| < Wrzesień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Kategorie: Wszystkie | Gender | Gospodarka | pop | Psychoewo | Różne | transhumanizm | Wychowanie
RSS
środa, 23 marca 2016

Prawica po raz kolejny chce dać aparatowi represji więcej możliwości znęcania się nad kobietami nie może zrozumieć że ktoś broni praw zwierząt. 

 „Chyba nigdy nie zrozumiem lewackiej logiki. Tej, która każe ronić łzy i pochylać się nad pieskami i kotkami…”.

 Pisze Terlikowska, podobnie jak wielu innych "niepokornych". To wynik nie tylko z ułomności intelektualnej prawactwa, ale przede wszystkim zdemoralizowania. Istotą konserwatywnego światopoglądu jest pogarda dla słabych i przekonanie, że silniejszy ma prawo mordować i zniewalać innych, bo takie jest „prawo naturalne”.

 Co bowiem oznacza propozycja prawicy? Kobiety mają być zniewolone i zamienione w maszyny do rodzenia dzieci. Kobiety mają być zmuszane do cierpienia, torturowane fizycznie i psychicznie. Ich zdrowie i życie nie ma dla prawactwa żadnej wartości. Tak samo jak żadnej wartości nie ma życie zwierząt.

 Całkowity zakaz aborcji już doprowadził do śmierci kobiet w krajach w których został wprowadzony i to jest realny skutek prawicowej polityki. Ci tzw „obrońcy życia” są w rzeczywistości wrogami życia, są antylajferami, którzy zioną nienawiścią do wszystkiego co słabsze lub pochodzi z obcego podwórka.

 Prawica która roni fałszywe łzy nad uszkodzonymi tkankami, nie płakała kiedy popełniano ludobójstwo w Ruandzie. Kler  katolicki przyglądał się tym zbrodniom z biernym przyzwoleniem. Prawica nie płakała kiedy mordowano ludzi w obozach koncentracyjnych. Zbrodniarze wojenni byli błogosławieni przez papieży i biskupów, którzy aktywnie pomagali mordercom. Kościół katolicki działa jak zorganizowana siatka wspierającą pedofilów i bandytów a ideologia głoszona na katechezach to ideologia nienawiści do ludzi. To dlatego polska prawica gardzi kobietami nie rozumie lewaków, którzy bronią życia kobiet i zwierząt.

 Nienawiść jest podstawą światopoglądów każdego prawicowca, tak samo polskiego katofaszysty jak muzułmańskiego terrorysty.

niedziela, 31 stycznia 2016

W Dzienniku Opinii ukazał się świetny wywiad z Łukaszem Surowcem, o tym jak artysta współpracuje z bezdomnymi. Łukasz prowadził wiele projektów łączących obszary sztuki i pomocy społecznej, w których pokazuje absurdy polskiego myślenia o problemach bezdomności i alkoholizmu. Państwo traktuje infantylizuje uzależnionych, zmusza ich do podjęcia leczenia, a jednocześnie nie potrafi skutecznie pomóc.

Surowiec współpracował z bezdomnymi i nie wymagał ani nie naciskał na nich, by podjęli leczenie odwykowe. Jakiś czas temu dyskutowałem ze znajomymi z czy takie zachowanie jest etyczne, czy wiedząc że ktoś jest chory, ma problemy psychiczne, jest alkoholikiem możesz z nim współpracować przy projekcie artystycznym a jednocześnie nie próbować zachęcać go do leczenia. Czy wspólne budowanie z bezdomnymi domu, który potem oni zniszczą, bo wykorzystają drewno do zrobienia ogniska, a elementy metalowe sprzedadzą na złomowisku ma jakikolwiek sens? W ten sposób nie pomagamy bezdomnym wyjść z tej sytuacji w jakiej się znajdują. Ale z drugiej strony dlaczego mamy kogoś pouczać i nakłaniać do jakiegoś zachowania? Bezdomny jest wolnym człowiekiem i może chcieć współpracować przy projekcie artystycznym i dostać w zamian butelkę wódki.

Surowiec mówi o alkoholizmie „w strukturze” i „poza strukturą”. To struktura wyznacza jak traktujemy pomoc społeczną. W Europie ścierają się dwie narracje. Pierwsza, konserwatywno - chrześcijańska to popularna na prawicy i wśród liberałów - owsiakowców wizja dobroczynności jako dobrowolnego działania osób, które mają lepszą sytuację materialną. To naiwna wizja, że „Szlachetna Paczka” i WOŚP mogą rozwiązać problemy społeczne. Dobroczynność nie tylko akceptuje, ale wręcz propaguje nierówności społeczne. Akcje charytatywne służą oligarchom i korporacjom do robienia sobie dobrego PR, a klasie średniej do wyrabiania sobie dobrego samopoczucia i uprawdopodabniania neoliberalnego ideału państwa minimum i samoorganizująqego się społeczeństwa. 

Tyle że to nie działa. Nie tylko dlatego, że dobroczynność nigdzie realnie nie rozwiązała problemów w dużej skali, ale przede wszystkim dlatego, że wspiera system, który te problemy powoduje. Dobroczynność wzmacnia hierarchię społeczną poprzez stawiania się oligarchów w roli tych co udzielają „łaski” biednym. Dobroczynność wiąże się też z autorytaryzmem i tendencjami dyktatorskimi. Widoczne jest to u ks. Stryczka, który pozwala sobie dzielić biednych na „dobrych” i „złych” i decyduje komu udzielić łaski. W ten sposób model chrześcijańskiego miłosierdzia utrwala nierówności społeczne i ustawia biednych w roli tych, którzy muszą być posłuszni i bezwolni.

Drugi model to socjaldemokratyczny ideał państwa opiekuńczego. W tym modelu bezdomny czy alkoholik jest traktowany lepiej. Jest obywatelem, który ma prawdo do określonych świadczeń zagwarantowanych w umowie społecznej. System ten opiera się na założeniu że państwo jest czymś w rodzaju ubezpieczyciela, który pomaga w określonych warunkach zgodnie z umową. W Polsce system ten działa słabo, mamy zaledwie jego zalążki i jakieś niespójne elementy, które nie działają dobrze. Pomoc społeczna w Polsce jest niedofinansowana i nastawiona bardziej na pomaganie bogatym niż biednym, o czym pisał Trystero. Ale pomijając słabości polskiego systemu, pomoc społeczna ma zasadnicze wady także tam gdzie działa znacznie lepiej. Przede wszystkim system socjaldemokratyczny zawiera w sobie elementy autorytaryzmu. Państwo przejmuje rolę wychowawcy i autorytetu, który wymaga określonych zachowań. Przykładem tego jest przymus leczenia alkoholizmu, albo nakaz trzeźwości w noclegowaniach. Sporo przykładów takiego autorytaryzmu opisał Zaremba-Bielawski w swych reportażach ze Szwecji. 

