej pensji minimalnej w wielu krajach zachodnioeuropejskiej cywilizacji śmierci. Ponieważ prawicowy model rodziny zakłada, że mężczyzna ma być jej jedynym żywicielem oznacza to, że według katolickiej ideologi antygender posiadanie potomstwa jest przywilejem dostępnym dla klas średniej-wyższej i wyższej, bo tylko tam mężczyźni zarabiają odpowiednio dużo by być jedynymi żywicielami rodziny. Ponieważ jednak większość ciąż polskich dotyczy kobiet, których partnerzy do tych klas się nie zaliczają, zatem gender jest korzystny dla Dziecka Poczętego, co od dawna wiemy my lewacy, ale prawica musi do tego dojrzeć.

poniedziałek, 09 grudnia 2013

Czuję się dyskryminowany we własnym kraju przez mniejszość seksualną. Czy muszę akceptować to, że ktoś chodzi po ulicy ze swoim psem uwiązanym na smyczy? Media donoszą o kolejnych osobach zatrzymanych za współżycie seksualne z psami. Skoro w Polsce 95 proc. ludności to katolicy, to muszę zadać odważne pytanie: 

Czy istnieje związek między katolicyzmem a zoofilią? 

To ważne pytanie i nie rozumiem, czemu jak dotąd nie zadały go media publiczne ani prywatne telewizje, mimo że zadawały inne, mniej istotne pytania. Śmieszy mnie to, że musimy zakładać cenzurę w Polsce. Po imieniu trzeba rzeczy nazywać. Zboczenie jest zboczeniem.

Być może moje pytanie pobudzi do pojawienia się w debacie radykalnych opinii obraźliwych dla katolików. To część ryzyka jakie ponosimy zajmując się sprawami trudnymi. Na tym polega otwartość debaty publicznej i demokracja. Od lat na naszej drodze pojawiają się tematy kontrowersyjne, a wraz z nimi takie problemy, nie jest to jednak, naszym zdaniem, powód, dla którego można by wprowadzić selekcję, czy idąc dalej tym tropem – cenzurę i nie dopuszczać do głosu tych, z których opiniami się nie zgadzamy. Tak długo bowiem jak obok tych głosów pojawiają się również te mądre, wyważone i koncyliacyjne taka forma dyskusji ma sens.  

Pytanie postawiłem celowo w ten sposób - bo, z czego nie wszyscy sobie zdają sprawę - są środowiska - wcale nie nieliczne, które myślą w ten sposób. Wydaje mi się słuszne uświadomić wszystkim, że takie - niebezpieczne w mojej ocenie - poglądy funkcjonują, na blogu zaś staram się je zrównoważyć innymi. Dlatego pod tą notką udostępniam miejsce na wypowiedzi innych osób, w tym również dla katolików którzy mogą obalić krzywdzące ich opinie. Jak dotąd nie zdarzyło się by katolicy odmawiali udziału w dyskusjach na blogu, co biorę za znak, że jednak rzetelnie je przygotowuję.

sobota, 07 grudnia 2013

U nas rząd i media zachwycają się dobrym wynikiem gimnazjalistów w międzynarodowym teście wiedzy i umiejętności piętnastolatków PISA organizowanym przez OECD, tymczasem Szwedzi są w zupełnie innych nastrojach. Wyniki szwedzkich uczniów okazały się dużo gorsze niż w poprzednim badaniu z 2009 r. a już wtedy były to wyniki marne. W matematyce Szwedzi znaleźli się na 38 miejscu, naukach przyrodniczych na 38, a czytaniu na 37 miejscu pośród 62 przebadanych państw (i trzech chińskich miast). To gorsze wyniki niż rezultaty USA, Portugalii czy wielu państw środkowoeuropejskich. 

Tymczasem jeszcze niedawno szwedzki model edukacyjny był u nas stawiany za wzór, chociaż przez trochę nietypowe grono. Nad Szwecją zazwyczaj zachwyty wygłasza polska lewica, „Krytyka Polityczna” wydała na temat tego kraju i jego systemu socjalnego swój przewodnik, a WO lubi szwedzką popkulturę. Jednak szwedzki system edukacji jest dziełem prawicy i wychwalały go takie rzetelne media jak "Wprost" czy "Najwyższy Czas".

