Blog > Komentarze do wpisu

Przyjaźń Niemiecko-Amerykańska

Kolejna odsłona skandalu szpiegowskiego w Niemczech i wydalenie szefa CIA spowodowała, że przez niemiecką prasę przelewają się frazesy o zdradzie sojusznika, lekceważeniu „bratniego narodu" i niemieckiej naiwności. Dziennikarze całkiem poważnie piszą, że Niemcy powinni porzucić „przyjaźń niemiecko-amerykańską" i traktować USA jako sojusznika strategicznego.

To, że Niemcy są tak przeczuleni na szpiegostwo jest wynikiem ich zakompleksienia wobec Wielkiego Brata zza oceanu. Inne kraje NATO też są podsłuchiwane, ale jakoś Brytyjczycy, czy Francuzi z tego powodu nie szlochają, bo doskonale wiedzą, że dzisiaj szpieguje każdy każdego, a w polityce nie ma przyjaźni, lecz co najwyżej wspólne interesy. Tego, że USA nie obdarzają swoich sojuszników bezinteresownym uczuciem, mogli nie wiedzieć Polacy. My byliśmy trzymani pod sowieckim kloszem i stąd zrozumiała nieświadomość. Po 1989 roku zakochaliśmy się w Ameryce, ale z tego uczucia wyleczyliśmy się bardzo szybko (choć neokonowi Sikorskiemu zajęło to chyba trochę dłużej niż większości Polaków).

Ale Niemcy przez ostatnich 70 lat mieli wiele okazji do rozczarowania się swoim opiekunem i sojusznikiem. Tym bardziej nie chce mi się wierzyć, że to oburzenie mediów i polityków nad Szprewą jest na serio. Rozczarowanie, które niemiecka polityka wyraża głośno od afery Snowdena niemiecka popkultura przerabia od dawna.

Pod koniec lat 70-tych dwójka młodych muzyków z Wuppertalu odwiedziła Berlin Wschodni, gdzie zobaczyli plakaty sławiące „przyjaźń niemiecko-sowiecką". Dla mnie wydaje się zabawne dekretowanie przyjaźni narodów, które dwie dekady wcześniej były śmiertelnymi wrogami. Ale Gabi Delgado-Lopez i Robert Görl zauważyli wtedy co innego.

Dla nas równie dobrze mogłyby wisieć plakaty z napisem przyjaźń niemiecko-amerykańska. Tak jak Wschód cierpiał pod sowieckim imperializmem tak zachód pod imperializmem amerykańskim". Tłumaczył Delgado-Lopez w wywiadzie dla portalu Treffpunkt-schwarz.de wybór nazwy Deutsch Amerikanische Freundschaft. W 2003 r. na kilka miesięcy przed inwazją na Irak już pod skrócona nazwą D.A.F wydali piosenkę der Scheriff obśmiewającą neoimperializm administracji Busha. Rammsteim wykorzystał ten sam motyw i ironię w swej Ameryce z 2004 r.

Wojna w Iraku oczywiście nie była pierwszym rozczarowaniem Ameryką. Najbardziej tragicznym epizodem była afera Starfighter F-104, która rozpalała niemiecką opinię publiczną w latach 60-tych. W ramach cementowania sojuszu z USA rząd Adenauera kupił amerykańskie myśliwce przechwytujące, które okazały się dla Bundeswehry przekleństwem. Z powodu licznych wypadków samolotu F-104 zginęło 116 niemieckich pilotów a samolot nazwano widowmaker.

Przyczyny tych katastrof były różne. Częściowo wynikało to z niedoskonałości samego samolotu, który był bardzo awaryjny. Większym problemem było jednak kiepskie wyszkolenie niemieckich pilotów. Siły lotnicze RFN zostały naprędce sklecone w 1955 r. a dziesięcioletnia przerwa w funkcjonowaniu lotnictwa wojskowego w tym kraju przypadała akurat na okres kiedy wdrażano myśliwce odrzutowe. Niemcy nie mieli doświadczenia ani czasu, by przeszkolić swych pilotów do nowoczesnego samolotu. Kontrowersyjny był też sam zakup maszyny, którą Amerykanie projektowali do zwalczania na dużych wysokościach radzieckich bombowców, a którą Niemcy chcieli wykorzystywać do atakowania celów na lądzie. Wreszcie amerykańskie plany szkoleniowe dla pilotów Starfightera był dobre do lotów wysoko nad pustyniami Nevady, ale zupełnie nie pasowały do górzystych i deszczowych regionów środkowych Niemiec.