Model socjaldemokratyczny jest mi bliższy niż model konserwatywnej dobroczynności gdyż dąży do zniwelowania nierówności społecznych i zakłada że osoba korzystająca z pomocy bierze to co jest jej prawem a nie doznaje łaski pańskiej. Wadą tego systemu jest jednak dążenie do uniformizacji społeczeństwa. Model socjaldemokratyczny chce by wszyscy byli „porządnymi obywatelami” gotowymi do pracy, przestrzegającymi prawa i żyjącymi zgodnie z ideałami społeczności. Tendencje autorytarne ograniczają wolność i powodują, że wielu ludzie staje się wykluczonych z pomocy społecznej na co zwraca uwagę Surowiec. Ponad to przeświadczenie, że musimy dostosować się do większości jest niebezpieczne w przypadku kryzysów migracyjnych, takich jaki mamy obecnie w Europie Zachodniej. Ideał porządnego obywatela zderza się tutaj z wizją imigranta, który nie przestrzega prawa i jest „roszczeniowy”. To woda na młyn dla skrajnej prawicy.

Aby naprawdę zniwelować kryzys humanitarny trzeba wyjść poza oba wyżej opisane modele. Dla mnie ideałem jest pomoc udzielana przez społeczność, która odrzuca kapitalistyczne rozwarstwienie oraz prawo polityków do wywoływania konfliktów zbrojnych. Problemy biedy, bezdomności i uchodźców to element całego międzynarodowego systemu polityczno-gospodarczego. Likwidacja tych problemów nie jest możliwa w ramach systemu, dlatego na dłuższą metę zarówno model dobroczynności jak i model socjaldemokratyczny ponoszą porażkę. Trzeba wypracować nowy model pomocy i wsparcia, oparty na dobrowolnym działania i braku hierarchii. W tym utopijnym modelu nikt nikogo nie zmusza do leczenia, ani nie stawia żadnych warunków przy udzielaniu pomocy. Podstawą takiego modelu jest dystrybucja dóbr niezależna od logiki rynkowej, bowiem kryzys humanitarny jest skutkiem działania rynku. Pierwsze próby stworzenia takiego modelu pomocy społecznościowej już działają w skali mikro. Mamy tu na myśli Food not Bombs, banki nasion ruchu Reclaim the Fields, kooperatywy spożywcze, niektóre skłoty, czy organizację syryjskiego Kurdystanu. 

Najważniejszym zadaniem dla światowego ruchu wolnościowego będzie w najbliższym czasie wypracowanie właśnie nowego modelu dystrybucji dób i pomocy wzajemnej, który odpowie na problemy wynikające z kapitalistycznego kryzysu i humanitarnej klęski wywołanej wojnami. Musimy odzyskać żywność i przyrodę z rąk korporacji. Surowce naturalne i bogactwo genetyczne przyrody nie może być własnością jednostki ale całej ludzkości. Kapitał intelektualny musi zostać rozprzestrzeniony, tak by nowoczesna produkcja nie była zlokalizowana tylko w niewielkiej części świata. Trzeba zniwelować podział na kraje zaawansowane technicznie i kraje taniej siły roboczej. Tylko w ten sposób wyeliminujemy problem masowej migracji. Produkcja militarna musi zostać zamieniona na produkcję dóbr niezbędnych do życia. Tylko likwidacja systemu kapitalistyczno-politycznego przyczyni się do realnego zwalczenia problemów humanitarnych.

poniedziałek, 23 listopada 2015

Prawica po zdobyciu pełni władzy po raz kolejny odgrzewa kotlet nienawiści do ludzi z macicami. Komisja działająca przy ministerstwie sprawiedliwości proponuje wprowadzenie najbardziej restrykcyjnej wersji prawa antyaborcyjnego na świecie. Karany ma być każdy przypadek usunięcia ciąży oraz „spowodowanie śmierci Dziecka Poczętego zdolnego do samodzielnego życia". Karana będzie osoba dokonująca zabiegu aborcji oraz kobieta, która przyczyni się do śmierci Dziecka Poczętego.

Samo wprowadzenie takich przepisów będzie miało dwojaki skutek. Najpierw czeka nas żenujący pseudonaukowy bełkot dywagacji czy do „samodzielnego życia" zdolna jest morula czy dopiero blastula. Późniejsze skutki mogą być tragiczne jak w Salwadorze, gdzie obowiązuje równie restrykcyjne prawo, w świetle którego każda kobieta, która poroniła jest z automatu podejrzana o „zabójstwo Dziecka Poczętego" i musi nie tylko walczyć z traumą po poronienia ale też z bezdusznym aparatem „sprawiedliwości" który chce ją wsadzić za kratki.

W niewesołej sytuacji znajdą się kobiety w ciąży, które zachorują np. na raka. Nie będą mogły być leczone, gdyż chemioterapia spowoduje śmierć Dziecka Poczętego. Taka sama sytuacja jest przy ciąży pozamacicznej, w przypadku której płód nie ma szans na rozwój i która jest zagrożeniem dla życia kobiety. Lekarze nie podejmują leczenia, które mogłoby ocalić życie kobiety, co kończy się śmiercią i matki i Dziecka Poczętego. I według prawackiej logiki jest to OK, bo katolicka „ochrona życia" oznacza dwa zgony zamiast jednego. Suma duszyczek w niebie musi się zgadzać.

Propozycja polskiego prawactwa jest jeszcze bardziej obłąkana niż to co wprowadzono w Salwadorze. Fundamentaliści katoliccy chcą bowiem wsadzać do więzienia nie tylko kobiety, które dokonały zabiegu aborcji w gabinecie ale też w inny sposób doprowadziły do przerwania ciąży. Oznaczać to będzie, że każda kobieta, w której macicy znajduje się Dziecko Poczęte, będzie podejrzewana o zbrodnicze zamiary. Każda kobieta w ciąży, która zachowuje się w sposób, który może zaszkodzić ciąży popełnia przestępstwo usiłowania morderstwa. "Niewłaściwa" dieta, praca w ciąży, stres, złapanie wirusa grypy - to wszystko będą czyny zbrodnicze.

Oszalałe prawactwo marzy o przejęciu całkowitej kontroli nad ciałami kobiet i wsadzaniu do więzienia za wstawanie nie tą nogą, którą karze wstawać katolicko-totalitarne państwo. Burki to przy tym pikuś. 

sobota, 17 października 2015

Qjh1zDPbGG-2

 

Rebelya - portal „antysystemowej” prawicy, która lubi narzekać jak to w Polsce jest beznadziejnie a jako rozwiązanie problemów wynikających z dzikiego kapitalizmu widzi jeszcze więcej dzikiego kapitalizmu umieścił wywiad z towarzyszem Okraską, który z kolei broni socjalizmu. Redaktor naczelny jakże zacnego „Nowego Obywatela” narzeka że Polacy zapomnieli o swoich tradycjach lewicowych, a polska lewica zamiast odwoływać się do spuścizny Okrzei, Abramowskiego i Waryńskiego woli małpować Zachód i paradować w koszulkach z Che.

