Blog > Komentarze do wpisu

Dziobaty Berlin

- Zauważyliście ile w tym mieście jest wróbli? U nas w miastach tylu nie ma - powiedział Owca kiedy szliśmy Neue Roßstraße w stronę centrum. Faktycznie wszędzie pełno wróbli, sikorek, kopciuszków i innych małych ptaków. Polskie miasta są opanowane przez sroki, kawki i gołębie. Rozglądam się po okolicy i chyba znajduję wyjaśnienie tej ornitologicznej ciekawostki.

 - To dlatego, że tu jest tyle zdziczałych krzewów. Nikt tego nie przycina i małe ptaki mają gdzie wić sobie gniazda. To pewnie skutek oszczędzania na wydatkach na utrzymanie zieleni - komentuję politykę łatania berlińskiej dziury budżetowej Klausa Wowereita. 

 

Parki na Kreuzbergu to ciekawa instytucja. Faktycznie wyglądają na zapuszczone. Trawa nie zawsze jest przycięta, nie ma wielu dizajnerskich mebli jakimi jarają się polscy miejscy aktywiści. Skwer przy Bethaniendamm częściowo zajęli skłotersi, którzy urządzili tu guerilla gardening. 

 

- Inny świat jest roślinny - głosi motto namalowane na paletach.

 

Wieczorami pełno jest tu niemieckich muzułmanów, którzy urządzają sobie grilla na murkach oddzielających skwer od ulicy. Smażą niekoszerny bratwurst. W kilku miejscach są obrotowe krzesła. Fajny pomysł. Można je obrócić tak, żeby grupka ludzi siedziała zwrócona do siebie i mogła pogadać i wypić piwko w parku, za co w Niemczech mandat nie grozi. Można je też obrócić od siebie i skupić się na swoich sprawach. Na nowym Placu Kwiatowym w Katowicach ławki sztywno ustawiono tak, żeby ludzie nie patrzeli sobie w oczy.

 

My w kreuzberskim skwerku odpoczywaliśmy w niedzielę rano po sobotnim Karnawale Subkultur. Fantastyczna parada kolorowych dziwolągów i festiwal punkowy, urządzony na Köpenickerstraße, którą na tę okazję zamknięto dla ruchu aut. Nie do pomyślenia dla naszych wielbicieli #PRZEPUSTOWOŚC!!! Karnawał miał uczcić 25 lecie skłotu Köpi 137 i być demonstracją na rzecz zachowania alternatywnej kultury w Berlinie. A ta jest coraz bardziej zagrożona. Nieruchomość, którą zajmuje skłot była wystawiana do licytacji przez Commerzbank i zapewne wkrótce znajdzie się deweloper chętny, by zbudować tam kolejne luksusowe apartamentowce, które wykupią bogaci Włosi. Na razie próby sprzedaży działki są nieskuteczne.

 

Kreuzberg zmienia się powoli ale walczy o utrzymanie swego charakteru. Kamienice wyremontowano. Wybudowano wiele nowych biurowców, ale obok nich ciągle są rudery zajmowane przez różnych dziwnych ludzi. Obok supernowoczesnego kompleksu Mediaspree jest klub Yaam, który straszy odrapanymi tynkami i graffiti. Wiele niezabudowanych działek w okolicy zajęły wagenburgi. Ciekawe jak długo jeszcze postoją, zanim wejdą deweloperzy. Parki są nadal przyjazne dla wróbli, a w okolicy nadal mieszka wielu imigrantów oraz Deutsche mit Migrationshintergrund, jak to skrupulatni niemieccy urzędnicy odnotowują w statystykach.

 

 

My tymczasem odpoczywamy sobie obok Georg-von-Rauch-Haus skłotu, który zajmuje jedno skrzydło dawnego szpitala Bethanien, który zamknięto w 1970 r. W 1971 pojawili się tam anarchiści, których bezskutecznie próbowano wygonić w 1972 r. Rok później berliński senat postanowił przeznaczyć budynek szpitala na centrum kulturalne, które działa do dziś. W latach 90-tych były próby sprywatyzowania tego obiektu, które po wielu protestach wstrzymała decyzja rady dzielnicy Kreuzberg-Friedrischain w 2002 r. Dowiadujemy się od jednej z mieszkanek wagenburga na terenie szpitala, że dawny dom sióstr diakonis, w którym mieści się Georg-von-Rauch-Haus jest obecnie wynajmowany przez kolektyw, zatem w zasadzie to już nie jest skłot. Jest nadzieja, że to miejsce się utrzyma.