Do początku lat 90-tych szwedzka edukacja była ściśle scentralizowana. Obowiązywał jednolity program nauczania, a szkoły były zarządzane i finansowane przez rząd centralny. System ten zaczęto poddawać krytyce już w latach 70-tych kiedy uznano go za zbyt drogi i nieefektywny. W 1990 r. socjaldemokraci przekazali szkoły samorządom, na które spoczęła pełna odpowiedzialność za finansowanie oświaty.

Radykalną reformę edukacji przeprowadził nowy konserwatywno - liberalny rząd w 1992 r. Szwedzki minister edukacji deklarował, że zamierza oddać władzę nad szkolnictwem w ręce rodziców, a całym systemem miała odtąd zarządzać niewidzialna ręka rynku. 

„Edukacja jest tak ważna, że nie można zostawić jej w rękach jednego „producenta”. Monopole nie radzą sobie z zaspokajaniem potrzeb konsumentów „ - powiedział ówczesny minister edukacji Per Unckle.

Wprowadzono bony oświatowe czyli zasadę „pieniądze idą za uczniem”. Na każdego ucznia przypada określona suma pieniędzy, którą otrzyma szkoła, do której uczeń zostanie zapisany. Mechanizm ten wymyślony przez guru neoliberałów Miltona Friedmana miał w teorii wprowadzić konkurencję w szkolnictwie. Szkoły lepsze miały przyciągnąć większą liczbę uczniów za czym poszłyby nagrody w postaci większych pieniędzy. Rodzice zyskali możliwość wyboru spośród szkół publicznych także poza rejonem miejsca zamieszkania oraz wśród szkół prywatnych, które zaczęły w całej Szwecji wyrastać jak grzyby po deszczu (do 1992 funkcjonowały tam tylko nieliczne szkoły prywatne z internatem, których klimat świetnie pokazał Mikael Hafstrom).

Po bonach oświatowych wprowadzono kolejne zmiany. Rząd zrezygnował z narzucania programów nauczania – odtąd większą swobodę zyskały szkoły. Zniesiono też centralne egzaminy maturalne. Stopniowo erozji uległ prestiż nauczyciela, co ciekawie opisał Zaremba-Bielawski w wywiadzie dla "Dużego Formatu". Samorządy w poszukiwaniu oszczędności zaczęły zatrudniać mniej doświadczonych i gorzej wykształconych nauczycieli, którym można było mniej płacić i pozbawić ich różnych dodatkowych rekompensat wywalczonych niegdyś przez związki zawodowe. Zwiększony wpływ rodziców i ograniczenie władzy nauczycieli spowodowało, że szkoły obniżyły wymagania – żeby dzieci dostawały same wysokie oceny i nie narzekały za bardzo. Dla sporej części rodziców większe znaczenie ma to by dziecko się nie przemęczało i było zadowolone niż, by faktycznie czegoś się uczyło.

Zmiany, które wprowadzano w Szwecji w latach 90-tych szły więc w zupełnie odwrotnym kierunku niż w Polsce, gdzie wprowadzano centralną maturę i wprowadzano awanse zawodowe nauczycieli. Jaki jest efekt tych różnych reform po kilkunastu latach? Myślę, że nie ma lepszej ilustracji niż wyniki PISA od 2001 r. (od góry: matematyka, czytanie i nauki przyrodnicze, Szwecja na czerwono, Polska niebieska).


Wiem, że PISA to tylko test i nie jest to doskonałe narzędzie, ale jakiś obraz jakości edukacji pokazuje. 

W Polsce nad szwedzkimi bonami oświatowymi zachwycały się liberalne media, a wprowadzenie tego mechanizmu obiecywał Tusk w swoim exposé w 2007 r. Do dziś zaś pojawiają się postulaty by zdecentralizować szkolnictwo i zlikwidować Kartę Nauczyciela, która daje ponoć „niesprawiedliwe przywileje”. 