Nie wiem ile razy już słyszałem ten „zarzut” którym internetowe prawaczki masakrują lewicowców. Za każdym razem ma to być ostateczny argument w dyskusji z anarchistami, syndykalistami, socjalistami - „bo wy nosicie koszulki z podobizną kubańskiego zbrodniarza” (nie ważne że był Argentyńczykiem). I zaorane. 

W internetach co jakiś czas wyskakują dziennikarze „śledczy” którzy dokonują szokującego odkrycia, że Ernesto Guevara był komunistom !!!!11! I powstają jakże odkrywcze teksty o tym, że „bohater” był zbrodniarzem. Bohater? Co najwyżej popkulturowa ikona. Kapitalizm, z którym walczył rewolucjonista, potrafił jego postać przetworzyć i zrobić z niej produkt, który można sprzedawać. Ostateczne zwycięstwo wolnego rynku nad centralnym planowaniem.

Polska wykorzystała postać Guevary na swój typowo cebulowy sposób. Mianowicie powstał prawicowy fantazmat lewaka z facjatą Che na klacie. Seryjnie towarzyszu Okrasko byłem na dziesiątkach lewackich spędów, na skłotach w Polsce, Francji i Niemczech i na żadnym punkowym koncercie, na żadnej socjalistycznej konferencji ani manifestacji antykapitalistycznej nie widziałem lewaka z Che na klacie.

Spotkałem za to ludzi, którzy zakładają kooperatywy, walczą o prawa pracowników Amazona, blokują nielegalne eksmisje lokatorów, ratują zwierzęta, organizują Food not Bombs albo zakładają partię Razem. Zaiste chwalebne, że „Nowy Obywatel” i portal lewicowo.pl przypominają bogate i zapomniane tradycje polskiej lewicy socjalistycznej i niekomunistycznej jednak byłbym rad gdyby te media troszkę więcej uwagi poświęciły współczesnym młodym polskim lewicowcom i zamiast powtarzać prawicowe fantazmaty, pomogły rozpropagować wiele cennych inicjatyw, które dzieją tu i teraz. 

Mit lewaka z facjatą Che na klacie jest tak samo szkodliwy jak inny prawicowy mit o lewicy „społecznej” i „obyczajowej”, który również propagował swego czasu „Nowy Obywatel”. Dla każdego, kto zna postulaty LGBT jest oczywiste, że związki partnerskie czy równouprawnienie małżeństw są postulatami socjalnymi, co widać np. w programie „Razem”. To może być zaskakujące tylko dla kogoś kto przespał ostanie 70 lat rozwoju lewicy, co jest jakże częste w Polsce i całej pokomunie.

poniedziałek, 13 lipca 2015

Po przyjęciu przez Grecję i eurogrupę tzw. „porozumienia” w sprawie udzielenia Grekom kolejnych pożyczek pomocowych pojawiły się opinie, że rząd Ciprasa został upokorzony. Mówiąc obrazowo Cipras nie został znokautowany, ale zmaltretowany, zgwałcony i przejechany walcem drogowym.

Europa została pozbawiona wszelkich złudzeń, że ktokolwiek wśród polityczno - finansowej oligarchii przejmuje się demokracją i dobrostanem obywateli. O tym jak przez najbliższe lata będą żyli zwykli Grecy zadecydowała instytucja zwana eurogrupą, która formalnie nawet nie istnieje. I ta właśnie nieoficjalna grupa podejmuje szczegółowe decyzje jak np. jakie będziemy otrzymywali emerytury, jakie podatki będziemy płacić, ilu ludzi straci pracę, czyje mieszkanie zostanie sprzedane.

 Cała ta fasada demokratycznych instytucji: Parlament Europejski, Komisja Europejska, referendum, parlamenty krajowe okazała się być pozbawiona jakiegokolwiek głosu decydującego. Niby wiadomo było od dawna, że Unia Europejska jest jak demokracja w Iranie lub we wilhelmowskich Prusach - parlamenty sobie obradują ale o wszystkim decyduje Ajatollah lub Keiser. Jednak jeszcze do niedawna europejskie elity starały się utrzymywać przynajmniej pozory, że te demokratyczne instytucje coś znaczą. Dzisiaj nikt już nie zachowuje nawet tych pozorów. Niemieccy politycy śmieją się w twarz Europejczykom i pokazują że w UE panuje dyktatura banksterów a rządy w Berlinie czy Paryżu są ich marionetkami.

 Katastrofa Syrizy będzie mieć szerokie konsekwencje dla całej europejskiej lewicy. Oto rząd uważany za skrajnie lewicowy został zmuszony do przeprowadzenia ekstremalnej wersji terapii szokowej, przy której polityka Thatcher czy Balcerowicza były jedynie dziecinnymi igraszkami. Grecja ostatecznie traci suwerenność i staje się kolonią banksterską. Prywatyzacją greckiego majątku będzie zarządza „niezależny fundusz” nadzorowany przez eurokratów, a rząd grecki nie będzie miał w tej sprawie nic do powiedzenia. Grecja przeprowadzi kolejne obniżki emerytur i wynagrodzenia i kolejne podwyżki VAT pod dyktando Berlina. Greccy miliarderzy jednak mogą spać spokojni - ich nikt nie tknie.

 Grecja to drastyczny przykład na to, że w globalistycznym reżimie funkcjonując w ramach międzynarodowych porozumień opartych na doktrynie neoliberalnej – bo czymś takim jest Unia Europejska – niemożliwe jest prowadzenie polityki socjaldemokratycznej. Wielki kapitał jest dziś tak silny i tak pewny siebie, że nie ma zamiaru nawet udawać że chce negocjować z lewicowym rządem. Ten rząd zostanie przez kapitał skopany, ośmieszony i wypluty na pożarcie sępom. Europejczycy zostaną zmuszeni do terapii szokowej a głosy oddane w wyborach i referendach to świstki papieru, którymi można sobie co najwyżej otrzeć łzy.