Szefostwo Luftwaffe wyrażało się o zakupie F-104 bardzo krytycznie, co narażało na szwank przyjaźń niemiecko-amerykańską. Z tego powodu w 1966 r. ówczesny minister obrony RFN Kai-Uwe von Hassel zmusił do dymisji dowódcę sił lotniczych gen. Panitzkiego. 11 marca 1970 w katastrofie F-104 zginął 29-letni pilot Luftwaffe Joachim von Hassel, syn ministra Kai-Uwego i bohater świetnej piosenki Welle Erdball z 2000 roku.

Dlaczego więc po tylu latach rozczarowań niemieckie media ciągle piszą na poważnie o kryzysie przyjaźni niemiecko-amerykańskiej? Być może wynika to z mitu, że to USA dały Niemcom demokrację. O tym, że jest to bzdura wystarczy popatrzeć na to co działo się w innych krajach, które Amerykanie próbowali demokratyzować: Korei Południowej, Wietnamie, Iraku czy Afganistanie. Niemcy po 1945 r. stały się demokratyczne bo tego chciało niemieckie społeczeństwo. Powojenne sukcesy odbudowy, demokratyzacji, cudu gospodarczego, zjednoczenia kraju i stworzenia modelu socjo-ekonomicznego, który jest dziś wzorem dla wielu, ten kraj zawdzięcza sam sobie i nie musi popadać w kompleksy, kiedy Amerykanie podsłuchują im telefony komórkowe. 

piątek, 11 lipca 2014, meinglanz

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2014/07/12 10:31:00
Według mnie to z pięknoduchostwa - część ludzi wyobraża sobie peace and love a tu jakiś podsłuch.
A to przecież tak samo jak by mieć dom w dobrej dzielnicy: Nic nie da podpisanie z połową sąsiadów porozumienia "no steal" - i tak trzeba założyć zamki. Będą dobre zamki - nie będzie rozczarowania że jeden sąsiad - niby taki porządny człowiek - wszedł do domu i coś wyniósł.

A co do Starfightera, to ogólnie to nie był zły samolot, tylko że nie był zaprojektowany do tych zadań, do których Niemcy go stosowali. Kupienie akurat tego typu nie było dobrą decyzją, ale też w tym momencie nie było dużego wyboru.
-
2014/07/12 11:23:16
Też m się tak wydaje - awaryjność dotyczyła pierwszych partii starfightera i to była cena za innowacyjność. Natomiast modyfikacje, które trzeba było wprowadzić, by spełnić wymagania Bundeswehry sprawiły ze ten samolot stał się niebezpieczny.
-
2014/07/12 12:25:29
"Natomiast modyfikacje, które trzeba było wprowadzić, by spełnić wymagania Bundeswehry sprawiły ze ten samolot stał się niebezpieczny."

Nie, to nie tak. To był typowy interceptor na dobrą pogodę, w dodatku bardzo wymagający od pilota. Typu że prędkość oderwania od ziemi 400 km/h, a przy 420 nie daje się już schować podwozia. A oni chcieli żeby on był, jak to mówią "eierlegende Wollmilchsau". Miał latać w każdą pogodę, rzucać bomby, mieć krótki start i jeszcze to i jeszcze tamto.
Dopiero jak zrobili szefem od lotnictwa jednego fachowca (Johannes Steinhoff), to on ustalił porządne reguły użycia Starfighterów i wypadki się skończyły.
A w ogóle to miałem napisać o tym wszystkim notkę na moim blogu, może wkrótce dojdę do tego,