Na szczęście dla polskich uczniów spełnianie obietnic wyborczych idzie platformersom bardzo topornie.

poniedziałek, 02 grudnia 2013

Dawno już nie pisałem w tematach neuronaukowo - genderowo - psychologicznych, ale kuriozalna kampania kleru katolickiego i prawicowych publicystów nie spotkała się z właściwą odpowiedzią, dlatego będę musiał wrócić do tych tematów. Kościół wielokrotnie w swej historii bawił się w recenzenta nauki i ogłaszał, które teorie są słuszne, a które to zuo. Jak dotąd za każdym razem, gdy jakaś praca naukowa trafiała na katolicką cenzurę, kończyło się to kompromitacją Watykanu. Teraz kler, nauczony doświadczeniem, raczej unika wypowiadania się o nowinkach w fizyce, biologii, czy innych dziedzinach ścisłych, ale uważa, że może sobie pozwolić cenzurowanie humanistyki. Tak więc padło na gender studies, przeciwko którym polscy purpuraci prowadzą od kilku miesięcy zaciekłą krucjatę.

Nowym hitem prawicowych portali i fejsbuków jest film norweskiego komika, który postanowił skonfrontować ideologię gender z "prawdziwą nauką". Jego autor Harald Eia przeprowadził kilka wywiadów z norweskimi teoretykami gender studies oraz amerykańskimi i brytyjskimi psychologami. Zadał naukowcom pytanie, czy różnice behawioralne między płciami są wrodzone, czy wyuczone? Jest to stara jak świat debata i dla osób śledzących nowinki w psychologii raczej nudna, ale film Norwega to piękny przykład manipulacji, która miała wykazać, że jedna ze stron sporu ma absolutną rację.

Jedną z gwiazd filmu jest Simon Baron-Cohen kuzyn Sashy. Harald Eia zachwala Trinity College, na którym pracuje Cohen, wspomina o kilkusetletniej tradycji, noblistach i osiągnięciach w naukach ścisłych. Stwierdza, że to brytyjska nauka w najlepszym wydaniu. Cóż więc mówi pracownik tej szacownej uczelni? Baron-Cohen wspomina o swoim słynnym badaniu z 2000 r. które miało wykazać, że noworodki męskie są bardziej zainteresowane obiektami mechanicznymi, natomiast noworodki żeńskie więcej uwagi poświęcają twarzom. Na to badanie powołują się liczni autorzy książek i artykułów o psychologii astronomicznej

Jak wskazuje w swej książce Cordelia Fine to badanie nie zostało wykonane poprawnie. Badacze nie dostosowali procedury do możliwości skupienia uwagi noworodków ani nie wzięli pod uwagę specyfiki słabo rozwiniętego wzroku jednodniowych dzieci. W rzeczywistości dopiero u niemowląt trzymiesięcznych można zauważyć preferencję dla twarzy. Nie zastosowano jednolitej procedury badawczej. Najważniejszy zarzut to niewyeliminowanie możliwości wpływu badaczy na zachowania noworodków. Inne badania prowadzone z bardziej rygorystyczną metodologią, eliminującą potencjalny wpływ badaczy na dzieci nie wykazały takich różnic między noworodkami męskimi, a żeńskimi1.

Baron-Cohen jest autorem dość słynnej teorii autyzmu wiążącej to zaburzenie z działaniem testosteronu na mózg dziecka. Jego zdaniem testosteron powoduje, że dziecko mniej interesuje się relacjami międzyludzkimi i jest mniej empatyczne, a bardziej interesuje go "tworzenie systemów". Ekstremalnie wysoki poziom T powoduje, że dziecko jest niezdolne do empatii co objawia się autyzmem. Jest to niewątpliwie rozsądniejsza teoria niż tłumaczenie autyzmu złowrogim wpływem szczepionek, ale Baron-Cohen daje bardzo słabe argumenty na jej poparcie. Opiera się bowiem na mierzeniu "ilorazu empatii" i "ilorazu systematyzowania".

Problem jednak w tym, że Baron-Cohen te swoje ilorazy wyciąga z wyników psychologicznych testów samooceny, w których badani zaznaczają jak bardzo zgadzają się ze stwierdzeniami takimi jak:

"Potrafię łatwo ocenić czy ktoś chce ze mną rozmawiać"
"Preferuję żarty praktyczne niż humor słowny" "
"Jestem smutny gdy widzę cierpienie zwierząt".