 Klęska Syrizy to także ostrzeżenie dla polskiej pogrążonej w kryzysie lewicy. Drogie towarzyszki i towarzysze z Razem, RSS i innych lewicowych ugrupwań: pozbądźcie się wszelkich złudzeń! W Polsce nie da się drogą negocjacji z kapitałem wdrożyć socjaldemokratycznych rozwiązań. Państwa opiekuńczego nie ma i nie będzie. Dopóki jesteśmy częścią Unii Europejskiej, dopóty obowiązują nas traktaty europejskie zabraniające pomocy publicznej i głębszych interwencji na rynku. Polska nie ma prawa dążyć do tworzenia silnych krajowych koncernów przemysłowych tak jak to robiła swego czasu Korea Południowa. Warszawa nie będzie drugim Seulem - eurokraci tego nam zabronili.

 Dopóki Polska gospodarka będzie opierała swój rozwój na taniej sile roboczej, na produkcji tanich podzespołów dla niemieckich koncernów i na BPO dopóty nie będzie u nas państwa opiekuńczego. Polityka socjaldemokratyczna wymaga solidarnego opodatkowania a na to nie zgodzą się ani Kulczyki ani Volkswageny. Jak ewentualny rząd partii Razem zechce realizować swój program wyborczy to kapitał momentalnie zagrozi, że przeniesie swoje aktywa do tych krajów gdzie jest taniej. Natomiast jeśli rząd będzie programy socjalne finansował poprzez zaciąganie pożyczek Polska skończy jak Grecja.

 Nie bądźcie naiwni – z tym systemem nie da się negocjować. Oni potrafią zadrwić i ośmieszyć jedenastomilionowy naród, potrafią głośno śmiać się z wyborców i nawet nie kryją się z tym, że mają dziś dyktatorską władzę. Epoka negocjowania z demokratycznymi reprezentantami ludu oficjalnie się skończyła.

 Jakie będą konsekwencje dzisiejszej porażki lewicy dla Europy? Lud będzie coraz bardziej sfrustrowany a kapitał będzie gniew ludu kanalizował poprzez usłużne ruchy nacjonalistyczne. Tak było w latach 20-tych kiedy oligarchia wsparła faszystów. Dziś będzie powtórka z tej strategii. Antysemityzm zastąpiła islamofobia. Milionerzy wspierają partie neonazistowskie, które są wprowadzane na salony przez liberalno-chadeckie centrum. Po cichu zaś wspierani są islamscy fundamentaliści, którzy ładnie sterują emocjami Europejczyków. Lud wyładowuje swój gniew na imigrantach i gejach i da się łatwo omamić „patriotyzmem” i przełknie każdą neoliberalną "reformę". Syrizę zastąpi Złoty Świt a i sukces Podemos się oddala.

wtorek, 09 czerwca 2015

Jeden dzień, dwa różne miasta - ta sama sytuacja. W Krakowie i Poznaniu podobnie jak wcześniej w Katowicach doszło do ataku na skłot. W Krakowie zaatakowała władza, a Poznaniu zaatakowali "antysystemowcy" którzy twierdzą, że tej władzy nie lubią. Dlaczego to nie dziwi? Już pisałem na blogu, że władza PO z narodowcami przyjaźni się równie chętnie jak PiS i Kukiz. Stąd pełne pobłażliwości komentarze samorządowców, czy eks-ministra Jarosława Gowina. Taki sam wydźwięk ma komentarz prezydenta Poznania Jacka Jaśkowiaka z PO, który bagatelizuje problem przemocy i apeluje o tolerancję dla kibiców. Liberalna tolerancja ma polegać na pozwoleniu skrajnie prawicowym bojówkom na atakowanie skłotersów, gejów, Romów, ekologów, Żydów, Ślązaków i każdego kto nie pasuje do wąskiej wizji polskości.

Charakterystyczna jest też postawa liberalnych mediów, które bagatelizują problem nacjonalizmu i cały czas mówią o przemocy "kibolskiej" o kibicowskich "chuliganach". Unikanie nazywania wprost sprawców przemocy ma na celu rozmydlenie świadomości i pokazanie, że w Polsce nie ma problemu agresywnej skrajnej prawicy, a jedynie tłumy młodych mężczyzn, nabuzowanych testosteronem, którzy muszą się wyszaleć. "GW" i TVN są tu w ścisłym sojuszu z tzw. "mediami niepokornymi", które z kolei zwalają całą winę na skłotersów, którzy ponoć sami się proszą o lanie, bo zajmują cudzą własność. Jakoś fakt, że naziole tę samą cudzą własność podpalają i niszczą Samuelom Pereirom i Dawidom Wildsteinom nie przeszkadza. 

Sojusz establishmentu PO i "antystemowej" prawicy pokazuje, kto tak naprawdę jest przeciw systemowi i kto stanowi realne zagrożenie dla obecnej kapitalistycznej oligarchii. Dobrze podsumował to kolektyw ADA Puławska w swym komentarzu: 

"Polscy nacjonaliści definiujący się jako „antysystemowi” są w stanie atakować centra pomocy społecznej, miejsca, w których pomoc uzyskują tak osoby eksmitowane, jak i imigranci. Tych właśnie miejsc władze państwowe pozbyłyby się najchętniej. Tragikomedią wydaje się sytuacja, gdy „antysystemowcy” stają się zbrojnym ramieniem władzy, demolując te miejsca, które walczą o polepszenie warunków socjalnych w Polsce."

Rozwój nacjonalizmu i sukcesy prawicy nie byłyby możliwe bez trwającego od ponad ćwierć wieku szerzenia neoliberalnej propagandy przez szkołę, media (zarówno prawicowe jak i "lewicowe"), Kościół i wszelkiej maści autorytety. Ponad dwie dekady wmawiania Polakom, że liczy się tylko jednostka, że dobro wspólne to iluzja, że trzeba dążyć do własnych korzyści, że wszelkie działania na rzecz społeczności to bolszewizm i tyrania, że musimy dążyć do sukcesu za wszelką cenę. Dekady pogardy dla słabszych, wyśmiewania się z tych, którym nie powiodło się, wmawiania że ofiary transformacji są same sobie winne.

Nacjonalizm buduje narrację wspólnoty etnicznej ale ustawia tę wspólnotę w systemie bezwzględnej rywalizacji i walki o zasoby, która przejmuje neoliberalną pogardę dla wykluczonych i wszelkich "innych". "Naród" w ideologii nacjonalistów zastępuje jednostkę w ideologii liberalnej. Nacjonalizm zachowuje jednak wiarę w darwinizm społeczny i wolnorynkową konkurencję, która prowadzi do wyniszczenia przegranych. Tyle że zamiast walki jednostek jest walka "narodów". Afirmacja idei wolnego rynku i konkurencji sprawia, że nacjonaliści tak dobrze wpisują się w panujący system i dogadują się z liberałami.