 

Idziemy do centrum. Mijamy dawną granicę niemiecko-niemiecką i paskudne blokowiska, by dojść do starego-nowego centrum Berlina.

 

-Cóż za koszmar naćpanego architekta. Straszne miejsce gdzie nic nie ma. Powinni to zbombardować ponownie! - Owca komentuje aleję Unter den Linden, która od 25 lat jest w ciągłej przebudowie. 

 

Mnie z kolei okolica podoba się w stanie takim jaki jest teraz. Na centralnym placu powstaje żelbetonowy pseudozabytkowy zamek cesarski. Gigantyczny obiekt tworzą w tej chwili gołe szare ściany, na które ma być nałożona barokowa fasada z zachowanymi ponoć oryginalnymi elementami zburzonego przez komunistów zamku. Teraz nowy zabytek wygląda jak sarkofag w Czarnobylu. Obok kakofonia stylów architektonicznych. Modernistyczne kloce, makiety zabytków z szpetnymi klimatyzatorami na dachu, jakaś szmaciana konstrukcja udająca budynek Berliner Bauakademie zaprojektowany przez genialnego Schinkela. Gmach w przyszłości podobno ma być odbudowany. Obok mostu zamkowego ktoś zatopił w Szprewie dziesiątki worów z dziwną substancją. Pływa tam mnóstwo mały pstrągów i wielki szczupak, który chce je pożreć.

 

Wszędzie pełno dźwigów, koparek i rozkopów. Ale już widać jaki kształt ma przybrać centrum Berlina. Będzie to dzielnica na pokaz. Tu wszystko ma być lśniące, czyściutkie i imponujące. Trawa będzie zawsze przystrzyżona, samochody będą drogie, tłumy turystów będą fotografować fasady gmachów, które wybudowano po to by je fotografować. Wróbli będzie mniej niż srok. Budynki ministerstw, urzędy, muzea i ambasady stworzą, dzielnicę która ma robić dobre wrażenie. Miasto powierzchowności. I w całym tym idyllicznym świecie tylko jedna rzecz nie pasuje do wszystkiego - ruina polskiej ambasady, której zapuszczona fasada wygląda jak wąsy domalowane Mona Lisie. 

 

- Wstyd i hańba dla Polski! Miliony turystów widzą naszą urzędniczą nieudolność! - grzmi polska prasa od lat. A moim zdaniem to wcale nie jest wyraz naszej nieudolności ale historyczna konieczność. W sercu Niemiec, gdzie każde mocarstwo buduje sobie imponującą ambasadę z wielką flagą, polska ruina ma rangę symbolu. To jest wyraz naszej niezgody na jałtański porządek! 

 

- Polska ruina w tej jedynej wymuskanej części miasta, które całe jest syfiaste, przywraca autentyczność miejsca. Pokazujemy, że nie będziemy się łasić przez Niemcem, który przegrał wojnę a teraz trzęsie całą Europą. To jest nasz wkład w zwycięstwo nad faszyzmem! - komentuję idąc Unter den Linden z piwem w ręku.

 

Mijamy okropny Plac Paryski i dochodzimy do Pomnika Pomordowanych Żydów. Przed wejściem na teren pomnika tabliczka z zakazem spożywania napojów i posiłków. Po drugiej stronie ulicy zakaz nie obowiązuje i turyści wcinają burgery i piją piwo patrząc na coś co miało skłonić do zadumy. 

 

Idziemy w stronę osiedla. Szczur rozgląda się za jakimś kebabem, ale Owca go zniechęca. Tu będzie drogo i niezbyt smacznie. Okolice Wilhelmstraße wyglądają jak polskie blokowisko. Nie ma sensu tu się zatrzymywać. Mijamy ponownie dawną granicę berlińsko-berlińską i wracamy na Kreuzberg. Od razu widać zmianę otoczenia. Jest bardziej kolorowo, bardziej ludno, bardziej wesoło. Po 25 latach od zjednoczenia, po wywaleniu miliardów marek i euro na rewitalizację, mimo gentryfikacji i wymiany 2/3 ludności różnice między wschodnią a zachodnią częścią Berlina nadal istnieją. Bardziej je czuć niż widać. 

 

Zatrzymujemy się w Tommy Weisbecker Haus. Kolejny zalegalizowany skłot, w którym miasto utrzymuje pracownika socjalnego, urzędnika i częściowo finansuje konserwatora. Zjadamy wegańską parówkę made in Poland i pijemy piwo made in Germany za 1,5 euro, choć w Berlinie całkiem popularne jest teraz Tyskie Gronie za 2 euro. Dziwni ci Niemcy.