To właśnie ma być ta twarda nauka o mózgu, która wysadza ideologię gender!

Norweski komik rozmawiał również z prof. A.C. Cambpell: która stwierdziła w filmie, że to ewolucja sprawiła, że kobiety posiadają większe umiejętności opieki nad niemowlętami i dziećmi i są bardziej empatyczne.

Jak są badania wskazujące, że mężczyźni mogą równie dobrze rozpoznawać emocje niemowląt jak kobiety, a jedynym czynnikiem, który ma wpływ na to jak skutecznie radzimy sobie w opiece nad małym dzieckiem jest czas jaki poświęcamy niemowlęciu. Im dłużej matki i ojcowie opiekują się dzieckiem tym lepiej go znają.  Natomiast różnice w poziomie empatii mogą wynikać z różnic w oczekiwań wobec mężczyzn i kobiet i być związane z motywacją - kobietom bardziej zależy by postrzegano je jako empatyczne. Różnic w zdolności do empatii nie stwierdzono o czym już pisałem

Mimo wszystko filmik jest ciekawy i nie oceniam go źle. Eia zrobił risercz, rozmawiał z bądź co bądź uznanymi naukowcami. Prof. Cambpell stwierdziła, że różnice płciowe mają charakter statystyczny a wyniki kobiet i mężczyzn w dużej mierze pokrywają się. Samo pytanie, czy istnieją wrodzone różnice behawioralne jest otwarte i jest obecnie przedmiotem debat naukowców. Pogląd przedstawiony przez Barona-Cohena ma swoich zwolenników w środowisku psychologów. Trzeba jednak pamiętać, że sprawa nie jest wcale prosta, bo psychologia nie jest twardą nauką i nawet badania z wykorzystaniem fMRI nie dają jednoznacznych rezultatów.

Opublikowano wiele ciekawych badań i eksperymentów pokazujących wpływ socjalizacji na zachowanie, znaczenie stereotypów płciowych, plastyczności mózgu, efektu społecznych oczekiwań itp. Człowiek to nie jest prosta maszyna sterowana przez jeden czy dwa hormony. Nawet jeśli istnieją wrodzone statystyczne różnice między płciami czy grupami etnicznymi to nie oznacza to wcale, że socjologiczne i antropologiczne teorie gender są błędne. Jak wykazała C. Fine wiele z badań nad mózgiem wykorzystujących zaawansowane technologie jest tak samo nienaukowych jak teoretyzowanie feministek drugiej fali.

Przyp. C. Fine, Delusion of Gender, s. 113.

środa, 27 listopada 2013

Wysokie wynagrodzenia menadżerów są konieczne, by ściągnąć najbardziej utalentowanych ludzi, którzy będą podejmować bardzo odpowiedzialne zadania - taką mantrę od lat powtarzają neoliberałowie. Jeśli miałoby to być prawdą to prezesi zarabiający miliony musieliby zagwarantować, że kierowane przez nich firmy będą generować wielkie zyski.

Phillipe Varin prezes francuskiego koncernu samochodowego PSA właśnie odchodzi na emeryturę. Jako nagrodę za 4 lata trudnej i odpowiedzialnej pracy otrzyma 21 milionów euro. Ktoś kto za 4 lata pracy dostaje taką sumkę musi mieć zaiste wielki talent.
W 2009 r. kiedy pan Varin przejmował stołek prezesa PSA zanotowało 1,16 miliardów euro straty. W 2010 i 2011 koncern był zyskowny, jednak po trzech latach trudnej i jakże odpowiedzialnej pracy pana prezesa PSA wyrobiło ponad 5 miliardów euro straty w 2012 r. W pierwszej połowie 2013 r. strata spółki to już "tylko" 426 milionów euro.

Oczywiście nie można zarzucić panu prezesowi bezczynności - żeby przeciwdziałać kryzysowi wprowadził plan oszczędności, który dotknął 11 tys. pracowników firmy, którzy zostali zwolnieni. Oszczędności w wynagrodzeniu zarządu nie przewidziano.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11