Nie powinno zatem dziwić, że środowisko, które głosi idee kooperacji, wspólnoty inkluzywnej, solidaryzmu społecznego zostało tego samego dnia zaatakowane przez aparat liberalnej władzy i przez bojówki nacjonalistów. Ludzie związani z ruchem skłotersów głoszą idee wywrotowe dla obecnego systemu, a także pokazują że można te idee realizować. Wartości takie jak humanizm, dobro wspólne i solidarność oraz wizja społeczeństwa wolnego od bezwzględnej rywalizacji, to coś co stanowi prawdziwe zagrożenie dla systemu i będzie bezwzględnie zwalczane przez cały prawicowo-liberalny aparat represji i nienawiści.

W świetle powyższych wydarzeń jako skrajnie niebezpieczne należy uznać zapowiedzi nowego idola "antysystemowej" młodzieży Pawła Kukiza, który chce wprowadzenia kontroli mediów i karania mediów które głoszą "nieprawdę" w szczególności zagrażającą tzw. "polskiej racji stanu". Nie ma wątpliwości, że to przyszła władza będzie oceniała co jest prawdą i będzie definiowała co jest "polską racją stanu". Jeśli prawica wprowadzi w Polsce cenzurę na wzór putinowskiej Rosji, karalna będzie każda krytyka neoliberalnego ustroju i każde podważanie idei państwa. Już samo krytykowanie pojęcia "narodu" może zostać uznane za zamach na "polską rację stanu". Tak samo jak głoszenie solidarności ponad granicami.

Na listach Kukiza i PiS w przyszłym Sejmie znajdzie się zapewne mnóstwo nacjonalistów, którzy wykorzystają frustrację młodego pokolenia, do usankcjonowania przemocy. Kukiz głosi idee bezwzględnej rywalizacji, której wyrazem są zresztą JOW-y. Ordynacja większościowa i okręgi jednomandatowe są krytykowane za wypaczanie wyników wyborów, za manipulowanie granicami okręgów wyborczych, za monopolizowanie sceny politycznej przez duże partie. Jednak zasadniczy problem z JOW-ami leży gdzie indziej.

Ordynacja proporcjonalna osadzona jest na koncepcji społeczeństwa inkluzywnego, w którym różne grupy i różne światopoglądy mają swoje miejsce w debacie parlamentarnej. Dzięki czemu dopuszcza się małe partie do parlamentu i dba o to by skład parlamentu odzwierciedlał zróżnicowanie społeczeństw. JOW natomiast jest idealnym systemem wyborczym dla kogoś, kto wierzy w darwinizm społeczny i bezwzględną rywalizację aż do wyeliminowania przeciwnika. Ordynacja większościowa opiera się na zasadzie "zwycięzca bierze wszystko" i na tyranii większości, która nie dopuszcza mniejszości do debaty publicznej.  

W tym świetle nie rozumiem zdziwienia, faktem że Kukiz chce wprowadzenia cenzury. To jest logiczny następny krok po wprowadzaniu JOW. Eliminujemy mniejszości z parlamentu i kneblujemy im usta. Miejsce w debacie publicznej monopolizuje ideologia neoliberalna w wersji indywidualistycznej i nacjonalistycznej.

Za parę miesięcy możemy obudzić się nie tyle w IV RP bis ale w czymś o wiele gorszym. Wiara w bezwzględną rywalizację, "antysystemowe" bojówki którzy staną się już oficjalnym elementem władzy i monopolizowanie przestrzeni publicznej przez prawicę to droga do likwidacji demokracji i wprowadzenia oligarchii z elementami faszyzującymi, wolnorynkowymi i nacjonalistycznymi. Na razie chcę jeszcze walczyć o zmianę, ale chyba czas szykować walizki.

czwartek, 04 czerwca 2015

- Zauważyliście ile w tym mieście jest wróbli? U nas w miastach tylu nie ma - powiedział Owca kiedy szliśmy Neue Roßstraße w stronę centrum. Faktycznie wszędzie pełno wróbli, sikorek, kopciuszków i innych małych ptaków. Polskie miasta są opanowane przez sroki, kawki i gołębie. Rozglądam się po okolicy i chyba znajduję wyjaśnienie tej ornitologicznej ciekawostki.

 - To dlatego, że tu jest tyle zdziczałych krzewów. Nikt tego nie przycina i małe ptaki mają gdzie wić sobie gniazda. To pewnie skutek oszczędzania na wydatkach na utrzymanie zieleni - komentuję politykę łatania berlińskiej dziury budżetowej Klausa Wowereita. 

 

Parki na Kreuzbergu to ciekawa instytucja. Faktycznie wyglądają na zapuszczone. Trawa nie zawsze jest przycięta, nie ma wielu dizajnerskich mebli jakimi jarają się polscy miejscy aktywiści. Skwer przy Bethaniendamm częściowo zajęli skłotersi, którzy urządzili tu guerilla gardening. 

 

- Inny świat jest roślinny - głosi motto namalowane na paletach.

 

Wieczorami pełno jest tu niemieckich muzułmanów, którzy urządzają sobie grilla na murkach oddzielających skwer od ulicy. Smażą niekoszerny bratwurst. W kilku miejscach są obrotowe krzesła. Fajny pomysł. Można je obrócić tak, żeby grupka ludzi siedziała zwrócona do siebie i mogła pogadać i wypić piwko w parku, za co w Niemczech mandat nie grozi. Można je też obrócić od siebie i skupić się na swoich sprawach. Na nowym Placu Kwiatowym w Katowicach ławki sztywno ustawiono tak, żeby ludzie nie patrzeli sobie w oczy.

 

My w kreuzberskim skwerku odpoczywaliśmy w niedzielę rano po sobotnim Karnawale Subkultur. Fantastyczna parada kolorowych dziwolągów i festiwal punkowy, urządzony na Köpenickerstraße, którą na tę okazję zamknięto dla ruchu aut. Nie do pomyślenia dla naszych wielbicieli #PRZEPUSTOWOŚC!!! Karnawał miał uczcić 25 lecie skłotu Köpi 137 i być demonstracją na rzecz zachowania alternatywnej kultury w Berlinie. A ta jest coraz bardziej zagrożona. Nieruchomość, którą zajmuje skłot była wystawiana do licytacji przez Commerzbank i zapewne wkrótce znajdzie się deweloper chętny, by zbudować tam kolejne luksusowe apartamentowce, które wykupią bogaci Włosi. Na razie próby sprzedaży działki są nieskuteczne.

 

Kreuzberg zmienia się powoli ale walczy o utrzymanie swego charakteru. Kamienice wyremontowano. Wybudowano wiele nowych biurowców, ale obok nich ciągle są rudery zajmowane przez różnych dziwnych ludzi. Obok supernowoczesnego kompleksu Mediaspree jest klub Yaam, który straszy odrapanymi tynkami i graffiti. Wiele niezabudowanych działek w okolicy zajęły wagenburgi. Ciekawe jak długo jeszcze postoją, zanim wejdą deweloperzy. Parki są nadal przyjazne dla wróbli, a w okolicy nadal mieszka wielu imigrantów oraz Deutsche mit Migrationshintergrund, jak to skrupulatni niemieccy urzędnicy odnotowują w statystykach.