 

Idziemy na południe. Po drodze wpadamy na wielki multi-kulti jarmark. To jest coś wprost niewyobrażalnego. Kilka długich ulic w okolicy Südstern zajęły setki kramów z wszelakimi przysmakami z najróżniejszych zakątków świata. Do tego kilkanaście kapel grających na paru scenach muzykę folkową afrykańską, indyjską, paragwajską, bawarską itp. Tłum ludzi mówiących różnymi językami, który przyszedł tu by się bawić, by poznać trochę świata w mieście. Po wyjściu z jarmarku atmosfera festynu utrzymuje się w całym Kreuzbergu. Mijamy kanał nad którym siedzi mnóstwo ludzi pijących piwo, palących blanty, bawiących się. Mimo że teren otoczono płotem, ktoś wybił dziurę i ludzie przez nią sobie przechodzą nad wodę. Są berlińczycy, studenci, turyści, biznesmeni, kobiety w burkach, Afrykanie z dredami, tłum ludzi w różnym wieku, którzy wyszli na miasto by się dobrze bawić. Impreza jest w każdej bramie. Tak wygląda piekło, przed którym chce Polskę obronić prawica.

 

Docieramy na Kotti. Zjadamy najlepszego w Berlinie falafela za 2,5 euro i obserwujemy ludzi. Podchodzi młoda kobieta, która jeszcze 2 lata temu była piękna i chce nam sprzedać coś co spowodowało zapewne że jej ciało zmarniało. Kilka osób zaczyna się zataczać po heroinie. Monstrualna brutalistyczna zabudowa tworzy enklawę smutku w tym pogodnym mieście. Wieczorami jest tu pełno imprezowiczów z całej Europy, kupujących kebaby, zioło i piwo. W ciągu dnia kolorowy tłum robi zakupy. Ale popołudnie to czas dilerów i narkomanów, którzy wydają ostanie pieniądze na zakup jakiegoś świństwa na czym zarabia mafia. Obserwuje nas starszy mężczyzna z laską. Coś mówi trzem wysportowanym mężczyznom, którzy wyglądają jak obrazkowi bliskowschodni gangsterzy. Patrzą na nas. Nic nie kupujemy więc, lepiej opuśćmy to miejsce. 

 

Mijamy zagłębie imprezowe, które chętnie fotografują polscy hipsterzy. W sobotę piłem espresso w tej słynnej tureckiej kafejce na Oranienstraße z niemożliwym do ogarnięcia wyborem słodyczy. Teraz zastanawiam się czy Berlin znalazł sposób na zachowanie swojej alternatywnej kultury i wielokulturowości, która nie jest wyświechtanym sloganem ale czymś co można poczuć i posmakować. Władze miasta właśnie wprowadzają regulację czynszów, która ma powstrzymać ich szalony wzrost. Niektóre skłoty się legalizują. Hipsterzy przenoszą się z Kreuzberga do Neukölln. Widać, że kapitał zmienia to miasto, że staje się mniej swobodne, bardziej normalne i grzeczne. Widać że społeczność lokalna i władze miasta coś chcą zrobić wbrew tym trendom. Ciągle jest mnóstwo nielegalnych i półlegalnych miejsc. Ciągle jest ponure Kotti. Ciągle są rejony gdzie koszty mieszkań są niskie. Jest dążenie do zachowania różnorodności. Czy im się uda? 

czwartek, 04 czerwca 2015, meinglanz

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2015/06/05 10:53:24
Ale już widać jaki kształt ma przybrać centrum Berlina. Będzie to dzielnica na pokaz. Tu wszystko ma być lśniące, czyściutkie i imponujące. Trawa będzie zawsze przystrzyżona, samochody będą drogie, tłumy turystów będą fotografować fasady gmachów, które wybudowano po to by je fotografować. Wróbli będzie mniej niż srok. Budynki ministerstw, urzędy, muzea i ambasady stworzą, dzielnicę która ma robić dobre wrażenie. Miasto powierzchowności.

To jest przecież istota Unter den Linden od czasów like Fryderyka Wielkiego.
-
2015/06/06 01:23:37
@mmm
Wielkiego EElektora.
-
2015/06/07 14:57:14
A poza tym na początku lat 90-tych mieli okazję by nadać tej dzielnicy inny charakter. Przez parę lat po upadku Muru było to centrum imprezowo-alternatywne.