 

 

My tymczasem odpoczywamy sobie obok Georg-von-Rauch-Haus skłotu, który zajmuje jedno skrzydło dawnego szpitala Bethanien, który zamknięto w 1970 r. W 1971 pojawili się tam anarchiści, których bezskutecznie próbowano wygonić w 1972 r. Rok później berliński senat postanowił przeznaczyć budynek szpitala na centrum kulturalne, które działa do dziś. W latach 90-tych były próby sprywatyzowania tego obiektu, które po wielu protestach wstrzymała decyzja rady dzielnicy Kreuzberg-Friedrischain w 2002 r. Dowiadujemy się od jednej z mieszkanek wagenburga na terenie szpitala, że dawny dom sióstr diakonis, w którym mieści się Georg-von-Rauch-Haus jest obecnie wynajmowany przez kolektyw, zatem w zasadzie to już nie jest skłot. Jest nadzieja, że to miejsce się utrzyma.

 

Idziemy do centrum. Mijamy dawną granicę niemiecko-niemiecką i paskudne blokowiska, by dojść do starego-nowego centrum Berlina.

 

-Cóż za koszmar naćpanego architekta. Straszne miejsce gdzie nic nie ma. Powinni to zbombardować ponownie! - Owca komentuje aleję Unter den Linden, która od 25 lat jest w ciągłej przebudowie. 

 

Mnie z kolei okolica podoba się w stanie takim jaki jest teraz. Na centralnym placu powstaje żelbetonowy pseudozabytkowy zamek cesarski. Gigantyczny obiekt tworzą w tej chwili gołe szare ściany, na które ma być nałożona barokowa fasada z zachowanymi ponoć oryginalnymi elementami zburzonego przez komunistów zamku. Teraz nowy zabytek wygląda jak sarkofag w Czarnobylu. Obok kakofonia stylów architektonicznych. Modernistyczne kloce, makiety zabytków z szpetnymi klimatyzatorami na dachu, jakaś szmaciana konstrukcja udająca budynek Berliner Bauakademie zaprojektowany przez genialnego Schinkela. Gmach w przyszłości podobno ma być odbudowany. Obok mostu zamkowego ktoś zatopił w Szprewie dziesiątki worów z dziwną substancją. Pływa tam mnóstwo mały pstrągów i wielki szczupak, który chce je pożreć.

 

Wszędzie pełno dźwigów, koparek i rozkopów. Ale już widać jaki kształt ma przybrać centrum Berlina. Będzie to dzielnica na pokaz. Tu wszystko ma być lśniące, czyściutkie i imponujące. Trawa będzie zawsze przystrzyżona, samochody będą drogie, tłumy turystów będą fotografować fasady gmachów, które wybudowano po to by je fotografować. Wróbli będzie mniej niż srok. Budynki ministerstw, urzędy, muzea i ambasady stworzą, dzielnicę która ma robić dobre wrażenie. Miasto powierzchowności. I w całym tym idyllicznym świecie tylko jedna rzecz nie pasuje do wszystkiego - ruina polskiej ambasady, której zapuszczona fasada wygląda jak wąsy domalowane Mona Lisie. 

 

- Wstyd i hańba dla Polski! Miliony turystów widzą naszą urzędniczą nieudolność! - grzmi polska prasa od lat. A moim zdaniem to wcale nie jest wyraz naszej nieudolności ale historyczna konieczność. W sercu Niemiec, gdzie każde mocarstwo buduje sobie imponującą ambasadę z wielką flagą, polska ruina ma rangę symbolu. To jest wyraz naszej niezgody na jałtański porządek! 

 

- Polska ruina w tej jedynej wymuskanej części miasta, które całe jest syfiaste, przywraca autentyczność miejsca. Pokazujemy, że nie będziemy się łasić przez Niemcem, który przegrał wojnę a teraz trzęsie całą Europą. To jest nasz wkład w zwycięstwo nad faszyzmem! - komentuję idąc Unter den Linden z piwem w ręku.

 

Mijamy okropny Plac Paryski i dochodzimy do Pomnika Pomordowanych Żydów. Przed wejściem na teren pomnika tabliczka z zakazem spożywania napojów i posiłków. Po drugiej stronie ulicy zakaz nie obowiązuje i turyści wcinają burgery i piją piwo patrząc na coś co miało skłonić do zadumy. 

 

Idziemy w stronę osiedla. Szczur rozgląda się za jakimś kebabem, ale Owca go zniechęca. Tu będzie drogo i niezbyt smacznie. Okolice Wilhelmstraße wyglądają jak polskie blokowisko. Nie ma sensu tu się zatrzymywać. Mijamy ponownie dawną granicę berlińsko-berlińską i wracamy na Kreuzberg. Od razu widać zmianę otoczenia. Jest bardziej kolorowo, bardziej ludno, bardziej wesoło. Po 25 latach od zjednoczenia, po wywaleniu miliardów marek i euro na rewitalizację, mimo gentryfikacji i wymiany 2/3 ludności różnice między wschodnią a zachodnią częścią Berlina nadal istnieją. Bardziej je czuć niż widać. 

 

Zatrzymujemy się w Tommy Weisbecker Haus. Kolejny zalegalizowany skłot, w którym miasto utrzymuje pracownika socjalnego, urzędnika i częściowo finansuje konserwatora. Zjadamy wegańską parówkę made in Poland i pijemy piwo made in Germany za 1,5 euro, choć w Berlinie całkiem popularne jest teraz Tyskie Gronie za 2 euro. Dziwni ci Niemcy.

 

Idziemy na południe. Po drodze wpadamy na wielki multi-kulti jarmark. To jest coś wprost niewyobrażalnego. Kilka długich ulic w okolicy Südstern zajęły setki kramów z wszelakimi przysmakami z najróżniejszych zakątków świata. Do tego kilkanaście kapel grających na paru scenach muzykę folkową afrykańską, indyjską, paragwajską, bawarską itp. Tłum ludzi mówiących różnymi językami, który przyszedł tu by się bawić, by poznać trochę świata w mieście. Po wyjściu z jarmarku atmosfera festynu utrzymuje się w całym Kreuzbergu. Mijamy kanał nad którym siedzi mnóstwo ludzi pijących piwo, palących blanty, bawiących się. Mimo że teren otoczono płotem, ktoś wybił dziurę i ludzie przez nią sobie przechodzą nad wodę. Są berlińczycy, studenci, turyści, biznesmeni, kobiety w burkach, Afrykanie z dredami, tłum ludzi w różnym wieku, którzy wyszli na miasto by się dobrze bawić. Impreza jest w każdej bramie. Tak wygląda piekło, przed którym chce Polskę obronić prawica.

 

Docieramy na Kotti. Zjadamy najlepszego w Berlinie falafela za 2,5 euro i obserwujemy ludzi. Podchodzi młoda kobieta, która jeszcze 2 lata temu była piękna i chce nam sprzedać coś co spowodowało zapewne że jej ciało zmarniało. Kilka osób zaczyna się zataczać po heroinie. Monstrualna brutalistyczna zabudowa tworzy enklawę smutku w tym pogodnym mieście. Wieczorami jest tu pełno imprezowiczów z całej Europy, kupujących kebaby, zioło i piwo. W ciągu dnia kolorowy tłum robi zakupy. Ale popołudnie to czas dilerów i narkomanów, którzy wydają ostanie pieniądze na zakup jakiegoś świństwa na czym zarabia mafia. Obserwuje nas starszy mężczyzna z laską. Coś mówi trzem wysportowanym mężczyznom, którzy wyglądają jak obrazkowi bliskowschodni gangsterzy. Patrzą na nas. Nic nie kupujemy więc, lepiej opuśćmy to miejsce. 

 

Mijamy zagłębie imprezowe, które chętnie fotografują polscy hipsterzy. W sobotę piłem espresso w tej słynnej tureckiej kafejce na Oranienstraße z niemożliwym do ogarnięcia wyborem słodyczy. Teraz zastanawiam się czy Berlin znalazł sposób na zachowanie swojej alternatywnej kultury i wielokulturowości, która nie jest wyświechtanym sloganem ale czymś co można poczuć i posmakować. Władze miasta właśnie wprowadzają regulację czynszów, która ma powstrzymać ich szalony wzrost. Niektóre skłoty się legalizują. Hipsterzy przenoszą się z Kreuzberga do Neukölln. Widać, że kapitał zmienia to miasto, że staje się mniej swobodne, bardziej normalne i grzeczne. Widać że społeczność lokalna i władze miasta coś chcą zrobić wbrew tym trendom. Ciągle jest mnóstwo nielegalnych i półlegalnych miejsc. Ciągle jest ponure Kotti. Ciągle są rejony gdzie koszty mieszkań są niskie. Jest dążenie do zachowania różnorodności. Czy im się uda? 

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

3 dni temu GUS podał do wiadomości wyniki OFE za 2014 r. Towarzystwa zarządzające pieniędzmi tych, którzy uwierzyli w liberalną propagandę wtopiły 146 mln zł. Oznacza to że obecnie w warunkach deflacji lepiej pieniądze trzymać w skarpecie niż na „osobistym koncie” w OFE.

W tym samym czasie korporacje prowadzące OFE na tej działalności zarobiły prawie 1,1 mld zł zysku netto. System jest tak skonstruowany, że niezależnie od tego czy PTE „pomnaża” pieniądze płacących składki czy je marnuje, to korpo zawsze na tym zarabia. W 2014 r. PTE zarobiły 300 proc. więcej niż w roku 2013 kiedy OFE miały pozytywny wynik. 

 

Jednak to, że pieniądze które Polacy płacą na swoje emerytury, idą na nowe jachty banksterów, może okazać się nieistotne. Nie wiadomo bowiem czy do tych emerytur ktokolwiek dożyje. Dziś media informują, że w szpitalach nie ma miejsc ani personelu żeby leczyć ludzi starszych. To, że społeczeństwo się starzeje wiadomo od dawna. GUS alarmistyczne prognozy ogłasza co roku. Jednak polskie władze nic sobie z tego nie robią i wolą miliardy zł wydawać na stadiony i centra kongresowe zamiast na oddziały geriatryczne i ośrodki opiekuńcze.

 

A będzie gorzej. Ponoć 1,5 1,2 mln młodych Polaków chce wyemigrować. Jak widać uczucia patriotyczne to za mało by zostać w kraju, w którym przeciętna pensja to gdzieś około 1500 - 2000 netto. Zawsze jednak można pracować w Anglii a swój patriotyzm praktykować poprzez masakrowanie lewaków na forach internetowych.

 

Mimo że coraz więcej ludzi ma dość śmieciowych zarobków i śmieciowych umów politycy PO i PSL nie chcą podnieść kwoty wolnej od podatków. Ktoś w końcu musi sfinansować budowę kościołów i boisk do soccera. Nie będą tego robić bogaci, którzy masowo unikają płacenia podatków, chociaż podatki dla osób dobrze zarabiających i tak w Polsce są niskie.

 

Ale jak widać przeciętny Polak lubi być okradany przez bogatych, którzy zbijają fortuny na inwestycjach publicznych fundowanych przez podatki biednych. Świadczy o tym to na kogo Polacy chcą głosować. Obecnie w sondażach dominują albo partie, które uważają że jest wszystko dobrze (PO i PSL) albo ci którzy chcą zrobić jeszcze lepiej bogatym (Korwin, Kukiz, Ogórek, Palikot) albo ci którzy uważają że trzeba budować więcej kościołów (PiS) a największym problemem Polski są geje („patrioci”).

 

Ten mentalny matrix utrwalają media, które cały tydzień wałkują temat jakiś rosyjskich motocyklistów i urzędnika z Waszyngtonu, jakby to były najważniejsze problemy. Ale zawsze można posłuchać wywiadu z Grzegorzem Braunem w TOK FM i iść zagłosować w wyborach prezydenckich. Na kogokolwiek.

 

Ja zostanę w domu.

piątek, 24 kwietnia 2015

 

3 dni intensywnego zapierniczania po wielu tygodniach przygotowań. Mnóstwo poznanych świetnych ludzi, od których wiele mogę się nauczyć i z którymi zrobię ciekawe rzeczy. Wreszcie protest, który zakończył się brutalnym najazdem antyterrorystów i zatrzymaniem przyjaciół. Ale w końcu na na tym zapyziałym, „dupowatym” Śląsku społeczeństwo pokazało, że ma dość arogancji władzy, która ma w d.. demokrację i potrzeby ludzi, których słuchać nie che.  Władzy, która woli dogadywać się po cichu z miliarderami na bankietach podczas imprezy finansowanej przez podatników.

Ostra reakcja policji na niedzielny protest w Katowicach była wynikiem, tego, że ktoś odważył się naruszyć monopol ideologii prawicowo-liberalnej w przestrzeni publicznej. Kamienica zajęta przez Antykongres była w tkance miejskiej niczym kij wbity w mrowisko. Nawet jeśli ktoś wierzył, że przestrzeń miejska jest neutralna i demokratyczna to akcja policyjna w poniedziałek ran pokazała wszystkim, że to bzdura. Katowice chcą być postrzegane jako miasto „europejskiej debaty” jednak na tej debacie dopuszczalny jest tylko jeden słuszny pogląd. Próby powiedzenia czegoś odmiennego, kończą się pałowaniem.

 

Antykongres w widowiskowy sposób obnażył absurdy neoliberalnej polityki dominującej od ponad dwóch dekad w Polsce np. w kwestii polityki mieszkaniowej. Katowice to miasto, w którym na mieszkanie komunalne czeka się około 10 lat. Tymczasem w posiadaniu samorządu jest mnóstwo kamienic, które od lat stoją puste. Jedną z nich jest ta na ul. Mariackiej którą zajęli anarchiści. Kamienica jest w dobrym stanie, tak więc stosunkowo niewielkim kosztem można ją wyremontować i przeznaczyć na mieszkania socjalne lub na cele kulturalne. 

 

Jednak władze miasta nie chcą nawet o tym słyszeć. Samorząd opanowany przez lokalną prawicę w koalicji z rzekomo socjalnym PiS deklaruje, że chce by w tym miejscu działał akademik, jednak najlepiej by był prywatny. Całe działanie władz miasta od kilku lat to czekanie, aż pojawi się inwestor, który przejmie obiekt i nasyłanie policji na ewentualnych dzikich lokatorów.

 

Tymczasem od ponad 8 lat żaden inwestor się nie pojawia i nie tylko w przypadku tej kamienicy ale też dziesiątek innych w Katowicach i tysięcy w całej Polsce. Na wolnym rynku nieruchomości taka kamienica jest nic nie warta. Cóż z tego, że jest w centrum i jest tania. To budynek zabytkowy więc trzeba się użerać z konserwatorem i nie można jej np. dobudować 5 gargamelowatych pięter. Działka jest mała więc nie ma miejsca na parking. Układ pomieszczeń jest sztywny i nie da się zrobić ołpenspejsa. W kapitalizmie polskim bardziej opłaca się kupić wielką działkę na przedmieściach i zrobić tam blaszaną galerię handloweą i tandetne „apartamenty” z mieszkaniami sprzedawanymi po 5 tys. zł za metr. Jest to o tyle łatwe, że w razie inwestycji miasto wybuduje odpowiednie drogi by ułatwić dojazd do nowego „centrum” a siatka autostrad miejskich ułatwia wyprowadzkę na przedmieścia. Nic dziwnego zatem, że budynki w centrum od lat stoą puste.

 

Pomysł stworzenia prywatnego akademika idealnie wpisuje się w trend komercjalizacji uczelni wyższych. Szkolnictwo ma być dostępne tylko dla tych, których stać na opłacenie studiów i kwatery po cenach rynkowych. Niestety nasi włodarze jakoś przegapili moment kiedy skończył się wyż demograficzny a uczelnie opustoszały. Dziś na studentach biznesu się łatwo nie robi. 

 

Kongres i Antykongres obnażyły też jak nieudolna jest polityka kulturalna miasta. Polskie samorządy inwestują w kulturę, a jakże. Tyle że 90 proc. pieniędzy przeznaczanych jest na budowę gigantomańskich muzeów, oper i centrów kongresowych które kosztują setki mln zł i będą pochłaniały miliony na samo utrzymanie. Natomiast oferta kulturalna miast od tego w żaden sposób się nie poprawia, bo nie ma pieniędzy na same wydarzenia i wsparcie twórców. Co gorsza kiedy pojawiają się aktywiści, którzy chcą stworzyć własnymi siłami alternatywny ośrodek kulturalny, na co miasto nie musiałoby nic płacić, to nasyła się na nich brygadę antyterrorystów.

 

Mam zatem nadzieję, że co co się wydarzyło w Katowicach obudzi polski prekariat. Jest wiele rzeczy, które wymagają naszej reakcji. Począwszy od polityki miejskiej, poprzez wyzysk pracowników, skończywszy na umowie TTIP. Trzeba działać. 

środa, 08 kwietnia 2015

W 1948 r. władze Południowej Afryki postanowiły przywrócić wolność sumienia białym ludziom. Wprowadzono wtedy prawo, które głosiło, że jeśli obsługiwanie czarnego klienta jest niezgodne z światopoglądem białego obywatela, to może on odmówić obsługi czarnych.

Od razu podniósł się jazgot lewicy, że nowe prawo Południowej Afryki pozwala na dyskryminację czarnych. To bzdura - odpowiadała prawica. Przecież nikt nie zmusza do ujawniania koloru skóry. Każdy czarny może wejść do każdej pizzerii w Pretorii i zostanie obsłużony pod warunkiem, że nie będzie MANIFESTOWAŁ swojego koloru skóry. Wszak wiadomo, że jak czarny jest widoczny na ulicy to się obnosi, a biały nie, bo przecież każdy zakłada, że wszyscy są biali, więc jak biały jest widoczny to się nie obnosi.

 

67 lat później w kilkunastu stanach USA wprowadzono prawo, które pozwala konserwatystom odmówić obsługiwania klientów - gejów i jakichkolwiek innych, jeśli ci klienci są niezgodni z chrześcijaństwem. I znowu lewacy krzyczą, że to legalizacja dyskryminowania, a przecież nikt nie zmusza do MANIFESTOWANIA, swojej orientacji seksualnej.

 

Idźmy zatem dalej. Chrześcijaństwo to nie tylko katolicyzm, ale też radykalny protestantyzm. I w USA wielu radykalnych protestantów nienawidzi katolików. Nowe prawo pozwala fanatycznemu mormonowi czy batyście odmówić obsługi księdza katolickiego czy zakonnicy, którzy są agentami "Nałożnicy Szatana" i tym samym są sprzeczni z konserwatywnym światopoglądem. I wcale nie będzie to dyskryminacja katolików. Mogą oni sobie iść do zielonoświątkowej pizzerii pod warunkiem, że nie będą w habicie i nie będą odmawiać zdrowasiek.

 

Nowe prawo można stosować w innych miejscach. We Francji władze firmy RATP chciały zabronić mówić „chrześcijanie”. Na razie przeciw temu zakazowi protestują wszystkie siły polityczne, łącznie z francuską lewicą. Zakaz ostatecznie cofnięto, ale właściwie co złego jest w tym zakazie? Niech Francja wprowadzi takie same prawo jak Południowa Afryka i USA i pozwoli firmom takim jak RATP, które z powodu swego światopoglądu nie chcą promować muzyki chrześcijańskiej odmówić wieszania plakatów z takimi treściami. Wszak nikt we Francji nie zmusza do ujawniania religii. Chodzi tylko o to by chrześcijanie się nie obnosili. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11